Polsko-niemiecki spór o płacę minimalną

Trwoga przed Niemcem
Czy nauczymy się kiedyś dbać o własne interesy? Zamieszanie wokół niemieckiej płacy minimalnej pokazuje, że gasimy pożary nie w zarodku, a dopiero gdy sytuacja jest krytyczna.
Simon Yeo/Flickr CC by 2.0

Trudno zazdrościć pracy Ewie Kopacz. Rok na dobre się jeszcze nie zaczął, a ona biega od jednego kryzysu do drugiego. Najpierw byli lekarze, potem górnicy, a teraz nasze firmy transportowe.

Za każdym razem trzeba znaleźć przynajmniej tymczasowe rozwiązanie, aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Jednak teraz jest trudniej, bo po drugiej stronie stoją nie górnicy, których można obłaskawić kolejnymi miliardami od podatników, ale obcy rząd.

Niemcy uważają, że ich nowa płaca minimalna, wynosząca 8,50 euro za godzinę, powinna dotyczyć także polskich kierowców, ilekroć pojawią się na niemieckiej autostradzie. Bez względu na to, dokąd jadą, jakim samochodem i w imieniu jakiej firmy. Nawet jeśli przez Niemcy przejeżdżają tylko tranzytem, zatrudnia ich polska spółka, a pojazd ma polskie numery rejestracyjne, powinni dostawać równowartość 8,50 euro za godzinę.

Dla naszej branży transportowej, składającej się w większości z małych firm, taka interpretacja przepisów o płacy minimalnej to gigantyczne zwiększenie kosztów i bankructwo albo rezygnacja z obsługi zagranicznych klientów. Gdy zatem rządzący zrozumieli, jak duża jest stawka, ruszyli do obrony polskiego transportu. W dużej mierze dzięki niskim pensjom kierowców stał się on europejskim liderem. Polscy ministrowie dzwonią do niemieckich, pytają, proszą, a równocześnie stawiają na nogi Brukselę i liczą, że jeśli nie my, to chociaż Komisja Europejska wystraszy Niemców.

Taka patriotyczna szarża jest typowo polska – głośna, ale mocno spóźniona. Już na jesieni poprzedniego roku zaczęły dochodzić z Niemiec niepokojące sygnały, ale wówczas nasi politycy w ogóle nie zwrócili na to uwagi. Do akcji przystąpili, gdy nowe przepisy już obowiązują, a lada dzień zacznie się wystawianie gigantycznych mandatów. Polskie firmy mogą zostać ukarane grzywną wynoszącą nawet pół miliona euro, jeśli nie udowodnią, że ich pracownicy podczas przejazdów po Niemczech zarabiają 8,50 euro za każdą godzinę.

Chociaż polscy związkowcy cieszą się z nowych przepisów i namawiają kierowców do walki o swoje, nasz sektor nie jest na taki wzrost wynagrodzeń gotowy. Można oczywiście zakończyć działalność i oddać pole zachodnim konkurentom, ale wtedy przybędzie bezrobotnych, a straty dla gospodarki będziemy liczyć w miliardach.

W Europie wszyscy w takich sytuacjach walczą o swoje i my powinniśmy robić podobnie. Tylko, że brakuje nam systemu wczesnego ostrzegania o takich kłopotach. Reagujemy dopiero, gdy problem jest palący, a nie wtedy, gdy pojawiają się pierwsze niepokojące sygnały. Wydawałoby się, że po ponad dziesięciu latach członkostwa w Unii Europejskiej powinniśmy nauczyć się zapobiegliwości. Nic z tego.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną