Społeczeństwo

Rodzina rodzin

Jezus, Maryja i Józef. Co wiemy o świętej rodzinie?

„Chrystus w domu rodziców”, John Everett Millais, 1850 r. „Chrystus w domu rodziców”, John Everett Millais, 1850 r. BEW
Jezus miał liczną rodzinę, także braci i siostry. O dziadkach Jezusa, Annie i Joachimie, świętych w Kościołach katolickim i prawosławnym, oficjalna Biblia nie wspomina.
„Jezus w stolarni”, ilustracja z I poł. XIX w.Super Stock/Getty Images „Jezus w stolarni”, ilustracja z I poł. XIX w.
Św. Józef Cieśla, Georges de La Tour, 1640 r.Wikipedia Św. Józef Cieśla, Georges de La Tour, 1640 r.

Ciągle jeszcze żyjemy chrześcijańską symboliką, sztuką, językiem, etyką, tradycją. Bez chrześcijaństwa, pisze francuski katolicki historyk religii Jean Paul Roux, „nie mielibyśmy Madonn Rafaela, »Ostatniej wieczerzy« Leonarda da Vinci, »Piety« Michała Anioła, legendy o Graalu, a »Boska komedia« nie byłaby tym, czym jest”. Nie moglibyśmy słuchać kantat Bacha, Mszy koronacyjnej Mozarta, śpiewu gregoriańskiego, „nasze dzieci nie podziwiałyby żłobków ze Świętą Rodziną, nie cieszyłyby się przystrojoną w kolorowe łańcuchy i błyszczącą światłami choinką”.

Kościół nazywał dawniej Świętą Rodzinę Trójcą ziemską. Jezus był jakby łącznikiem między światem ludzkim i boskim. Na ziemi dziecko pod opieką dwojga pobożnych Żydów, Maryi i Józefa, w niebie – druga osoba Trójcy Świętej. Maryja stała się w świecie katolickim wzorem matki, Józef – wzorem ojca. Ziemskim zadaniem wiernych było i pozostaje naśladowanie tego modelu w ich własnych małżeństwach i rodzinach.

Na pobożne posłuszeństwo młodej Miriam (Maryi), która bez dyskusji przyjmuje zaskakującą wiadomość, że za sprawą Ducha Świętego urodzi Boga, można jednak patrzeć jak na akt bohaterski. Bohaterski jest też Józef, który musiał się zmierzyć z faktem, że jego żona ma urodzić dziecko, którego nie spłodził. Mógł ją oddalić w majestacie prawa, narażając na społeczne wykluczenie, a jednak wziął jej stronę, uwierzył (ku uciesze wiernych) w jej niesamowitą historię i spełniał swoje obowiązki męża i ojca.

Nic dziwnego, że przez wieki rozwinął się w Kościele kult Maryi i kult Józefa (choć w mniejszym stopniu) właśnie jako ikon rodzicielstwa całkowicie podporządkowanego woli Bożej. Malarze, ku nauce wiernych, odtwarzali sceny z życia ziemskiej Trójcy. Obok obrazów Bożego Narodzenia ulubionym motywem był powrót Świętej Rodziny do Galilei: rodzice idą z małym Jezusem, trzymając go za ręce. Kościół chwalił także obrazy Maryi karmiącej i przytulającej małego Jezusa (Madonny z dzieciątkiem). W malarstwie sięgano do odrzuconych przez oficjalny Kościół apokryfów, które podają szczegóły z dzieciństwa Jezusa, jakich nie ma w czterech zaakceptowanych Ewangeliach. U nas popularny był motyw ofiarowania pierworodnego Jezusa Bogu, jak tego wymagało prawo żydowskie, ale także Józefa uczącego syna ciesiołki.

Jezus i jego rodzina. Dlaczego wiemy tak mało?

O tej Rodzinie rodzin wiadomo jednak niewiele. Ewangelie podają tak mało szczegółów, że pierwsze 30 z 33 lat życia Jezusa nazywa się ukrytymi. Relacje ewangelistów koncentrują się na trzech ostatnich latach, kiedy Jezus działał publicznie. Z tych okruchów Kościół złożył jednak swoją opowieść podawaną pokoleniom wiernych do refleksji o tym, jak ma wyglądać małżeństwo i stworzona przez nie rodzina.

Jezus miał liczną rodzinę, także braci i siostry. O dziadkach Jezusa, Annie i Joachimie, świętych w Kościołach katolickim i prawosławnym, mówią apokryfy, w oficjalnej Biblii nie ma wzmianki o obojgu. Anna miała urodzić Marię późno, w 45 roku życia. Dlatego do niej modlą się kobiety cierpiące na bezpłodność. Po śmierci męża mieszkała w Nazarecie z córką i jej mężem Józefem. Maria miała wyjść za Józefa, syna Jakuba z królewskiego rodu Dawida, mając 14 lat, co było dopuszczalne. Krewną Marii miała być Elżbieta, matka Jana Chrzciciela, który ochrzcił w Jordanie Jezusa.

Bibliści zaznaczają, że braćmi nazywa się w czasach Jezusa nie tylko ludzi zrodzonych z tej samej matki, lecz także członków tej samej rodziny, tego samego szczepu i ludu, w odróżnieniu od obcych. Jezus za braci uważał wszystkich żyjących zgodnie z wolą Bożą. Sprawa pozostanie niejasna, bo w prawosławiu jednak dopuszcza się możliwość, że Jezus miał przyrodnie rodzeństwo, a nie tylko kuzynów i kuzynki, jak przyjmują katolicy.

Model dwa plus jeden jest zresztą trudny do pogodzenia z ideałem żydowskim, nakazującym być płodnym i rozmnażać się. W świecie semickim (obejmującym dziś także muzułmanów) duża rodzina, liczne potomstwo to dowody, że Bóg miłuje tych ludzi, a bezdzietność to dowód, że nie miłuje. Trzyosobowa Święta Rodzina reprezentuje model dziś w Kościele i poza nim widziany niechętnie, bo niedający szansy nawet na proste odtworzenie, a co dopiero wzrost populacji.

Pierwsza Rodzina była też uboga. I to mimo drogocennych darów, które otrzymała w Betlejem od trzech królów ze Wschodu. Ewangelie nie wspominają, co się stało ze złotem, kadzidłem i mirrą, ale nie wynika z nich, by zostały spieniężone. W świątyni stać rodziców Jezusa jedynie na skromną ofiarę z dwóch gołębi. Jean Paul Roux przypomina, że zwyczaj żydowski wymagał, by nawet ludzie zamożni nie prowadzili życia pasożytniczego, tylko mieli jakieś zajęcie.

Jezus mówił zwykle po aramejsku, językiem wieśniaków, prostych ludzi pracy. Jego prawny ojciec był cieślą i zapewne wyuczył syna stolarstwa. Jezus mógł się znać i na rolnictwie, bo w kazaniach stosuje rolnicze porównania. Miał też wykształcenie religijne, bo tego od pobożnego Żyda wymagała Tora. Umiał czytać, bo w synagodze odczytuje publicznie fragment Biblii. Umiał pisać, bo w jednej ze scen ewangelicznych w milczeniu kreśli litery na piasku. Słowem, w czasie swego życia na Ziemi był Żydem z ludu i chciał być Żydem. „Jest dzieckiem Izraela, Izraelitą, nie został wychowany i nie żył jak współczesny Mu mieszkaniec Galii czy rolnik w Chinach” – pisze Roux, ale jako chrześcijanin dodaje, że Jezus nie był wytworem swego czasu i środowiska na takiej zasadzie, „jak człowiek będący tylko człowiekiem”.

Czego i jak nauczał Jezus Chrystus?

Gdy miał 12 lat, Jezus zaginął na trzy dni. Wraz z rodzicami wyruszył z Nazaretu do Świątyni w Jerozolimie na święto Paschy. Co roku wielu Żydów odbywało takie pielgrzymki. Wracając, rodzice zorientowali się, ale dopiero po pewnym czasie, że chłopiec za nimi nie idzie. „Potrzeba było trzech dni, aby odnaleźć Jezusa – pisze Roux – takich samych trzech dni, jakie spędzi On w królestwie śmierci”. W końcu odnaleźli go w otoczeniu rabinów, których słuchał i którym zadawał pytania, a bystrością swych wypowiedzi budził zdumienie i podziw słuchaczy.

Tylko Maryja nie była zachwycona. Chyba żadna matka by nie była. Ale Jezus odpowiedział jej twardo: „Czemuście mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca”. I Maryja zrozumiała, że przecież jej Jedynak ma zadanie do wykonania, jakiego nie miał i nie będzie miał nigdy żaden człowiek. Co nie zmienia faktu, że w świeckich oczach rodzina Jezusa wygląda na rodzinę z kłopotami dość podobnymi do kłopotów rodzin współczesnych. Syn, jedynak bez własnego stałego zajęcia, niezakładający własnej rodziny, uwikłany w konflikt z władzą; ojciec niepewny, czy Jezus nie jest aby dzieckiem pozamałżeńskim, i jakby wycofany z aktywnego udziału w życiu rodzinnym. Matka troskliwa, ale nieco oderwana od rzeczywistości. W sumie rodzina mało tradycjonalistyczna, pod wieloma względami kompletnie niepasująca do ówczesnych rodzinnych standardów świata żydowskiego.

Kościół i tak jednak nie ma wyboru i wciąż podaje ową ziemską Trójcę za wzór zwykłym zjadaczom chleba, prowokując przez stulecia desperackie często próby dopasowania życia do heroicznego i „nienaturalnego” wzorca.

To mit, że w świecie zachodnim, wyrosłym z chrześcijaństwa, zawsze było tak, że pożądany model rodziny to w zasadzie owa ewangeliczna „podstawowa komórka społeczna”: mąż żywiciel, matka gospodyni domowa i posłuszne im we wszystkim dzieci. Komórka w takim rozumieniu to zjawisko stosunkowo nowe. Francuski autor Phillipe Ariès przypomina w swej „Historii dzieciństwa”, że we Francji i Europie Zachodniej aż do XVIII w. ludzie, biedniejsi i bogatsi, panowie i służba, żyli na zewnątrz, gromadnie, na rynkach i ulicach, a jednostka i rodzina była pod dominacją społeczeństwa. Prywatnością małżonków nikt się nie przejmował, pisze historyk, bo jej po prostu nie było. Życie rodziny toczyło się na widoku. Publicznie poświęcano uroczyście łoże małżeńskie, leżącym w nim małżonkom składano wizyty.

„Komórka” jest instytucją droższą i trudniejszą do utrzymania niż życie w gromadzie. Wielowiekowa dominacja rodziny plemiennej, wielopokoleniowej, w świecie chrześcijańskim zaczęła słabnąć dopiero wraz z postępem cywilizacyjnym, wzrostem zamożności wszystkich grup społecznych, oddzieleniem religii od państwa i pojawieniem się (już dużo później) liberalnej, konstytucyjnej demokracji.

Nasze wyobrażenia o rodzinnej intymności w domu i małżeństwie czy o szacunku dla dziecka, zamknięte także w legendzie Świętej Rodziny, byłyby niezrozumiałe dla ludzi starożytności, średniowiecza, a nawet odrodzenia. Prawa dziecka, prawa jednostki, prawa kobiet – to idee współczesne. Do czasów nowożytnych po małżeństwie nie oczekiwano miłości, lecz bezpieczeństwa ekonomicznego i potomstwa. Średniowieczna arystokracja czy renesansowa elita władzy i sztuki, często gorliwie religijna, szukała miłosnego romantyzmu, niebezpiecznie graniczącego z grzechem, poza łożem i związkiem małżeńskim.

Dopiero na przełomie XVIII i XIX w. pojawiła się – w górnej warstwie europejskich społeczeństw – idea romantycznej miłości znajdującej spełnienie w małżeństwie i czułych związkach między rodzicami i dziećmi. Przedtem dziecko traktowane było od najmłodszych lat jako mały dorosły i nie poświęcano mu czasu. W bogatszych domach od razu po urodzeniu trafiało pod opiekę kobiet z ludu, które je karmiły i wychowywały, by od czasu do czasu „okazać” rodzicom. Wśród ludu dzieci powyżej siedmiu lat pomagały we wszelkich pracach domowych i gospodarskich.

W jakich realiach dorastał Jezus

Reguły i realia gry w „wartości rodzinne” były skomplikowane. Raz wielmożom było wolno więcej niż ludowi, raz mniej. Kościół obyczaje na dworach królewskich (albo renesansowych papieskich) traktował mniej surowo niż rozwiązłość seksualną klas niższych. Najgorzej wiodło się wyrzutkom, ludziom z samego dołu społecznego. Już w średniowieczu i renesansie za malowniczą fasadą kultury wysokiej i cywilizacji chrześcijańskiej życie tych grup społecznych znaczyła brutalna przemoc, a dla wielu kobiet ratunkiem była tylko prostytucja. Ta sytuacja trwała przez wieki. W XIX-wiecznej epoce wiktoriańskiej od kobiet z wyższych sfer oczekiwano purytanizmu, potrzeby seksualne mężczyzn zaspokajały prostytutki ciągnące masowo do miast z wiejskiej nędzy. Sprzyjało to rozwojowi kultury obłudy, która chwaliła cnoty, ale ich nie praktykowała ani w społeczeństwie, ani w Kościele.

Seks był zawsze pożądany, lecz w wyższych warstwach i w klerze musiał być pod kontrolą, bo w grę wchodziły interesy materialne Kościoła, rodu panującego, wielmożów. Przez wieki zgodę na małżeństwo swych poddanych wydawał ich pan, czasem wskazywał nawet, kto ma wyjść za kogo. Małżeństwo z wolnego wyboru było zresztą rzadkością i zawierane w warstwach wyższych. W coraz większym stopniu kontrolę nad dziedziną seksualną warstw wyższych i ludu przejmował Kościół. Liturgia małżeńska kształtowała się w nim wiele wieków. Jako sakrament Kościół zaczął traktować małżeństwo dopiero w XIII w., wcześniej nie nadawał mu takiej wagi. Tak samo nie od razu zapanowało w Kościele bezżeństwo. Początkowo duchowni mogli wiązać się z kobietami, dopiero od XII w. Kościół związek taki zaczął uważać za niedopuszczalny.

Obecną obsesję Kościoła na punkcie seksu i celibatu można odczytywać przez pryzmat psychoanalizy, ale jest w niej też element walki o doczesną władzę nad ludzką intymnością. I w ogóle nad ludzkim życiem. Im bardziej Kościół rósł w Europie w siłę, tym silniejsza była kontrola. Kościół, także za pomocą aparatu państwa, zaprowadzał swoje porządki w dziedzinie seksu trzema drogami. Poprzez małżeństwo, celibat i zwalczanie sztucznych poronień. Tymi drogami podąża katolicyzm od stuleci.

Kościelne podejście do seksu nazywa się czasem chrześcijańskim pesymizmem seksualnym. Sięga ten pesymizm korzeniami do czasów „pogańskich” i polega na traktowaniu seksu jako szatańskiej domeny grzechu i zła. Rozkosz cielesna jest pułapką zastawioną na mężczyznę i kobietę przez diabła, by odciągała ich od Boga i dążenia do świętości. Świętość jest niemożliwa bez wyrzeczenia się przyjemności zmysłowych.

Takie stawianie sprawy seksu prowadziło do dwóch rzeczy, które naznaczyły naukę i działanie Kościoła: do negatywnego stosunku do ciała i do dyskryminacji kobiet obsadzonych przez Kościół w roli narzędzia zła i grzechu wynikającego z ulegania popędom cielesnym. Kościół nie przejmował się potrzebami czy pragnieniami seksualnymi mężów, a jeszcze mniej żon. Małżeństwo miało służyć prokreacji, a nie seksualnej satysfakcji. W konserwatywnych społeczeństwach katolickich, takich jak polskie, wierni wciąż traktują seks jak tabu, którego lepiej nie tykać. Niech zostanie tak, jak zawsze było.

A jak było? Kontrola nad seksem polegała nie tylko na piętnowaniu z ambon cudzołożników i rozpustników, lecz także na wpajaniu wiernym kościelnej wizji seksu, małżeństwa i rodziny oraz na urabianiu dzieci i młodzieży w konfesjonale. Już w średniowieczu uznano za grzech wszelkie zachowania seksualne nieprowadzące do zapłodnienia. Antykoncepcję w każdej formie zrównano z zabójstwem. Zachowały się dokumenty kościelne (np. irlandzkie) nakładające ciężkie pokuty za takie praktyki seksualne. Spowiednicy już w średniowieczu prowadzili szczegółowe przesłuchania, zwłaszcza dziewcząt i kobiet, na okoliczność antykoncepcji i aborcji.

Do dziś w polskich konfesjonałach można usłyszeć pytania: z kim, jak, ile razy? Kościół ustalał wytyczne w dziedzinie seksu małżeńskiego i kontrolował w konfesjonale ich przestrzeganie. Posuwał się tak daleko, że określał dozwolone pozycje seksualne i dozwolone pory uprawiania seksu. Przez wieki prowadzono dysputę teologiczną o stosunku przerywanym. Bo z jednej strony nie prowadzi do poczęcia, ale z drugiej kobieta może jednak doznać orgazmu, a to grzech niemal śmiertelny.

Cudzołóstwo (seks między małżonkami, ale z różnych małżeństw) i nierząd (seks między wolną kobietą i wolnym mężczyzną) karano społecznym wykluczeniem (także w purytańskim protestantyzmie). Powoli Kościół obejmował kontrolą nie tylko lud, lecz także warstwy wyższe. Miało to i dobre skutki, gdy na przykład zamożne, ale i ubogie wdowy czy kobiety niemogące z jakichś powodów zawrzeć małżeństwa mogły znaleźć przystań życiową w żeńskich klasztorach.

Dziś nie muszą się chować za murami i nawet Kościół nie ma już do kobiet pretensji, że chcą się realizować nie tylko w domu i w rodzinie. Zmianę przyniosło dopiero oddzielenie państwa od religii w świecie zachodnim i koniec epoki sojuszu ołtarza z tronem, bez którego przez wieki nie byłaby możliwa kontrola Kościoła nad seksem, małżeństwem i rodziną. To dlatego część Kościoła wciąż podważa zasadę świeckości państwa, chcąc odzyskać utraconą kontrolę nad społeczeństwem. Część aktywnych chrześcijan (bo nie tylko katolików) niechętna nowoczesności odrzuca właściwie w całości świat, w jakim żyjemy. To ich łączy z podobnymi prądami w innych religiach, na czele z islamem. Chcieliby powrotu do dawnego społeczeństwa, w tym do religijnego czy kościelnego modelu rodziny.

Święta rodzina Jezusa Chrystusa a rodzina współczesna

Tymczasem małżeństwo i rodzina podlegają ciągłej ewolucji historycznej, kulturowej, ekonomicznej. Owszem, chodzi tu w istocie wciąż o to samo: stworzenie warunków do urodzenia i wychowania potomstwa, ale dzieje się to na mnóstwo sposobów. Dlatego antropolodzy, gdy słyszą frazy „tradycyjna rodzina, tradycyjne małżeństwo”, pytają natychmiast: kiedy i gdzie?

Dziś, zwłaszcza w świecie zachodnim, ale także w Polsce, wciąż jednym z najbardziej katolickich krajów Europy, nie ma już jednego wzoru rodziny. Są alternatywy – partnerskie, homoseksualne, patchworkowe, poliamoryczne. Są związki, małżeństwa i rodziny mieszane, międzynarodowe i międzykulturowe. Ludzie, w tym młodzi katolicy, coraz powszechniej żyją na tzw. próbę, bo związek nie musi być na całe życie, ignorują wytyczne religijne w dziedzinie intymnej. Wierzący nie spieszą się z małżeństwem ani z rodzicielstwem, rozwodzą się, choć mają już dzieci. Słowem, Święta Rodzina, pozostając symbolem chrześcijaństwa, nie pełni już roli wzoru.

Na niedawny synod biskupów papież Franciszek ułożył modlitwę do Rodziny wszystkich rodzin. Papież widzi w niej piękno prawdziwej miłości. Prosi Rodzinę z Nazaretu, by pomogła dzisiejszym rodzinom być miejscem wspólnoty i modlitwy, szkołą Ewangelii, małym Kościołem domowym. By rodziny nie doświadczały przemocy, odrzucenia i podziałów, a ci, którzy zostali w nich skrzywdzeni, by zaznali pociechy.

Dziś mówi się otwarcie, nawet w tekście papieskim, o tym, co przez wieki było w Kościele tabu. Chodzi o przemoc, często na tle seksualnym, i inne patologie dotykające rodziny, nierzadko na tle biedy i wykluczenia społecznego. Bo w realnym świecie rodzina nie zawsze jest najważniejsza. Często ważniejszy jest egoizm i chęć użycia, nieoglądające się na nic i na nikogo. Albo pieniądze. Franciszek stale wraca do tematu pieniądza w kontekście wiary chrześcijańskiej: „Wszelka chciwość odrywa nas od Chrystusa”.

Modlitwę ułożoną przez papieża Watykan uzupełnia listą proponowanych wiernym intencji modlitewnych. Jedna z nich odnosi się do uchodźców, którzy jak biblijna Święta Rodzina musieli opuścić swą ojczyznę: niech na swych drogach napotkają solidarność międzyludzką. Inna do ludzi młodych: niech odkryją piękno rodziny, której najwspanialszym przykładem w Kościele jest Rodzina z Nazaretu.

W tym punkcie może zeszłyby się myślowe drogi prawicy i lewicy. Prawica chce bronić rodziny przed państwem wtrącającym się w prywatne życie ludzi; lewica, z tych samych powodów, przed Kościołem. Wiemy już, że nie ma sprawiedliwego państwa bez ochrony autonomii i godności jednostki i poszanowania praw ludzkich. Także w rodzinie. To dziś jej ustrojowa polisa ubezpieczeniowa. Wtedy ma sens dyskusja o reszcie: o blaskach i cieniach modelu tradycyjnego, hierarchiczno-patriarchalnego czy partnersko-empatycznego, opartego na współpracy i wzajemnym wsparciu.

Realne życie zadaje trudne pytania. Niekoniecznie o nowinki obyczajowe. Nimi żyje tylko część społeczeństwa, a Kościół nie potrafi podjąć na ten temat rzetelnej rozmowy. Z drugiej strony, nie trzeba być zgorzkniałym konserwatystą, by dostrzegać, że nie wszystko jest OK z rodziną w świecie, w jakim żyjemy, że społeczeństwo mentalnych singli może okazać się niegotowe do wspólnoty i solidarności międzypokoleniowej.

Boże Narodzenie, mające w naszej tradycji charakter Święta Rodzinności, skłania do refleksji nad modelem więzi, jakie mniej lub bardziej świadomie wybraliśmy i praktykujemy. Święta Rodzina pozostaje mitem, który przypomina, że relacje z najbliższymi to nasza własna sfera sacrum.

Polityka 51-52.2014 (2989) z dnia 16.12.2014; Temat na Święta; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Rodzina rodzin"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Ula: Zaczęło się od typowego lesbijskiego zauroczenia

Przyjechałam do Łodzi z małej wioski w 1983 r. Do liceum. Moją trzecią fascynacją była koleżanka z bursy. W bursie to nie mogło się rozwinąć (nocą panie robiły nam naloty, z zaglądaniem pod kołdry).

Edyta Gietka
18.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną