Mateusz Morawiecki przed wielką próbą

Super-multi-wicepremier
Minister finansów musiał odejść, gdyż nie potrafił znaleźć pieniędzy na realizację obietnic wyborczych partii rządzącej. A miało to być takie proste.
Morawiecki dostał wprawdzie w ręce potężną władzę nad gospodarką i budżetem, ale to nie jest jeszcze władza całkowita.
Adam Chełstowski/Forum

Morawiecki dostał wprawdzie w ręce potężną władzę nad gospodarką i budżetem, ale to nie jest jeszcze władza całkowita.

Pawła Szałamachę obarcza się winą tym chętniej, że nie jest w Prawie i Sprawiedliwości osobą kluczową.
Simona Supino/Forum

Pawła Szałamachę obarcza się winą tym chętniej, że nie jest w Prawie i Sprawiedliwości osobą kluczową.

Wicepremier i minister licznych resortów Mateusz Morawiecki oraz zdymisjonowany minister finansów Paweł Szałamacha.
Andrzej Hulimka/Reporter

Wicepremier i minister licznych resortów Mateusz Morawiecki oraz zdymisjonowany minister finansów Paweł Szałamacha.

Nie wierzcie, że się nie da. Pieniądze są, wystarczy tylko dobrze rządzić” – zapewniała w kampanii wyborczej Beata Szydło. Wielokrotnie potwierdzała też swoje słowa już jako premier. Liczyła dziesiątki miliardów złotych, które niemalże leżą na ulicy, wystarczy się po nie schylić. W najgorszym razie sięgnąć do głębokich kieszeni – banksterów i zagranicznych sieci handlowych. W żadnym razie chudych portfeli rodzimych podatników. Oprócz obietnic, co komu PiS da, zapewniała, że nikomu nic nie odbierze.

Nie można współczuć byłemu już ministrowi finansów Pawłowi Szałamasze, że dostał do wykonania zadanie nierealne. To przecież on był współtwórcą gospodarczego programu PiS i wskazywał partii źródła jego finansowania. On wymyślił podatki, których potem nie potrafił ściągnąć. Na początku jego pozycja w rządzie wydawała się o wiele mocniejsza niż Mateusza Morawieckiego, który pojawił się nagle. Szałamacha miał dużo czasu, by sobie wszystko poukładać. Chyba że nie wierzył, by PiS z taką determinacją chciało swoje obietnice realizować. Wpadł w zastawione przez siebie sidła: miał schylić się po miliardy, po które nieudolny rząd PO-PSL sięgnąć nie potrafił. I przez dziesięć miesięcy niewiele znalazł. Paweł Szałamacha podważył więc prawdziwość słów pani premier, która była jego wielką orędowniczką. Wyborcy zaczynają dostrzegać, że wbrew zapewnieniom rząd coraz głębiej sięga do ich kieszeni. Żeby ratować wizerunek rządu i partii, trzeba więc było wskazać i odstrzelić winnego. Skierować do innych odpowiedzialnych zadań.

Sezam się otwiera

Pawła Szałamachę obarcza się winą tym chętniej, że nie jest w Prawie i Sprawiedliwości osobą kluczową. Choć dał się poznać w pierwszym rządzie PiS, LPR i Samoobrony jako wiceminister skarbu, a potem poseł, w obecnej kadencji nie dostał się do Sejmu. Gospodarczy plan PiS podpowiadał nie jako polityk, ale twórca Instytutu Sobieskiego, który stał się namiastką intelektualnego zaplecza partii. Jego odejście nie narusza równowagi partyjnej, ale w sposób zasadniczy zmienia układ sił w samym rządzie. Osłabia, i tak słabą, pozycję Beaty Szydło. Numerem jeden staje się wicepremier Mateusz Morawiecki.

Do resortów, już kontrolowanych przez niego, dochodzi jeszcze jeden – Ministerstwo Finansów. Będzie ministrem rozwoju i finansów. Funkcja samodzielnego ministra finansów zostaje skasowana, ale resort funkcjonować będzie nadal. Ktoś musi przecież ściągać podatki, układać budżet, dbać o wkład własny przy wydatkowaniu środków unijnych. Ale tylko o technikalia. Formalnie MF kierowane będzie przez Morawieckiego, faktycznie – pewnie przez któregoś z obecnych sekretarzy stanu.

Wicepremier Morawiecki całą w zasadzie gospodarką zarządzać będzie jako szef nowego Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Prezes namaścił go na symbolicznego anty-Balcerowicza, bo od czasów Leszka Balcerowicza to Ministerstwo Finansów było centrum gospodarczym rządu. Tak słabej pozycji jak dziś resort finansów nie miał jeszcze nigdy. Nasuwa się też pytanie – skoro wicepremier zostaje superpremierem, to po co nam premier? Wydaje się, że Beatę Szydło też ono gnębi.

Ale są pytania ważniejsze. W nową funkcję Mateusza Morawieckiego wpisany jest konflikt interesów. Jako dotychczasowy szef resortu rozwoju nie ukrywał, że bardzo potrzebuje pieniędzy na realizację narodowego planu gospodarczego. Na przeszkodzie stał podobno minister finansów, strażnik państwowej kasy. Teraz wicepremier występować będzie w podwójnej roli. Tego, kto usiłuje do tej kasy głębiej sięgnąć, i tego, kto ma jej przed podobnymi zakusami strzec. Nietrudno zauważyć, która rola podoba się Morawieckiemu bardziej, to także wicepremier winą za brak sukcesów w realizacji swego planu obarczał Pawła Szałamachę. Teraz ta przeszkoda znika. Jakie będą konsekwencje dla państwa?

Co ustawa, to bubel

Pozycja Szałamachy w rządzie chwiała się już od stycznia. Ministerstwo nie radziło sobie z napisaniem projektu ustawy o podatku od handlu. Rzadko się zdarza, żeby część przedsiębiorców domagała się dodatkowych obciążeń podatkowych. Tym razem tak było. Podatek, dzisiaj zwany handlowym, miał być daniną, którą polski rząd obarczy zagraniczne sieci. Poprawi w ten sposób nieco sytuację finansową nie tylko polskiego drobnego handlu, ale także rodzimych dostawców, którym sieci dyktują bezwzględne warunki cenowe. Tak to brzmiało w kampanii wyborczej, choć wiadomo było, że tego typu dyskryminacja grupy podatników jest niezgodna z prawem unijnym. Więc rodzimym firmom należało pomagać w sposób bardziej finezyjny. Prawnik Szałamacha powinien był to wiedzieć. Tym bardziej że PiS szło dokładnie tą samą drogą, z której zawrócić musieli Węgrzy. Viktor Orbán na żądanie Komisji Europejskiej z podatku handlowego przecież się wycofał.

Nic dziwnego, że Szałamacha zwlekał i kluczył. W końcu projekt ustawy wzbudził furię drobnych handlowców. Nie spełnił bowiem ich nadziei – zamiast polepszać, pogarszał ich sytuację. Ostro krytykował go też Morawiecki. Panowie mieli się od tej pory kontaktować ze sobą tylko mailowo. Kolejna wersja projektu, bardziej satysfakcjonująca dla sklepikarzy, naruszała z kolei unijne prawo. Niedawno okazało się, że podatek musi zostać zawieszony. Teraz z Brukselą negocjować już będzie Mateusz Morawiecki. Nie wiadomo, czy z lepszym skutkiem niż poprzednik. Do tegorocznego budżetu z podatku handlowego miało wpłynąć 2 mld zł. Nie będzie nic.

Ministrowi finansów zaczął szkodzić nie tylko brak własnych sukcesów, ale też trudny charakter. Mocno naraził się już wcześniej Beacie Szydło, gdy publicznie ogłosił, że na realizację sztandarowego programu 500 plus już w tym roku w państwowej kasie zabraknie pieniędzy. Wtedy chodziło zaledwie o 200 mln zł i Szałamacha szybko je „znalazł”, ale słowa krytyki zostały mu zapamiętane.

Rozczarowały też rzeczywiste efekty kolejnej ustawy podatkowej, tym razem o podatku bankowym, mocno wcześniej lansowanym przez Instytut Sobieskiego. Ministerstwo Finansów na początku liczyło, że w tym roku przyniesie on 5,5 mld zł. To już nieaktualne. Teraz spodziewa się 3,4 mld zł. W dodatku ustawa, wprowadzająca dodatkowe daniny od banków i towarzystw ubezpieczeniowych, napisana została niechlujnie. Daje Komisji Europejskiej kolejne preteksty, żeby ją zakwestionować. Kierowane przez prawnika ministerstwo nie potrafiło napisać projektu ustawy, której sens i istotę można obronić. Nowy podatek od instytucji finansowych nie kłóciłby się z prawem. Pod warunkiem że byłby dobrze skonstruowany. Minister finansów po raz kolejny potknął się o własne nogi.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną