Społeczeństwo

Polscy donbascy

Jak żyją Ukraińcy, którzy przed wojną uciekli do Polski

Rodzina Svyrydov, Oleksii i Marina z córkami, przyjechała do Nałęczowa zaproszona za pośrednictwem Kościoła przez polską rodzinę. Rodzina Svyrydov, Oleksii i Marina z córkami, przyjechała do Nałęczowa zaproszona za pośrednictwem Kościoła przez polską rodzinę. Marta Mazuś / Polityka
Od miesiąca żyje w Polsce 178 osób polskiego pochodzenia ewakuowanych z Donbasu. A oprócz nich tysiące innych, którzy uciekli z powodu wojny na Ukrainie, o których kompletna cisza.
Inez Korecka nauczycielka muzyki z Doniecka.Marta Mazuś/Polityka Inez Korecka nauczycielka muzyki z Doniecka.
Sergiusz, 25 lat, właściciel szkoły językowej z Doniecka, od czerwca w Warszawie.Marta Mazuś/Polityka Sergiusz, 25 lat, właściciel szkoły językowej z Doniecka, od czerwca w Warszawie.

Na Mazurach są ci nasi – wybrani, ewakuowani, witani, zaopiekowani, schronieni na pół roku w dwóch ośrodkach, rządowym w Łańsku i Caritasie w Rybakach. Otrzymują wszelką pomoc przy załatwianiu pobytowych dokumentów, szkoły dla dzieci i kieszonkowe na specjalne wydatki. Ale to tak naprawdę zaledwie garstka z tych, którzy uciekają do Polski z powodu wojny na Ukrainie.

Bo są też ci, którzy na koordynowaną przez polski rząd ewakuację nie czekali. Już dużo wcześniej wsiadali w samochód, autobus albo na rower i przejeżdżali przez granicę, za którą nikt ich nie witał. Mieszkanie znajdowali, prosząc o pomoc na internetowych forach, dzięki znajomym albo fundacjom, jeśli na jakąś trafili, a żeby dostać pozwolenie na pobyt, stali pod urzędem w kolejkach. Karty pobytu nikt im osobiście nie wręczał, choć wielu z nich też ma polskie pochodzenie.

I jest jeszcze cała reszta, która nie ma dobrego pochodzenia.

Wybrańcy

W 2007 r. pojawił się w Polsce projekt ustawy o karcie Polaka – dokumencie potwierdzającym polskie pochodzenie, przyznawanym obywatelom 15 krajów z terenów byłego ZSRR, którzy przynajmniej w podstawowym stopniu znają język polski oraz potrafią udowodnić, że jedno z rodziców lub dziadków lub dwoje pradziadków było narodowości polskiej. Od początku, w założeniach, karta miała dawać jej posiadaczom szczególne uprawnienia – możliwość bezpłatnego wyrobienia długoterminowej wizy wielokrotnego wjazdu do Polski, dostęp do oświaty i rynku pracy, zasiłki oraz w nagłych przypadkach prawo do opieki zdrowotnej.

Mimo negatywnych opinii Urzędu Komisji Integracji Europejskiej (które sugerowały, że takie zapisy zawierają w sobie dyskryminację osób z innych krajów ze względu na obywatelstwo), Sejm ustawę uchwalił, a prezydent Lech Kaczyński podpisał. Początkowe szacunki zakładały, że o kartę może wystąpić nawet 1 mln osób, ale do 2012 r. wydano ich ok. 100 tys., najwięcej na Białorusi i Ukrainie. Mimo dokładnej kontroli w polskich konsulatach pojawiło się przez lata kilka oficjalnie stwierdzonych przypadków fałszowania dokumentów świadczących o polskim pochodzeniu, potrzebnych do wydania karty. Ostatni miał miejsce w lipcu 2014 r. – straż graniczna zatrzymała ponad 30 osób, grupę fałszerzy dokumentów, którzy oszukali kilkanaście osób, wyłudzając na jeden fałszywy akt urodzenia od kilkuset do kilku tysięcy euro.

Swoją kartę Polaka, należną i prawdziwą, Inez Korecka (nauczyciela muzyki z Doniecka, od miesiąca mieszkająca w Łańsku) wyrobiła od razu, w 2008 r., gdy tylko stało się to możliwe. Więc gdy teraz polski rząd zdecydował się w końcu na grupową ewakuację Polaków z Donbasu, Inez była jedną z pierwszych na liście zakwalifikowanych, liczącej początkowo ok. 70 osób. Ale gdy sprawą w Polsce zainteresowały się media, Ministerstwo Spraw Zagranicznych akcję poszerzyło i ostatecznie, 13 stycznia, w samolocie, który wylądował na lotnisku wojskowym w Malborku, było już 178 osób, choć dla wielu z nich karty Polaka trzeba było dopiero wyrobić.

Miesiąc po przyjeździe w obu ośrodkach życie toczy się spokojnie, wewnętrznym umiarkowanym tempem, dzięki któremu ewakuowani zapominają stopniowo o przeżyciach wojennych – strzałach na ulicy, wybuchach bomb, podziurawionych dachach domów, chowaniu się w piwnicach, niewychodzeniu z domu po zmroku. Dzieci od nowego semestru poszły do szkoły, a ich rodzice codziennie mają lekcje polskiego. O pracę na razie nie muszą się martwić, mają dach nad głową przez najbliższe pół roku, a w koordynowanym przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych banku ofert czeka już na nich prawie 100 propozycji od firm, szpitali i samorządów, choć widać, że niektórzy chcą działać szybciej i wolą liczyć na siebie. Ze znajomymi z Ukrainy, którzy do Polski przyjechali wcześniej, wyjeżdżają z ośrodka, na jeden, dwa dni, załatwiają interesy, o których za bardzo nie chcą opowiadać. Albo odwrotnie, są zupełnie spokojni, bo mają dzieci, które już pracują – w Poznaniu albo Warszawie, i wiedzą, że połączą się z nimi, jak tylko będą mogli legalnie opuścić ośrodek.

 

A to może nastąpić już niedługo, bo kilka dni temu, w ekspresowym jak na zwykłe polskie procedury tempie, dla 108 osób spośród ewakuowanych wojewoda warmińsko-mazurski wydał karty stałego pobytu, które zrównują ich z polskimi obywatelami we wszystkim, oprócz praw politycznych. Jedną z nich dostał Oleg, 50-latek z Ługańska, który szczerze przyznaje, że kartę Polaka, dzięki polskim korzeniom mamy, wyrobił sobie cztery lata temu, bo dzięki temu łatwiej jemu i żonie było dostać wizę, żeby móc przyjeżdżać na narty do Zakopanego. I bardzo się cieszy, że ją wyrobił, bo dobrze czuje się w Polsce, i żona, w siódmym miesiącu ciąży, w spokoju, a nie pod ostrzałem, będzie mogła tu urodzić ich pierwsze dziecko. Gdyby nie ta ewakuacja, o której dowiedział się trochę przypadkiem od urzędnika z konsulatu, nie wie, jak by sobie poradzili. Bo mają już z żoną za sobą nieudaną próbę ucieczki do Polski. W lipcu zeszłego roku, gdy w Ługańsku spadła na ich dom bomba, przyjechali samochodem do Warszawy. Zamieszkali w hotelu. Oleg chodził po urzędach, pokazywał kartę Polaka, ale wtedy doradzali jedynie ubieganie się o status uchodźcy. Nic nie załatwił, wrócili do siebie.

Samodzielni

Od kilku tygodni w ministerialno-samorządowym obiegu krąży lista obligująca wojewodów do zajęcia się tymi, którzy trafili do Polski na własną rękę. Na liście pojawiło się dodatkowe 57 nazwisk, dostarczone przez Stowarzyszenie Wspólnota Polska, które koordynowało całą ewakuację i ma stały kontakt z organizacjami polonijnymi na Wschodzie. M.in. Sergiusz, 25 lat, właściciel szkoły językowej z Doniecka, od czerwca w Warszawie. Śmieje się, że ewakuował się sam – jednym z ostatnich samolotów do Kijowa, z Kijowa do Lwowa, ze Lwowa do Krakowa, a potem już było prosto, pociągiem do Warszawy.

Sergiusz to wśród osób na liście prawdziwa historia sukcesu. Bo większość albo na zapomogach, albo na wsparciu finansowym od miast, w których mieszkają, albo od różnych fundacji. Rodzina Svyrydov, Oleksii i Marina z córkami, przyjechała do Nałęczowa zaproszona za pośrednictwem Kościoła przez polską rodzinę. Mieli nadzieję, że trochę pomieszkają, pół roku, nawet rok, ale się nie dało. Bo polska rodzina chyba myślała, że z Ukrainy przyjedzie do nich wieloosobowa pomoc domowa. Oleksii przez to „pomaganie w domu” nie miał nawet czasu szukać dla siebie pracy. Więc na razie, dzięki pomocy Stowarzyszenia Wspólnota Polska, mieszkają w Domu Polonii w Pułtusku, czyli na tamtejszym zamku. Oleksii po polsku trochę mówi, ale Marina słabo, a na dodatek ich najmłodsza córka ma problemy ze słuchem, więc najpierw muszą zająć się dziećmi i językiem, a dopiero potem Oleksii może znajdzie coś w fabryce albo na jakiejś budowie.

A Sergiusz właściwie od samego początku ma w Warszawie stałą pracę w międzynarodowej firmie handlującej nieruchomościami. Jako poliglota z ośmioma obcymi językami nie miał z jej znalezieniem najmniejszego problemu. Jedyne, co mu przeszkadza, to fakt, że pracuje z Rosjanami. Unika ich, nie rozmawia, bo jak tylko na któregoś spojrzy, zaraz myśli sobie, czy ktoś z ich rodziny nie zabija teraz ludzi w jego rodzinnym Doniecku, w którym została w końcu jeszcze jego ukochana babcia.

Jedyne, czego Sergiusz zazdrości tym, co są w ośrodkach, to tej kompleksowej opieki przy załatwianiu wszystkiego. Bo za niego nikt nie załatwiał karty stałego pobytu. Sam za nią płacił, sam stał w kolejce. A w kolejce po kartę do Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie przy ul. Długiej najlepiej jest się ustawić już o 5 rano, choć nawet wtedy można być dopiero trzydziestym, a o 8 rano nawet sześćdziesiątym, gdy na miejsce stojących od rana dwóch Wietnamczyków przychodzi nagle trzydziestu, za których tamci dwaj stali. Na wyrobienie karty Sergiusz czekał trzy miesiące, trzy razy dłużej niż ci z ośrodków, choć przecież tak samo jak oni z pochodzenia jest Polakiem.

Lecz woli nawet nie myśleć, co by było, gdyby nim nie był.

 

Zagubieni

A tych, którzy Polakami nie są, nie mogą tego wykazać choćby na papierze, a przyjechali w ciągu ostatniego roku, może być w Polsce nawet kilkadziesiąt tysięcy. Przy czym ustalenie tej liczby jest trudne, bo oficjalne statystyki, w przeciwieństwie do polskich władz, nie rozróżniają liczby osób legalizujących pobyt ze względu na pochodzenie. W stosunku do 2013 r. liczba tych, którzy przyjechali do Polski, żeby podjąć legalną pracę lub naukę, wzrosła z 9 tys. do ponad 21 tys. Do tego dochodzą ci, którzy wjechali do Polski na podstawie wizy, ale potem bali się wrócić na Ukrainę, żeby ją odnowić. Bo niebezpiecznie, bo wezmą ich do wojska, bo może zamkną się granice. Wiza straciła ważność, a oni zostali. Nielegalnie.

Ksenia Naranovich z Fundacji Rozwoju Oprócz Granic, zajmującej się pomocą cudzoziemcom, przytacza statystyki tylko z ich warszawskiego biura, przez które w 2014 r. przewinęło się prawie 700 przyjezdnych z Ukrainy. – Pierwszą falę przyjazdów zaobserwowaliśmy wczesną wiosną, kiedy do Polski zaczęły trafiać osoby zaangażowane w euromajdan w Kijowie lub w innych miastach oraz ranni żołnierze, leczeni w polskich szpitalach. Wiele instytucji zaangażowało się w pomoc, w Warszawie powstał dla nich specjalny punkt informacyjny. Wielu z nich jednak potem wyjechało, ponieważ mieli trudności z zalegalizowaniem pobytu albo z utrzymaniem się w Polsce. Byli jednak i tacy, którzy chcieli się tu zaczepić za wszelką cenę. Niezależnie od tego, czy mieszkali w Polsce już wcześniej, czy dopiero co przyjechali, składali w tamtym czasie wnioski o nadanie statusu uchodźcy – myśleli, że skoro na Ukrainie ma miejsce konflikt wojenny, to taka ochrona im przysługuje. Czas pokazał, że nie było to najlepsze rozwiązanie – tłumaczy Ksenia Naranovich.

W 2014 r. obywatele Ukrainy złożyli w Polsce ponad 2,3 tys. wniosków o nadanie statusu uchodźcy (w 2013 r. – 46). Żaden nie został rozpatrzony pozytywnie, a wiele osób wciąż czeka na decyzję.

Sasza, student ze Słowiańska, przyjechał do Polski na rowerze, złożył wniosek o nadanie statusu uchodźcy; mija już siedem miesięcy – i nic. I to może lepiej. Oczekujący na status uchodźcy, zgodnie z przepisami, przez pół roku nie może podjąć pracy, ale za to, jeśli mieszka poza ośrodkiem dla cudzoziemców, dostaje zapomogę: 750 zł na osobę. Więc Sasza się nie spieszy. I tak dobrze wie, że dostanie odmowę. Na razie rozgląda się za pracą, coś tam sobie zaklepie, a gdy go w końcu odeślą, to wróci, korzystając z wizy.

Tak jak Dimitri, jego nowy kolega, mąż i ojciec dwójki dzieci, przyjechał z Kijowa, bo pojawiła się szansa. W Warszawie, specjalnie dla Ukraińców, otworzyła się we wrześniu nowa szkoła. Prywatna zaoczna policealna szkoła zawodowa LOGOS oferuje bezpłatną naukę na kierunkach takich, jak administracja, informatyka, technik turystyki wiejskiej, a oprócz tego pomoc w legalizacji pobytu. Szkoła reklamowała się w Polsce i na Ukrainie, dzięki kontaktom założycieli, aktywnym działaczom na rzecz Ukrainy. Nauka bezpłatna jest dlatego, że udało im się zdobyć dotacje od urzędu miasta. Szkoła cieszy się taką popularnością, że były już dwa nabory i przyjęto 600 osób. Mieszkają zwykle razem na Bemowie lub Woli, wspólnie wynajmują mieszkania albo domy, nawet po 15 osób.

Dimitri mieszka z rodziną. A oprócz tego sobie dorabia, pracuje w hotelu, ale wścieka się trochę, że w całej tej sytuacji Polacy wykorzystują ukraińską desperację. Jego znajomi pracują za niższe stawki albo nie wiadomo dlaczego na koniec miesiąca dostają 60 proc. pensji. Albo żyją z groźbą utraty pracy – a skoro pracy, to i legalnego pobytu.

Tak jak Sergiy, informatyk z Krymu, któremu wypowiedziano właśnie umowę i teraz, zgodnie z obowiązującą od maja nową ustawą o cudzoziemcach, ma 30 dni na znalezienie nowej pracy, inaczej może utracić swoją kartę pobytu. Już nie wyobraża sobie, że miałby wrócić; było jedno zawieszenie broni, teraz jest drugie, ale nie spodziewa się, żeby w najbliższym czasie coś się dzięki niemu poprawiło. Ostatnio wpadł jednak na pewien dobry pomysł. Z żoną przypomnieli sobie, że w jej rodzinie był przecież polski dziadek. Muszą tylko zdobyć jakieś dokumenty na potwierdzenie.

Polityka 9.2015 (2998) z dnia 24.02.2015; Społeczeństwo; s. 37
Oryginalny tytuł tekstu: "Polscy donbascy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety na froncie

Rozmowa ze Swiatłaną Aleksijewicz, autorką bestsellera „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, o żołnierkach Armii Czerwonej

Paweł Sulik
15.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną