Rynek

Inteligentne kotlety

Wywiad: Żywność GMO – tak czy nie?

artursfoto / Pixabay
O międzynarodowych wojnach żywnościowych, które wywołać mogą szynka z klonów lub herbata trująca bakterie, mówi Łukasz Gruszczyński.
Dodawanie do paszy hormonów bardzo skraca cykl hodowli i pozwala uzyskać lepsze gatunkowo mięso.Stefano Rellandini/Reuters/Forum Dodawanie do paszy hormonów bardzo skraca cykl hodowli i pozwala uzyskać lepsze gatunkowo mięso.
Amerykanie produkują olej z nanocząsteczkami, ułatwiającymi wchłanianie przez organizm witamin i minerałów.Thiriet Claudius/EAST NEWS Amerykanie produkują olej z nanocząsteczkami, ułatwiającymi wchłanianie przez organizm witamin i minerałów.
Łukasz Gruszczyński jest adiunktem w Zakładzie Prawa Międzynarodowego Publicznego w Instytucie Nauk Prawnych PAN.Leszek Zych/Polityka Łukasz Gruszczyński jest adiunktem w Zakładzie Prawa Międzynarodowego Publicznego w Instytucie Nauk Prawnych PAN.

Joanna Solska: – To prawda, że wkrótce będziemy jeść żywność z klonowanych zwierząt?
Łukasz Gruszczyński: – Tak, za pięć, góra dziesięć lat. Jej produkcja już teraz jest możliwa, ale na razie zbyt droga. Firmy badawcze w Stanach Zjednoczonych intensywnie szukają sposobów jej potanienia. Z ras tradycyjnych wybiera się osobniki mające pożądane cechy, np. jakość i smak mięsa, i klonuje się je, aby uzyskać dużą liczbę reproduktorów. Te duplikaty, już w sposób naturalny, dostarczają hodowcy zwierząt, których mięso jest najwyższego gatunku.

Prawo tego nie zabrania?
Zależy gdzie. W Stanach Zjednoczonych, gdzie te badania są najbardziej zaawansowane, nie. Tamtejsze firmy mogą klonować zwierzęta i produkty z nich dostarczać na rynek. Powstała w ten sposób żywność jest, zdaniem Amerykanów, ekwiwalentna wobec żywności tradycyjnej. Może być natomiast tańsza i lepszej jakości. Klonuje się też zwierzęta w Chinach, Korei Południowej i w Australii. Na razie na małą skalę, może ich być kilkanaście tysięcy. Owca Dolly, sklonowana w 1996 r., ma już sporo koleżanek i kolegów.

A w Europie?
Prawo wspólnotowe tej kwestii nie reguluje. Niedawno Parlament Europejski próbował wprowadzić zakaz sprzedaży produktów spożywczych pochodzących z klonowanych zwierząt i ich potomstwa, ale nie udało się uzyskać porozumienia z rządami krajów członkowskich i sprawa zawisła w powietrzu. Mamy prawną próżnię.

Mimo że żądająca zakazu grupa europarlamentarzystów była dość liczna?
Tak, w PE jest ich większość. Używali dwóch rodzajów argumentów. Jedni, choć jest to grupa niewielka, twierdzą, że klonowanie jest interwencją człowieka w obszary zarezerwowane dla Boga i z tego właśnie powodu powinno być zakazane. Inni są przeciwni z powodów etycznych, to głównie parlamentarzyści z Niemiec i Francji. Mówią, że klonowane zwierzęta są słabsze, łatwiej ulegają infekcjom, śmiertelność wśród nich jest o wiele wyższa niż wśród osobników tego samego gatunku urodzonych w sposób naturalny. Klonowanie, ich zdaniem, jest „produkcją” zwierząt, które człowiek niepotrzebnie skazuje na cierpienie. Z tego właśnie powodu nie powinno się ich w ten sposób rozmnażać.

Kto w UE jest za klonowaniem?
W tej kwestii rozterki przeżywają rządy poszczególnych krajów, wśród nich również niemiecki i francuski. To państwa, które dużo żywności produkują i eksportują. Uważają, że to może być szansa dla europejskiego rolnictwa. Boją się też reakcji USA na forum World Trade Organization (WTO). Mięso z klonów mogłoby się stać powodem kolejnej międzynarodowej wojny żywnościowej. Dopóki Parlament Europejski nie dojdzie do kompromisowego stanowiska z Radą UE, prawo tej kwestii nie ureguluje.

I jeśli taką żywność zacznie się produkować na szeroką skalę w USA albo w Chinach, importerzy będą mogli sprowadzać ją do nas?
Tak.

A gdyby Unia zakazała jej sprzedaży? Tak jak zakazała importu zwierząt karmionych m.in. hormonami wzrostu.
Nasi partnerzy handlowi mogliby się odwołać do WTO, finał mógłby też być podobny. Europa ten spór przegrała, choć sporo wydała na badania. Naukowcy nie stwierdzili, aby mięso z hormonami rzeczywiście było rakotwórcze, choć pewne wątpliwości pozostały. Stanowisko Europy nie wynika z faktu, że same hormony są szkodliwe, nauka tych wątpliwości nie potwierdziła. Żywność tradycyjna też przecież zawiera hormony, tyle że są one pochodzenia naturalnego. UE uważa jednak, że dawki tych hormonów nie należy niepotrzebnie zwiększać. Niezależni arbitrzy WTO uważają naszą ostrożność za nieuzasadnioną. Przy tym mięso zwierząt, które szybciej nabierają ciała, jest o wiele tańsze. Dodawanie do paszy hormonów bardzo bowiem skraca cykl hodowli i pozwala uzyskać lepsze gatunkowo mięso.

Ale mięsa z krów, którym podawano hormony wzrostu, nadal nie wolno na teren UE sprowadzać.
Tak. Dlatego USA, których straty z tego powodu zostały wycenione na 115 mln dol. rocznie, wprowadziły sankcje odwetowe, nakładając wysokie cła na niektóre produkty europejskie. Objęto nimi np. francuski szampan i tradycyjne sery brie, żeby dotknęły kraj, który najgłośniej przeciwko importowi mięsa z hormonami protestował.

Czy arbitrzy WTO uważają, że w tej sprawie konsumenci nie mają nic do powiedzenia? Nie wydaje mi się, żeby Europejczycy mimo to chcieli karmić dzieci wołowiną ze zwierząt, które rosły na dopingu. Poza tym uważane jest za mniej smaczne.
Wręcz odwrotnie, WTO uważa, że decyzja powinna należeć do konsumentów. Czyli że Unia powinna wpuścić na swój rynek amerykańskie mięso, ale może prowadzić szeroką akcję informacyjną, żeby konsumenci mogli je odróżnić od tego ze zwierząt karmionych tradycyjnie. Wtedy ci, którzy nie chcą go jeść, nie będą kupować. Podobne stanowisko zajęła WTO w sprawie upraw roślin genetycznie modyfikowanych. Ten spór UE także przegrała. Jednak głównie dlatego, że Unia nie przestrzegała swoich własnych przepisów, które miały kwestię upraw roślin modyfikowanych regulować. Najpierw ustanowiła warunki i konieczność rejestrowania takich upraw, potem jednak – pod naciskiem przeciwników GMO – biurokratycznymi metodami tę rejestrację praktycznie uniemożliwiła.

Polscy konsumenci są przeciwko żywności produkowanej z roślin GMO, ale w sklepie, gdzie mają wybór, sięgają po kurczaki karmione modyfikowaną soją, bo są tańsze. Nie jesteśmy konsekwentni.
Nie można więc mieć pretensji do WTO, że inne rodzaje żywności z udziałem GMO, np. olej sojowy, nie są oznaczone, choć prawo to nakazuje. To nasza wina. Powinniśmy je egzekwować. Konsument powinien wiedzieć, co wybiera. Nie zawsze tak jest. Przecież większość uprawianych w Europie roślin to też są odmiany zmutowane, niemające już nic wspólnego z tymi występującymi oryginalnie w naturze. Uzyskuje się je m.in. dzięki naświetlaniu nasion promieniami Roentgena i selekcjonowanie tych, które spełniają założone oczekiwania. W tej metodzie uzyskiwania roślin hodowlanych wyspecjalizowały się firmy europejskie, w GMO – amerykańskie.

Gra idzie nie tyle o zdrowie konsumentów, ile o wielkie pieniądze…
Stanowisko WTO, organizacji, której celem jest liberalizacja handlu, wynika z obawy, że wiele krajów pod naciskiem lokalnych grup interesów używa nieprawdziwych pretekstów, żeby po prostu chronić swoje rynki przed konkurencją. To nie służy konsumentom. Kiedy na świecie pojawiła się tak zwana zaraza ogniowa, niszcząca sady owocowe, Australia wprowadziła embargo na jabłka z Nowej Zelandii. To największy, bo najtańszy, konkurent sadowników australijskich. Zakaz wwozu owoców do Australii dotkliwie uderzył nowozelandzkich sadowników. Pretekst zaś był mocno naciągany, gdyż w Nowej Zelandii incydenty choroby były nieliczne, a podjęte środki ostrożności praktycznie wyeliminowały jakiekolwiek ryzyko. Na zakazie najbardziej skorzystali australijscy sadownicy.

Wojny żywnościowe między krajami zawsze toczą się „dla dobra konsumentów”. Często tego argumentu używa także Rosja.
W 2009 r., gdy wiele osób umarło na chorobę zwaną świńską grypą, Rosja, powołując się na troskę o zdrowie społeczeństwa, zakazała importu wieprzowiny, drobiu i wołowiny ze Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Amerykańscy hodowcy ponosili ogromne straty finansowe, zaczęli więc naciskać na własny rząd, aby coś z tym zrobił. W odpowiedzi USA zagroziły Rosji zablokowaniem jej starań o przyjęcie do Światowej Organizacji Handlu, o co Rosja zabiega od wielu lat. Postraszyły ją też sankcjami odwetowymi, powołując się na opinie naukowców, którzy jednoznacznie stwierdzili, że mięso nie może być źródłem zakażenia. Ich stanowisko potwierdziła Światowa Organizacja Zdrowia. Mimo to embargo obowiązywało jeszcze przez wiele miesięcy.

Może Amerykanom mniej zależy na zdrowiu własnego społeczeństwa niż Europie?
Oni też czasem pod naciskiem lokalnych producentów próbują zamykać granice przed tańszymi produktami. Jak wtedy, gdy zakazali wwozu awokado z Meksyku, ale – pod naciskiem WTO – wycofali się z tego. Spory na forum WTO mają rozstrzygać solidne argumenty naukowe, w tym formalna ocena ryzyka dla zdrowia konsumentów. Rzecz w tym, że naukowcy nie są dziś jednomyślni właśnie w sprawie oceny tego ryzyka. Nie ma argumentów naukowych, w każdym razie niezależni arbitrzy z WTO nie stwierdzili ich istnienia, że rośliny genetycznie modyfikowane są dla ludzi szkodliwe. Nie dostarczyli ich też naukowcy z Europy. Różnice pojawiają się przy ocenie potencjalnego ryzyka. Przeciwnicy uważają, że takie argumenty w przyszłości mogą się pojawić, zwolennicy są bardziej skłonni, by to ryzyko podejmować.

Zwłaszcza gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze. Gdybyśmy zaczęli sprowadzać do Europy tanie mięso ze sklonowanych zwierząt, zagrożone byłyby interesy europejskich rolników. A to bardzo silne lobby.
Za większością międzynarodowych wojen żywnościowych, toczonych w imieniu konsumentów, kryją się nie tylko grupy interesu. Często także polityka. Ostatnie embargo, jakie wprowadziła Rosja na warzywa z Polski, oficjalnie miało na celu ochronę zdrowia rosyjskich konsumentów. Zakaz zdjęto jednak później niż na warzywa hiszpańskie i niemieckie, które były prawdziwym źródłem zakażeń. Rosja często stosuje to narzędzie, gdy uznaje, że naruszone zostały jej polityczne interesy. Po wydaleniu przez Gruzję w 2006 r. czterech rosyjskich oficerów oskarżonych o szpiegostwo, Rosja wprowadziła embargo na znaną na całym świecie wodę Borjomi i na gruzińskie wina. Ogłoszony w 2005 r. i trwający kilka lat zakaz wwozu naszego mięsa także wydaje się retorsją za nasze zaangażowanie w pomarańczową rewolucję na Ukrainie. Zostaliśmy finansowo ukarani za politykę.

Ale wkrótce Rosja, po wielu latach starań, zostaje członkiem WTO. Teraz już nie będzie mogła stosować wobec innych krajów embarga.
Teoretycznie nie. Praktycznie jednak tak. Kraj, który będzie ofiarą takiego zakazu, zwróci się ze skargą do WTO, ale minie trochę czasu, zanim spór zostanie rozstrzygnięty. W tym czasie „ukarany” może stracić sporo pieniędzy, których nigdy nie odzyska. WTO nie nakłada kar nawet wtedy, gdy zakaz uzna za nieuzasadniony. Nie jest to wina samej organizacji, raczej jej członków, którzy nie potrafią się w tej sprawie porozumieć.

Pojawia się kolejny pretekst do rozpętania międzynarodowej wojny żywnościowej. Może nim być tak zwana żywność inteligentna. Myślące kotlety?
To będzie rewolucja w produkcji jedzenia, umożliwia ją nanotechnologia. Pozwala ona na przykład na dodanie do produktów spożywczych mikrokapsułek zawierających niezbędne dla nas związki chemiczne lub pierwiastki, które zostaną uwolnione w naszym organizmie tylko wtedy, gdy „wyczują”, że nam tego elementu brakuje. Amerykanie już produkują olej z nanocząsteczkami, ułatwiającymi wchłanianie przez organizm witamin i minerałów. W sprzedaży jest herbata, która dzięki nanotechnologii „walczy” ze złymi bakteriami. Są już także opakowania do produktów spożywczych, które wykrywają szkodliwe bakterie i grzyby i sygnalizują o tym, zmieniając kolor. Są też takie, które je zabijają. Na razie są to nowinki, a nie standard, ale za kilka lat inteligentna żywność stanie się powszechna.

Wielkie koncerny spożywcze, które tych nowinek nie wprowadzą, mogą stracić ogromne pieniądze. Zagrożone byłyby też interesy europejskich rolników, gdybyśmy taką żywność masowo zaczęli sprowadzać z USA. Ale WTO byłaby za liberalizacją handlu?
Chyba że naukowcom udałoby się udowodnić, że wiąże się to ze zbyt dużym ryzykiem dla zdrowia konsumentów.

Nasi rolnicy nawet nie zdają sobie sprawy z tych zagrożeń. W wyścigu świata do produkcji inteligentnej żywności nie bierzemy udziału.

Łukasz Gruszczyński jest adiunktem w Zakładzie Prawa Międzynarodowego Publicznego w Instytucie Nauk Prawnych PAN. Zajmuje się problematyką regulacji ryzyka oraz międzynarodowym prawem gospodarczym.

Polityka 47.2011 (2834) z dnia 16.11.2011; Rynek; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Inteligentne kotlety"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną