Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Nauka

Patogeny dnia, nagłówki zakażone sensacją. Wirusy jako gwiazdy mediów to szkodliwa epidemia

Co jakiś czas egzotyczny wirus lub bakteria zyskuje status gwiazdy serwisów informacyjnych – ma swoje pięć minut, alarmujące nagłówki i ekspertów „na gorąco”, po czym znika bez śladu. Co jakiś czas egzotyczny wirus lub bakteria zyskuje status gwiazdy serwisów informacyjnych – ma swoje pięć minut, alarmujące nagłówki i ekspertów „na gorąco”, po czym znika bez śladu. Tandem X Visuals / Unsplash
Co jakiś czas egzotyczny wirus lub bakteria zyskuje status gwiazdy serwisów informacyjnych – ma swoje pięć minut, alarmujące nagłówki i ekspertów „na gorąco”, po czym znika bez śladu. Zwykła wydmuszka, a jednak szkodliwa.

Pojawienie się infekcji koronawirusem SARS-CoV-2 sprawiło, że choroby zakaźne zaczęły funkcjonować jako produkt medialny, który podlega prawom klikalności i krótkiej uwagi odbiorcy. W postpandemicznej rzeczywistości wzrost zainteresowania tematyką zakażeń jest siłą rzeczy zjawiskiem zrozumiałym, a wręcz – pożądanym. Problem zaczyna się wtedy, gdy rzetelna informacja ustępuje miejsca spektaklowi strachu, a epidemiologia przegrywa z dramaturgią.

W medialnej narracji egzotyczny patogen, nawet jeśli dobrze znany nauce, bądź lokalne ognisko, nawet, jeśli ściśle ograniczone, może być przyczynkiem do ogłaszania kolejnej pandemii. Strach sprzedaje się bowiem lepiej niż kontekst, a groźnie brzmiący nagłówek zatacza szersze koło niż materiał, który w rzetelny i spokojny sposób tłumaczy drogi transmisji patogenu.

Nagłówki zakażone sensacją

Modelowym przykładem tego zjawiska była niedawna fala doniesień o wirusie Nipah, znanym od ok. 30 lat. Patogen ten wymaga bardzo specyficznego, zwierzęcego rezerwuaru i wykazuje ograniczoną zdolność transmisji między ludźmi, w zasadzie wyłącznie możliwą poprzez bliski kontakt z wydzielinami osoby chorej. Ogniska Nipah od lat pojawiają się w tych samych regionach Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. Z punktu widzenia Europy nie stanowią realnego zagrożenia.

A jednak mediom wystarczyły dwa (sic!) przypadki zakażenia wirusem Nipah w Bengalu Zachodnim, by wirus awansował do roli potencjalnie pandemicznego zabójcy. Informacja kluczowa – że nie przenosi się łatwo i nie ma zdolności globalnego rozprzestrzeniania – przebiła się do opinii publicznej dopiero po tym, jak przez media, również polskie, przetoczyła się fala alarmistycznych materiałów. Straty? Zdezorientowani odbiorcy, zmęczeni eksperci i kolejny krok w stronę zobojętnienia na ostrzeżenia przed realnymi zagrożeniami.

Podobny mechanizm zadziałał latem 2025 r. przy podejrzeniu cholery w Polsce. Wykrycie nietoksynotwórczego szczepu bakterii – co jednoznacznie wykluczało zachorowanie na cholerę – nie przeszkodziło w tym, by przez kilka dni choroba straszyła z nagłówków. Informacja, która na etapie diagnostyki powinna pozostać w specjalistycznym obiegu, została wypchnięta do przestrzeni medialnej, generując niepotrzebny niepokój i frustrację środowisk zajmujących się epidemiologią i chorobami zakaźnymi.

W sierpniu 2024 r. krótką, lecz intensywną karierę medialną zrobił z kolei wirus Zachodniego Nilu. Powodem było jego wykrycie u martwych ptaków w Warszawie. To kolejny znany patogen, a na dodatek obecny w Europie od lat, przenoszony głównie przez komary, który w większości przypadków zakażeń u ludzi nie powoduje żadnych objawów. Jednak doniesienia o martwych krukach – częstych ofiarach tego wirusa – rozbudziły wyobraźnię o śmiertelnej zarazie, prowadząc niekiedy do zupełnie nieproporcjonalnych sugestii szeroko zakrojonego zwalczania komarów w Polsce. Patogen spełnił swoją rolę. Wywołał medialny szum, po czym zniknął, nie pozostawiając u odbiorców nic poza kolejnym przykładem informacyjnej nadprodukcji strachu.

Nie chodzi o to, by ignorować zagrożenia odległe geograficznie. W świecie globalnych podróży i zmian klimatu czujność jest konieczna. Różnica między czujnością a histerią polega jednak na proporcjach i kontekście. Rzetelna informacja powinna tłumaczyć, porządkować i uspokajać – nie eskalować emocje w imię klikalności.

Można by trochę się z tego wszystkiego pośmiać albo wzruszyć ramionami. Jednak problem z „patogenami celebrytami” polega na tym, że zabierają uwagę z zagadnień, przy których powinna ona pozostać. Choroby zakaźne stały się częścią ekonomii uwagi, w której wygrywa to, co egzotyczne, rzadkie i dramatyczne, a przegrywa to, co codzienne, realnie istotne i wymagające społecznego zaangażowania.

Nie Nipah, tylko… RSV i grypa

Gdyby zmierzyć zasięgi, z pewnością okazałoby się, że w tygodniu, w którym informowano w Polsce o „zagrożeniach” wirusem Nipah, patogeny takie jak syncytialny wirus oddechowy (RSV) czy wirusy grypy cieszyły się zdecydowanie mniejszym wzięciem. A to przecież one są wyzwaniem tu i teraz. Dane epidemiologiczne wskazują, że zapadalność na grypę z końcem stycznia przebiła tę obserwowaną w styczniu rok wcześniej – a przecież pamiętamy, jak dał nam w kość poprzedni sezon. Co więcej, w lutym prawdopodobnie przypadnie szczyt zachorowań na RSV, kolejnego niebezpiecznego przeciwnika, który przez dekady utożsamiany był niemal wyłącznie z wirusem małych dzieci. Dziś wiemy ponad wszelką wątpliwość, że jest on groźny dla każdego, kto – niezależnie od wieku – jest dotknięty deficytami odporności czy chorobami przewlekłymi. A szczególnie niebezpieczny jest dla seniorów – których mamy w kraju blisko 10 mln.

W przypadku patogenów „naszych” nie chodzi o politykę strachu – chodzi o skłanianie społeczeństwa do podejmowania działań zaradczych. Grypa i RSV to zakażenia, którym można zapobiegać przy pomocy szczepień – szeroko dostępnych, także w aptekach, i refundowanych wielu grupom, w tym osobom starszym. Ale rolę w zmniejszaniu ryzyka zakażenia i jego ciężkości odgrywać może także kilka innych czynników: zrównoważona dieta, ruch, higiena snu, rozsądek podpowiadający, by ograniczać kontakty z innymi, gdy ma się objawy infekcji oddechowej, oraz regularne mycie bądź dezynfekowanie rąk.

To właśnie takie tematy – a nie wyimaginowane z naszej pespektywy zagrożenia – powinny obecnie trendować w sieci. Tym bardziej że Sejm ogłosił 2026 r. rokiem profilaktyki. Czy to nie jest dobry moment, by media zaangażowały się bardziej w prozdrowotne akcje czy cykliczne programy poświęcone konkretnym problemom medycznym? Argument, że sensacja – w tym także sztucznie podsycana – lepiej się sprzeda, jest o tyle nietrafiony, że to przecież media kształtują treści trafiające do odbiorcy, a tym samym wpływają na jego kulturę i oczekiwania. Konsekwentnie stawiając na rzetelne, merytoryczne i wartościowe materiały, mogą więc budować klimat odpowiedzialnych informacji, w którym tanie sensacje będą postrzegane jako faux pas. Faktem jest, że to proces długotrwały – i stąd właśnie całe to uganianie się za szybkim zyskiem clickbaitingu.

Czytaj także: RSV, podstępny wróg dzieci i seniorów. Skuteczne szczepionki wreszcie na wyciągnięcie ręki

Nie handlujmy zaufaniem do nauki

A wszystko to dzieje się w czasach, w których jedni politycy budują sobie bazę wyborczą w oparciu o szkodliwą dla zdrowia dezinformację, a innym „zmiękła rura”, by do szkół wprowadzić edukację zdrowotną z prawdziwego zdarzenia – obowiązkową, z podręcznikiem przygotowanym przez interdyscyplinarne grono ekspertów, wykwalifikowaną kadrą i sztywnymi ramami programowymi. W czasach, w których wydatki na profilaktykę są w naszym kraju niższe niż unijna średnia, postrzega się ją jako koszt, a nie inwestycję, a część społeczeństwa przestała już rozumieć, jaki w ogóle jest jej sens.

Jest jeszcze jeden, szczególnie groźny skutek medialnej fetyszyzacji patogenów. Każdy alarm wokół egzotycznego wirusa czy bakterii uruchamia powtarzalny mechanizm informacyjny: sensacyjny przekaz szybko się multiplikuje, tworząc chaos poznawczy, który z kolei staje się idealnym polem działania dla środowisk spiskowych. Zaktywizowane budują narrację o zastraszaniu społeczeństwa i przygotowywaniu kolejnej p(l)andemii w imię zysków firm farmaceutycznych.

Paradoks polega na tym, że sensacyjny przekaz – nawet jeśli jest później prostowany lub krytykowany – idealnie wpisuje się w logikę algorytmów widoczności, które premiują emocje, a nie rzetelność. W efekcie dezinformacja rozchodzi się szybciej i szerzej niż rzeczowe, merytoryczne wyjaśnienia, pojawiające się z definicji z opóźnieniem. Krótkoterminowo zyskują na tym zarówno media, generujące ruch i przychody reklamowe, jak i środowiska wrogie profilaktyce, zwiększające swoje zasięgi. Traci społeczeństwo – zmęczone sprzecznymi komunikatami i coraz bardziej sceptyczne wobec głosów, które próbują porządkować rzeczywistość po tym, jak informacyjny ściek zdążył już wykonać swoją pracę.

Dlatego warto uczyć – i to już od poziomu szkoły podstawowej – jak odróżniać realne zagrożenia od medialnych wydmuszek. Choroby zakaźne to nie serial sensacyjny ani konkurs na najbardziej przerażający nagłówek. To codzienna praca naukowców, epidemiologów, diagnostów i lekarzy. A zaufanie do nauki jest zbyt cenną walutą, by roztrwaniać ją w pogoni za kolejnym patogenem dnia.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tragedia na torach. Takiego wypadku nie było w Polsce od lat, robi się groźnie. Kto zawinił?

Takiego wypadku nie było w Polsce od lat. Niedawno na przejeździe kolejowo-drogowym w Ziębicach zginęło młode małżeństwo. Nie zadziałały nie tylko rogatki, ale doszło też do awarii sygnalizacji świetlnej. Iwona i Krystian osierocili dwuletnią córeczkę. Czy przejazdy kolejowe w Polsce to przejazdy śmierci?

Katarzyna Kaczorowska
10.02.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną