Czy Polska zdecyduje się kiedyś na europejską walutę

Drogie euro
W wakacje miliony Polaków wymieniają miliardy złotych na euro. Czy na pewno tak ma być? I jak długo? Już w najbliższej kampanii wyborczej powinien wrócić temat przystąpienia Polski do „nowej Unii”, czyli nowej strefy euro.
Negatywny stosunek Polaków do euro jest w Unii wyjątkiem.
Mirosław Gryń/Polityka

Negatywny stosunek Polaków do euro jest w Unii wyjątkiem.

Macron ma góra rok na kluczowe decyzje w sprawie przyszłości euro.
ZUMA Wire/Forum

Macron ma góra rok na kluczowe decyzje w sprawie przyszłości euro.

Mateusz Morawiecki jest optymistą i przewiduje, że dyskusję na temat przyjęcia euro, można będzie rozpocząć za jakieś 10, 20 lat.
Krystian Maj/Forum

Mateusz Morawiecki jest optymistą i przewiduje, że dyskusję na temat przyjęcia euro, można będzie rozpocząć za jakieś 10, 20 lat.

audio

AudioPolityka Łukasz Wójcik - Drogie euro

Euro ma dziś w Polsce dwie twarze, obie złowrogie. W powszechnej wyobraźni Polaków gospodarcze problemy Grecji nierozerwalnie kojarzą się ze wspólną walutą – po pierwsze więc: euro znaczy kryzys. Po drugie, euro to tak naprawdę niemiecka marka, która służy Berlinowi jako instrument dominacji nad Europą. Toczy się bój na wyobrażenia, z którymi trudno merytorycznie dyskutować.

Dla wielu w Polsce taka dyskusja wydaje się zresztą bezprzedmiotowa: przeszliśmy suchą nogą przez kryzys i wciąż mamy lepsze wyniki gospodarcze niż strefa euro (choć ta przewaga maleje – w tym roku kraje euro powinny uzyskać najszybsze tempo wzrostu od 10 lat). Ale przede wszystkim 57 proc. Polaków (kwietniowy Eurobarometr) nie chce euro. Dla partii politycznych, poza Nowoczesną, tematu więc nie ma. Szczególnie że porzucenie złotego wymagałoby zmiany konstytucji.

Chcemy natomiast Unii Europejskiej z jej czterema swobodami, funduszami spójności, dopłatami dla rolników i last but not least poczuciem przynależności do zachodniej cywilizacji. Według CBOS 89 proc. rodaków jest zadowolonych z członkostwa w Unii. Sprawa wydaje się więc jasna: Unia – tak, euro – nie. Ale co, jeśli taki rozkrok już wkrótce może się okazać nie do utrzymania?

Jarosław Kaczyński w marcowej rozmowie z „Rzeczpospolitą” skrytykował pomysł przyjęcia euro. Jego zdaniem należy się nad tym zastanowić, dopiero gdy osiągniemy poziom 85 proc. niemieckiego PKB per capita, czyli ostrożnie licząc – za 60, 70 lat. W przeciwnym razie, według prezesa PiS, oznaczałoby to „trwałą peryferyzację Polski”. Wicepremier Mateusz Morawiecki jest większym optymistą i przewiduje, że dyskusję można będzie rozpocząć za jakieś 10, 20 lat.

Jednocześnie rząd PiS uspokaja: nic o nas bez nas. Minister ds. europejskich Konrad Szymański zgadza się w założeniach z Emmanuelem Macronem, że euro wymaga reformy, bo kolejny kryzys strefy może się fatalnie odbić również na naszej gospodarce. Ale jednocześnie przekonuje, że Polska nie zgodzi się, aby głębsza integracja strefy euro – poprzez tworzenie równoległych instytucji, budżetu czy nawet barier w jednolitym rynku – negatywnie wpłynęła na warunki naszego członkostwa w Unii. Szymański przypomina, że zawsze możemy skorzystać z prawa weta w Radzie.

Warto tu jednak przypomnieć, że wiele kluczowych skoków w europejskiej integracji odbywało się poza bieżącym systemem. Gdy na przełomie lat 40. i 50. Brytyjczycy zablokowali integrację w ramach Rady Europy, Francuzi i Niemcy utworzyli Wspólnotę Węgla i Stali. Na podobnych zasadach powstała strefa Schengen czy ostatnio tzw. pakt fiskalny. – Jeśli zostanie zrealizowany pomysł na dokończenie projektu wspólnej waluty, to euro zdominuje europejską integrację i tym samym starej Unii już nie będzie – uważa Paweł Świeboda, szef Europejskiego Centrum Strategii Politycznej, think tanku Komisji Europejskiej. To więc, co politycy PiS prezentują Polakom, może się okazać fałszywą alternatywą.

Strategia walki z kryzysem

Polska we wszystkich ważnych dla Unii sprawach zajmuje stanowisko przeciwne niż większość: praworządność, migranci, wspólna polityka obronna i właśnie kwestia przyjęcia wspólnej waluty. Jest to konsekwencja bardziej ogólnego wniosku, że – tak jak w przypadku kryzysu euro – Unia nie jest w stanie wypełnić swojego podstawowego zadania, czyli zapewnić bezpieczeństwa obywatelom. Przyczyną takiego stanu, według PiS, jest zła konstrukcja instytucjonalna, będąca konsekwencją przerostu ambicji zwolenników głębszej integracji – ich „konstruktywistycznych utopii”. I w tym stwierdzeniu jest sporo racji.

W opinii wielu ekonomistów łagodzenie tzw. szoków asymetrycznych, czyli gwałtownych kryzysów gospodarczych, dotykających tylko część krajów strefy euro (takich jak w greckim przypadku), byłoby możliwe, gdyby w strefie działały dwa kluczowe mechanizmy – transfery fiskalne oraz mobilność na rynku pracy.

Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy i współautor książki „Paradoks euro”, nie podziela jednak nadziei pokładanych w tych mechanizmach. Emigracje pracowników do innych krajów strefy łagodzą skutki bezrobocia w państwach dotkniętych szokami. Nie może to być jednak główny sposób radzenia sobie z kryzysem. Z prostej przyczyny. – Choć w strefie euro, zgodnie z traktatami, obowiązuje wolny przepływ ludzi, to migracje zbyt dużej skali byłyby nie do przyjęcia z powodów politycznych, nawet gdyby dotyczyło to np. Włochów we Francji – mówi Kawalec, który uważa zresztą, że dla spójności Unii ważne jest, aby mieszkańcy Europy mieli jak najlepsze szanse na rozwój i dobrobyt we własnym kraju. – Dlatego państwa europejskie nie powinny rezygnować z własnej waluty, której posiadanie ułatwia w sytuacji kryzysowej poprawę sytuacji na ich terytorium.

Drugi problem to transfery fiskalne. Traktaty nie przewidują możliwości „wykupywania” (bail-out) państw-biedaków przez państwa-bogaczy. Strefa euro nie doczekała się jeszcze stałego funduszu ratunkowego – tylko prowizorycznie funkcję tę pełni Europejski Mechanizm Stabilności. Jak napisał tygodnik „The Economist”, takie transfery między państwami staną się politycznie możliwe dopiero wtedy, gdy Niemcy czy Holendrzy będą chcieli łożyć na Greków lub Portugalczyków nie ze strachu, tylko z poczucia wspólnoty – tak jak Kalifornia łoży na Oregon.

W takich warunkach przyjęta strategia walki z kryzysem w strefie euro siłą rzeczy głęboko podzieliła Europę, wszyscy są dziś niezadowoleni. Ci, którzy musieli sięgnąć głęboko do kieszeni, narzekają na „leni z południa”. „Lenie z południa” skarżą się, że warunki udzielonej im pomocy są zabójcze. Wspólna waluta, która miała stopniowo doprowadzić do konwergencji, czyli zbliżenia gospodarek państw członkowskich pod względem rozwoju, paradoksalnie przyczyniła się do zwiększenia różnic.

Efektem jest nieufność, która dotychczas blokowała wszelkie plany naprawy strefy. Z jednej strony państwa najbardziej zadłużone, takie jak Włochy czy Grecja, straciły zapał do reformowania, po tym jak niemal dokładnie pięć lat temu szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi zapowiedział, że „zrobi wszystko, co konieczne, aby uratować euro”. Z drugiej państwa takie jak Niemcy, widząc problemy z reformami na południu, jeszcze bardziej zaostrzyły swoje oczekiwania wobec „leni”.

Zwycięstwo Macrona zmienia jednak perspektywę – twierdzi Charles Grant z Centrum na rzecz Reformy Europejskiej. Macron już kilka lat temu, w artykule napisanym razem z przyjacielem Sigmarem Gabrielem, obecnym szefem niemieckiego MSZ, apelowali o głębszą integrację strefy euro. Wtedy propozycja została odrzucona w Berlinie, ale dziś odpowiedź prawdopodobnie nie byłaby już tak jednoznaczna. – Niemcy zdają sobie sprawę, że Unia, a w szczególności strefa euro, potrzebuje przemeblowania – mówi Eugeniusz Smolar z Centrum Stosunków Międzynarodowych. – I że nie da się tego zrobić bez Francuzów. Problemem jest wciąż brak zaufania do zdolności reformatorskich Macrona oraz różnice w ważnych kwestiach szczegółowych.

Macron jest już czwartym prezydentem Francji, z którym Merkel ma do czynienia. I każdy z nich obiecywał jej wielkie reformy. Z tym obecnym ma być inaczej: Macron już zapowiedział reformę (czyli wydłużenie) 35-godzinnego tygodnia pracy, cięcia pozapłacowych kosztów zatrudnienia i uelastycznienie jego zasad, w końcu też ograniczenie roli państwa we francuskiej gospodarce.

Europejskie ambicje Macrona zostały chłodno przyjęte w Niemczech. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” do tekstu o Macronie dał tytuł „Cher Ami”, co można przetłumaczyć jako „Drogi kolega” w obu sensach tego określenia. Chodzi o to, że ostatecznie, bez względu na kształt dalszej integracji strefy euro, zapłacą Niemcy. – Merkel nie będzie w stanie przekonać swoich obywateli do kolejnych nakładów na strefę euro, jeśli oni sami nie zobaczą, że ich sąsiedzi też ponoszą jakieś koszty – uważa Smolar. – Z drugiej strony kanclerz zdaje sobie również sprawę, że jeśli odrzuci ofertę Macrona, to za pięć lat trzeba będzie się dogadywać z Marine Le Pen, co musi ją skłaniać do kompromisu.

Niemcy nie mają jednak zbyt dużo czasu na decyzję, czy poprzeć Macrona. Według najnowszego sondażu „Journal du Dimanche” popularność nowego prezydenta Francji po pierwszym miesiącu rządów spadła już o 10 pkt proc., co jest największym spadkiem od czasów Charles’a de Gaulle’a. Gazeta wiąże to m.in. z zapowiadanymi cięciami budżetowymi i liberalizacją rynku pracy. Jak twierdzą jej redaktorzy, Macron ma góra rok na kluczowe decyzje w sprawie przyszłości euro. Później okno czasowe zamknie się nieodwracalnie.

Oczekując na start francusko-niemieckiej rakiety, Komisja Europejska ogłosiła już plan dalszej integracji strefy euro. Zresztą w dużym stopniu inspirowany zapowiedziami nowego prezydenta Francji. Chodzi przede wszystkim o „ekstrakcję instytucjonalną euro” z Unii, czego tak bardzo obawia się polski rząd. Tak aby strefa euro miała własnego ministra finansów, może odrębny parlament. Przede wszystkim jednak i Macron, i Komisja na pierwszy plan wysuwają pomysł budżetu dla strefy euro.

Taki euroskarb, na razie w ramach szerszego budżetu Unii, z czasem dostałby własne źródła finansowania. Pełniłby funkcję funduszu ratunkowego dla państw strefy wpadających w nieprzewidziane tarapaty. Mógłby je wspierać dzięki strategicznym inwestycjom infrastrukturalnym (ożywienie popytu) czy też bezpośredniej pomocy dla bezrobotnych. Ale pod warunkiem przestrzegania określonych zasad finansowych i socjalnych – tu pada niebezpieczny dla Polski argument o zwalczaniu „dumpingu socjalnego”. Przede wszystkim, według propozycji Komisji, docelowo z takim odrębnym eurobudżetem wiązałaby się możliwość zaciągania długu.

Granica walutowa

Brak takiej możliwości to największy problem ekonomiczny i polityczny strefy. Dziś poszczególne kraje Eurolandu płacą różne stawki za pożyczanie pieniędzy. Włosi za pożyczkę na 10 lat płacą 2,04 proc. (dane z 17 lipca), natomiast Niemcy – zaledwie 0,51 proc. Pożyczkodawcy mogą różnicować dyktowane im ceny, opierając się na ocenie ryzyka w przypadku danego państwa. Podczas ostatniego kryzysu gospodarczego skończyło się to skrajnym zróżnicowaniem ceny pożyczek i wspomnianym szokiem asymetrycznym. A z takiej sytuacji, jak pokazuje przykład Grecji, bardzo trudno się wyplątać.

Według Komisji i Macrona rozwiązaniem tego problemu ma być wspólne zadłużanie się. Np. poprzez sumowanie zapotrzebowania na gotówkę wszystkich krajów strefy, pożyczanie jako jeden podmiot (strefa euro), a potem rozdział tych środków pomiędzy członków. Dotychczas nie wchodziło to w grę, bo oznaczałoby, że bardziej wiarygodne kraje musiałyby zapłacić za tańsze kredyty dla państw mniej wiarygodnych finansowo.

Dziś mówi się w Brukseli o tzw. bezpiecznych obligacjach europejskich (ESBies). Powołane specjalnie w tym celu unijne ministerstwo skarbu skupowałoby od państw członkowskich obligacje i samo emitowałoby własne, europejskie – podobnie jak to robi rząd federalny USA.

Co to wszystko znaczy dla Polski? Redaktorzy wspomnianego „Journal du Dimanche” zauważają, że gdy już Macronowi skończy się paliwo związane z efektem nowości, poszkodowanym przez jego reformy Francuzom posłodzi, reaktywując wojnę z polskim hydraulikiem, co już zresztą zapowiedział, interweniując w sprawie tzw. dyrektywy o pracownikach delegowanych. „Wybryki Polaków i Węgrów posłużą również Macronowi uzasadnieniu głębszej integracji w strefie euro. Oczywiście bez tych ostatnich” – pisze francuska gazeta.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną