Polskie Hollywood

Sny o fabryce
W Nowym Mieście nad Pilicą ma powstać miasteczko filmowe. Na terenie byłego lotniska wojskowego (467 ha) za dwa lata ma wyrosnąć 10 potężnych i nowoczesnych hal zdjęciowych. Tylko kto je utrzyma?

Wedle Stowarzyszenia Filmowców Polskich, które w przyszłości będzie zarządzać miasteczkiem filmowym, będą w nim powstawać 2–3 hollywoodzkie megahity, 7–8 koprodukcji europejskich oraz 30 proc. filmów krajowych. Oprócz tego jeszcze kilka dużych seriali. Wytwórnia ma być tania i konkurencyjna wobec świetnie prosperujących na europejskim rynku filmowych fabryk w Babelsberg pod Berlinem czy w praskim Barrandowie.

Zagranicznych producentów ma przyciągać nowoczesna infrastruktura rodzimej fabryki snów. To tu będzie zbudowana największa hala zdjęciowa w Europie o powierzchni prawie 7 tys. m kw. Dziś największą dysponują Czesi. Między innymi z tego powodu od ponad 10 lat w Barrandowie kręcone są przynajmniej cztery amerykańskie superprodukcje o średnich budżetach 50–100 mln dol. rocznie. Powierzchnia czeskiej hali jest prawie o połowę mniejsza od projektowanej u nas – ma 4164 m kw., więc jest pewne, że część inwestorów z uwagą przyjrzy się polskiej ofercie. Do tego dochodzi jeszcze specjalistyczne zaplecze produkcyjne (m.in. stolarnie, sztukatornie, tapicernie), pole golfowe, własne lotnisko (tym nie może się pochwalić żaden tego typu obiekt w Europie), jak również przestrzenie z pochylniami i basenami, pozwalające na robienie zdjęć wodnych. Usytuowanie 79 km od centrum stolicy na wolnym terenie z czystym horyzontem umożliwi stawianie back-lotów, czyli olbrzymich dekoracji w plenerze, czego z kolei nie oferują żadne rodzime wytwórnie. Można w nich będzie realizować sceny pościgów samochodowych, wybuchów, walk z użyciem czołgów i samolotów. Taki przynajmniej jest scenariusz.

Koszt przedsięwzięcia, obejmujący m.in. postawienie 10 hal produkcyjnych o zróżnicowanej wielkości i wyposażeniu, wyniesie około 100 mln euro. Większość środków, bo aż 85 mln euro, będzie pochodzić z unijnych funduszy strukturalnych (nie trzeba ich zwracać). Udało się je zdobyć wyjątkowo szybko. Kiedy rada programowa Warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej źle wypełniła formularz aplikacyjny, w jego miejsce pojawił się wniosek złożony przez środowisko filmowe, firmowany m.in. przez Agnieszkę Odorowicz (PISF), Jacka Bromskiego (SFP) i Macieja Strzembosza (Krajowa Izba Producentów Audiowizualnych), którym należy się tytuł ojców-założycieli miasteczka. Resztę budżetu pokrywa Ministerstwo Kultury (20 mln zł), marszałek województwa mazowieckiego (20 mln zł) i PISF (20 mln zł). – Polska jako ostatnie państwo w Europie buduje swoje miasteczko filmowe nie dlatego, że władze z rozmaitych przyczyn tego nie chciały – twierdzi Odorowicz. Tylko środowisko filmowe nie było do tego zdolne było podzielone i niezdecydowane.

Inwestycja nie jest komercyjna. Ma dać pracę fachowcom z branży i aktywizować region. Agencja Mienia Wojskowego, która dwa lata temu wystawiła na przetarg ziemię po dawnym poligonie (cena wywoławcza wynosiła 20 mln zł), dostała niezbyt interesującą propozycję od Chińczyków, którzy chcieli wybudować fabrykę. Przetarg unieważniono, bo pojawił się projekt miasteczka filmowego. Inwestycja stwarza szansę wypromowania regionu. Przyniesie też korzyści mieszkańcom.

Skarb Państwa nadal pozostanie właścicielem gruntu. Prawo do wieczystego użytkowania ziemi przekazano Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Jedną z pierwszych inicjatyw SFP było doprowadzenie do podpisania umowy o wzajemnym partnerstwie między regionami Mazowsza i włoskiego Lazio, gdzie funkcjonuje słynna wytwórnia Cinecitta, w której pracował Fellini, a ostatnio Scorsese przy „Gangach Nowego Jorku”. Daje to możliwość wspólnego ubiegania się o fundusze międzyregionalne. Być może część terenu miasteczka stanie się specjalną strefą ekonomiczną. Do 2012 r. firmy inwestujące nad Pilicą nie będą płacić podatków.

Imponujące przedsięwzięcie, na które środowisko polskich filmowców czekało bez mała pół wieku, pochłonie ogromne pieniądze. Według wstępnych szacunków zwrot zainwestowanych środków nastąpi najwcześniej za 20 lat. A i to przy założeniu, że do Nowego Miasta uda się ściągnąć wielką liczbę międzynarodowych koprodukcji, bez których snucie spektakularnych planów nie ma sensu. Wszyscy zdają sobie sprawę, że w pojedynkę polski przemysł filmowy nie wykorzysta mocy przerobowych tak wielkiej fabryki snów. Zresztą produkcje czysto narodowe wychodzą z mody.

Czy znajdą się chętni do robienia filmów w Polsce? Niestety, na razie niewiele na to wskazuje. Mimo szczerych chęci, niedawno grzecznie podziękowały za współpracę z Polakami ekipy „Monachium” Spielberga, drugiej części „Opowieści z Narnii” Adamsona, „Kopii mistrza” Holland. Nawet nie z powodu braku miejsc hotelowych, dziurawych dróg i kiepskiej infrastruktury. Tylko nieprzyjaznych przepisów, które odstraszają zagranicznych producentów przed inwestowaniem.

Produkcja filmowa w naszym kraju jest obłożona 22-proc. podatkiem VAT. To jedna z najwyższych stawek w Europie. Czesi i Niemcy pobierają 19-proc. VAT, Węgrzy 20-proc. Różnica niby niewielka, ale przy zaangażowaniu kilkuset milionów złotych taki szczegół decyduje czasem o opłacalności przedsięwzięcia. Ponadto zwrot VAT trwa u nas miesiącami. Niejasne są też przepisy. Weryfikacji każdego złożonego wniosku dokonuje tylko jeden warszawski urząd skarbowy. Wszystko to razem mocno zniechęca.

W Polsce działalność kulturotwórczą, jaką jest produkcja audiowizualna, traktuje się na tych samych zasadach co każdy inny biznes. W Europie kinematografia dawno została zaliczona do działalności misyjnej i z tego powodu ludzie, którzy w niej pracują, korzystają z przywilejów podatkowych. Podmiotom, które kupują usługi świadczone bezpośrednio na rzecz kina, obniża się na przykład stawki. Wiele krajów stosuje w takich wypadkach preferencyjny 7-proc. podatek VAT, a niektóre, jak Czechy, z niego rezygnują. W Polsce z obniżenia VAT – poza wykonawcami w rozumieniu przepisów ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych – nie może korzystać żadna inna grupa pracownicza.

W przeciwieństwie do Francji, gdzie system ulg podatkowych jest rozbudowany, u nas myśli się o ich upraszczaniu i likwidacji. Ekonomista i publicysta Waldemar Kuczyński, były minister przekształceń własnościowych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, ostrzega, że mnożenie ulg poszczególnym grupom zawodowym usztywnia tylko politykę budżetową państwa i komplikuje prawo podatkowe, które nie może być dżunglą złożoną z samych wyjątków. Tymczasem dyrektywy unijne wręcz zachęcają do stosowania szerokiej gamy rozwiązań prawnych, ułatwiających odpisy osobom i instytucjom zajmującym się produkcją audiowizualną. – Bez przywilejów podatkowych produkcja filmowa staje się nieopłacalna – wyjaśnia profesor Witold Modzelewski z Instytutu Studiów Podatkowych. – Każde europejskie państwo stara się stymulować rozwój kinematografii poprzez zachęty podatkowe, tak dla podmiotów krajowych, jak i inwestorów zagranicznych. Bo ten, kto przyjedzie i wyda pieniądze na kino, musi korzystać z bazy noclegowej, usług transportowych, lokalnych restauracji. Profity czerpią z tego wszyscy.

Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha nie widzi sensu stosowania ulg i przywilejów dla wybrańców. Mówi, że to złe rozwiązanie, na którym państwo zawsze źle wychodzi. Jako dowód podaje zaporowe stawki celne na samochody, które zostały wprowadzone w Polsce na początku lat 90. m.in. dzięki lobbowaniu wielkich koncernów. Zamiast rozwoju rodzimego przemysłu, nastąpiła stagnacja. Na uldze budowlanej (kiedy jeszcze obowiązywała) skorzystali deweloperzy, a budownictwo pogrążyło się w marazmie. – Te sprawy powinien regulować rynek. Jeśli jednak zgodzimy się, że państwo powinno pomagać – twierdzi Gwiazdowski – wtedy trzeba dokonać kompleksowej zmiany całego systemu podatkowego. Tak, aby z obniżenia podatku VAT mogli skorzystać wszyscy podatnicy, a nie tylko filmowcy.

Tak czy inaczej, aby budowa miasteczka filmowego nad Pilicą nie podzieliła losu wielu inwestycji z poprzednich epok, które do dziś straszą pustkami i niespłaconymi kredytami, potrzebna jest wola polityczna. Jacek Bromski, prezes SFP, zapewnia, że inwestycja ma poparcie koalicji rządowej. Prace nad projektami nowych ustaw z ulgami podatkowymi dla filmowców znajdują się w końcowej fazie przygotowań. Jeszcze w tym roku mają one trafić do Sejmu. – Choć opór ministra finansów na pewno będzie wielki, zdołamy go przekonać – zapewnia Bromski.

Problem na tym się jednak nie kończy. Ekonomiści o umiarkowanie liberalnej orientacji, opowiadający się za wprowadzeniem podatku liniowego w Polsce, są przekonani, że lepszym pomysłem na wspieranie kultury są dotacje celowe. A przyciągać inwestorów powinno się niskimi kosztami pracy. Przeciwko temu buntuje się środowisko filmowe, które uważa, że te metody nie sprawdzają się w kinie, bo liczy się tu co innego. Agnieszka Odorowicz: – Zmiana systemu podatkowego, ulgi i zachęty dla polskich producentów i koproducentów audiowizualnych (nie tylko filmowych), szybszy zwrot VAT to warunek konieczny rozwoju przemysłu kinematograficznego w naszym kraju. Z miasteczkiem lub bez niego, jeśli chcemy istnieć na rynku koprodukcji, musimy reagować na działania sąsiadów. Miasteczko tylko ma wspomagać ten proces. Tak naprawdę stanowi ono uzupełnienie wielkiej reformy kinematografii.

Załóżmy, że istotnie plan się powiedzie i za dwa, trzy lata nad Pilicą będzie się już kręciło kolejne odcinki przygód Bonda. Co się jednak stanie z miasteczkiem, jeśli skończy się koniunktura na kino robione tradycyjnymi technikami? Jeśli w niedalekiej przyszłości zacznie się produkować w wirtualnych studiach albo cyfrową metodą na komputerze?


Film jest przecież uzależniony od technologii jak żadna inna sztuka. Dlatego członkowie Stowarzyszenia Klaster Multimediów i Systemów Informacyjnych chcą budować jeszcze jedno filmowe miasteczko przy Wyższej Szkole Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu. Według wstępnych szacunków, będzie ono kosztować ponad pół miliarda złotych, z czego sporą część sfinansować ma UE w ramach programów Kapitał Ludzki oraz Innowacyjna Gospodarka. Miasteczko ma być ośrodkiem nowej generacji, multimedialnym centrum najnowszych technologii. Nowosądecka uczelnia ma udzielać naukowego wsparcia dla inwestycji. Poparł ją rząd, wpisując Multimedialne Miasteczko na listę strategicznych projektów, oraz autorytety środowiska filmowego, m.in. Andrzej Wajda, który nie widzi sprzeczności w tworzeniu tak wielu pozornie podobnych przedsięwzięć.

My nie potrzebujemy monumentalnych budowli, bo to relikty przeszłości – wyjaśnia Piotr Palikowski, jeden z trzech twórców nowosądeckiego projektu. – Jeśli ktoś chce produkować tradycyjną metodą, jak Hollywood, nie mam nic przeciwko temu.

Być może jednak będzie miał coś przeciwko podatnik. To on z czasem może ponosić koszt utrzymania opustoszałego miasteczka, które będzie żyło z ulg podatkowych i dotacji, a nie rynkowej działalności. I chociaż w kinie widz jest w stanie przełknąć brak happy endu, w realnym życiu nie przychodzi to tak gładko.


Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną