Społeczeństwo

Piekło przedostatniej cyfry

Muszą pozwać do sądu własnych rodziców, żeby móc być sobą

Chainless Photography / Flickr CC by 2.0
Kiedy dowiadują się, że ich syn czuje się kobietą albo córka jest mężczyzną, przeżywają szok. A potem jeszcze zostają pozwani przez własne dziecko.
Wyrzucenie do kosza ustawy o uzgodnieniu płci nie sprawi, że Polska stanie się krajem bez osób transpłciowych.Elisa Lazo de Valdez/Corbis Wyrzucenie do kosza ustawy o uzgodnieniu płci nie sprawi, że Polska stanie się krajem bez osób transpłciowych.
Prezydent Duda obawiał się, że ustawa o uzgodnieniu płci jest sprytnym wybiegiem środowisk LGBT dla wprowadzenia małżeństw jednopłciowych.Lukatme 1/PantherMedia Prezydent Duda obawiał się, że ustawa o uzgodnieniu płci jest sprytnym wybiegiem środowisk LGBT dla wprowadzenia małżeństw jednopłciowych.

Tekst ukazał się w POLITYCE w październiku 2015 r.

Beata już drugi rok walczy ze swoimi rodzicami w sądzie. O to, by zgodzili się, żeby także w dokumentach była kobietą. Kolejna, ósma rozprawa już za kilka dni. Beata ma 30 lat, dawno wyprowadziła się z domu, powiedziała matce o wszystkim 11 lat temu. Potem była diagnoza, terapia hormonalna. A rodzice cały czas próbowali przekonywać ją, że coś sobie uroiła. Albo raczej uroił, bo matka konsekwentnie zwracała się do niej w rodzaju męskim. Kiedy Beata wniosła pozew do sądu, matka przestała w ogóle z nią rozmawiać. Na kolejnych rozprawach składała wnioski o dodatkowe badania, odwoływała się od opinii biegłych. Beata ma świadomość, że ta wrogość, która między nimi narosła, z rozprawy na rozprawę jest coraz bardziej zapiekła, nie da się już tego wymazać. Straciła rodziców. Ale, jak mówi, nie miała wyboru. Nie wie, jak długo będzie musiała żyć w tym rozdwojeniu, z kobiecym wyglądem i dokumentami mężczyzny. Nie mogła znaleźć pracy, brali ją za oszusta. Zatrudniła się na czarno, pracodawca wykorzystał sytuację i po prostu jej nie zapłacił. Wiedział, że nie poda go do sądu. Ona nawet do banku boi się pójść.

Po co ten pozew

Szansa na to, żeby osobom transpłciowym i ich rodzinom zaoszczędzić dodatkowej, niepotrzebnej traumy, właśnie przepadła. Ustawa o uzgodnieniu płci, zawetowana przez prezydenta i odpuszczona przez Sejm, który nawet nie głosował nad odrzuceniem weta, bo komisje nie wybrały posłów sprawozdawców, trafiła do kosza. Połączone komisje zdrowia i sprawiedliwości trzy lata pracowały nad projektem posłanki Anny Grodzkiej.

Posłowie uznali, że ustawa nie będzie w ogóle dotyczyć kwestii medycznych, tylko prawnych aspektów procedury korekcji płci. A i tu nie wprowadzono rozwiązań rewolucyjnych. Nadal wszystko miało odbywać się w sądzie, na podstawie orzeczeń dwóch lekarzy specjalistów. Nie jak na Malcie, tam deklarację tożsamości płciowej podpisuje się u notariusza, czy w Irlandii lub Danii, gdzie składa się do urzędu wniosek o zmianę numeru ewidencyjnego. Jedna cyfra oznacza płeć. W polskim Peselu – przedostatnia. Parzysta dla kobiet, nieparzysta dla mężczyzn. – Jedyną naprawdę istotną zmianą, ale szalenie ważną, było wprowadzenie trybu nieprocesowego, czyli bez konieczności pozywania przed sądem własnych rodziców – mówi Anna Grodzka.

Nie zdarzyło się nigdy, żeby sąd odrzucił pozew z powodu sprzeciwu rodziców osoby transpłciowej. Ale udział rodziców w procesie, poza tym, że bolesny dla obu stron, może znacznie przewlekać postępowanie. Którego wynik i tak właściwie jest przesądzony.

W Polsce od lat osoby transpłciowe mogą prawnie skorygować swoją błędną płeć. Sądy – z braku uregulowania tej kwestii przez ustawodawcę, bo zawetowana przez prezydenta ustawa była pierwszym aktem prawnym, który miał uporządkować tę kwestię – opierają się na precedensach i orzeczeniach Sądu Najwyższego. Korzystają z art. 189. Kodeksu postępowania cywilnego, który nie dotyczy w ogóle tożsamości płciowej. Artykuł ten mówi, że: „powód może żądać ustalenia przez sąd istnienia lub nieistnienia stosunku prawnego lub prawa, gdy ma w tym interes prawny”. Można na tej podstawie ustalić np. sporny stosunek najmu lokalu.

Ale nie zawsze tak było. Pierwszy wyrok w sprawie o zmianę płci zapadł w 1964 r. na podstawie przepisów o sprostowaniu aktu stanu cywilnego. W 1978 r. Sąd Najwyższy usankcjonował taką praktykę orzekania, zatem w ten sam sposób procedowano w nielicznych sprawach aż do końca lat 80. Jednak w 1989 r. Sąd Najwyższy zmienił zdanie. Dotychczasowa praktyka poprawiania aktów urodzenia miała zagrażać porządkowi prawnemu, a zmiana metrykalnej płci człowieka w ogóle nie być dopuszczalna, nawet jeżeli lekarze potwierdzili transseksualizm i wdrożyli już terapię hormonalną.

Większość prawniczych autorytetów zgadzała się wprawdzie z tym, że akt urodzenia nie powinien być prostowany, jednak sprzeciwiała się całkowitemu zamknięciu transseksualistom drogi do prawnej korekcji płci. W 1991 r. Sąd Najwyższy uznał zatem, że poczucie tożsamości płciowej może być traktowane jako dobro osobiste i powinno podlegać ochronie w drodze powództwa na podstawie art. 189. k.p.c. właśnie, wszczynanego przeciwko własnym rodzicom. Interes prawny w żądaniu ustalenia płci przejawia się, zdaniem sądu, w sprzeczności między stanem rzeczywistym a stanem wynikającym z aktu urodzenia. Zaś wyrok ustalający płeć jest podstawą do wprowadzenia do aktu urodzenia już nie poprawki, a dodatkowej wzmianki. Jakkolwiek karkołomne, było to wtedy orzeczenie zbawienne dla osób transpłciowych. Tyle że tak zostało do dziś, mimo olbrzymich zmian, jakie w ciągu ostatnich kilkunastu lat nastąpiły w podejściu prawa i orzecznictwa międzynarodowego do zagadnienia transpłciowości.

„Procedura stworzona dzięki wyrokowi z 1995 r., której wciąż towarzyszy całkowity brak przepisów, stała się przestarzała i w sposób niewątpliwy naruszająca prawa człowieka – do poszanowania jego godności, prywatności i intymności”, komentuje prokurator dr Małgorzata Szeroczyńska z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Jest to, jak mówi dr Dorota Pudzianowska, prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, „kuriozum w polskim prawie”. Najgorsze zaś, że Sąd Najwyższy uznał w 1995 r., że pozwanymi w sprawie mają być rodzice transseksualisty i tak jest do dziś. Trochę łatwiej jest, paradoksalnie, kiedy ci już nie żyją. Wtedy sąd wyznacza kuratora. – Kompletnie obcy mi człowiek brał udział w procesie i jeszcze musiałam za to zapłacić – mówi Anna Grodzka, która ze swoją przemianą czekała bardzo długo nie z powodu rodziców. Chciała, by jej syn był dorosły.

Po co to czekanie

Większość transów do niedawna tak właśnie robiła. W młodości próbowali zagłuszyć w sobie inną płeć, wchodzili w związki i role zgodne z metrykalną płcią w nadziei, że uda im się oszukać siebie samych. Zwłaszcza że kilkanaście lat temu wszystko to było znacznie trudniejsze niż dziś i szansa na zrozumienie ze strony najbliższych jeszcze mniejsza. W końcu stwierdzali zwykle, że wszystko na nic, że już nie mogą dłużej tak żyć – ale w międzyczasie zostali rodzicami. Najczęściej decydowali się więc zaczekać jeszcze z tranzycją, aż dzieci będą pełnoletnie. W nadziei, że te zaakceptują albo przynajmniej zrozumieją.

Marianna, lat 49, też czekała, ale jej dwie dorosłe córki nie utrzymują z nią żadnych kontaktów. Z rodzicami przez cztery lata spotykała się tylko w sądzie, gdzie próbowali wszystkiego, łącznie z oskarżeniem jej o niepoczytalność i wnioskiem o sądowe badania psychiatryczne. Więc w rezultacie spędziła dwa tygodnie na obserwacji w zakładzie psychiatrycznym. A potem, już po orzeczeniu sądu o korekcji płci, które jednak zapadło mimo sprzeciwu rodziców, Marianna dostała wylewu i leżała w szpitalu. A wtedy rodzice spróbowali ją ubezwłasnowolnić.

Stanisław ma tylko 18 lat, ale też musi czekać. Dwa lata temu powiedział rodzicom, że nie jest ich córką, tylko synem. Źle to przyjęli, zwłaszcza mama. I Stanisław nie wyobraża sobie nawet, co by było, gdyby ją pozwał do sądu. Nie będzie w stanie znieść całkowitego zerwania z rodzicami, tego, że nie spędza z nimi świąt. Liczył, że będzie ustawa i że będzie mógł kwestie prawne załatwić sam, bez ich udziału. A potem za kilka lat, jak się usamodzielni i odłoży pieniądze, zrobić operację. Tymczasem teraz musi czekać ze wszystkim. W liceum nie robią mu żadnych problemów, może dlatego, że to szkoła społeczna, znana z tolerancyjnego podejścia. Powiedział po prostu, najpierw dyrektorce, potem całemu gronu pedagogicznemu, że chciałby, żeby się do niego zwracali w rodzaju męskim i per Stanisław. Nauczyciele sami zapytali, czy mają mu zmienić imię także w dzienniczku internetowym. I teraz mama przychodzi na wywiadówki i pyta się o oceny córki, a nauczyciele mówią o wynikach syna. Ojciec przyjął to trochę lepiej, zawiózł go nawet na wizytę do seksuologa. Ale Stanisław wie, że póki jest na utrzymaniu rodziców, nie ma żadnych szans nawet na rozpoczęcie leczenia hormonalnego.

Po co te dzieci

Osoby transpłciowe w dalszym ciągu muszą więc występować w sądzie przeciwko własnym rodzicom, jeżeli chcą sądownie przeprowadzić korektę płci. Od niedawna muszą także pozwać swoje dzieci, jeżeli je mają. W grudniu 2013 r. Sąd Najwyższy po 18 latach od orzeczenia, które ukształtowało praktykę legislacyjną w sprawach o zmianę oznaczenia płci w dokumentach, po raz kolejny wypowiedział się w tej sprawie. I stwierdził, że nie tylko rodzice, ale także dzieci oraz współmałżonek osoby transpłciowej (w przypadku braku rozwodu) także są stroną procesową. Jeżeli dzieci są nieletnie, zastąpi je kurator. – Jeszcze chyba nie było takiej sprawy, ale pozywanie dzieci nie brzmi dobrze – mówi Paulina Pilch kierująca zespołem prawnym fundacji Trans-Fuzja. – Jeżeli kurator będzie bardzo aktywny w procesie i będzie się powoływał na ochronę interesu dziecka, to może spowodować oddalenie pozwu.

Więc zamiast łatwiej jest jeszcze trudniej. „Tym bardziej skandaliczne jest, że Sąd Najwyższy w orzeczeniu z 6 grudnia 2013 r., mimo iż miał świadomość wszelkich braków tak stworzonego postępowania [mowa o procedurze stworzonej dzięki poprzedniemu wyrokowi SN z 1995 r. – red.], ani się z niego nie wycofał, ani nie przekształcił w procedurę bardziej respektującą prawa człowieka, a wręcz pogłębił wszystkie jej niedoskonałości, zmuszając osoby transpłciowe do wchodzenia w jeszcze większy konflikt z członkami własnej rodziny” – pisze w glosie do wyroku dr Małgorzata Szeroczyńska.

Po co to weto

Jeszcze dalej niż SN poszedł w uzasadnieniu do złożonego weta prezydent Duda, który postuluje wręcz, by warunkiem zgody sądu na uzgodnienie płci była akceptacja ze strony dzieci osoby transpłciowej. Przerzucenie na dzieci odpowiedzialności za to, czy rodzic może żyć w zgodzie ze swoją tożsamością, dla prezydenta jest gwarancją ochrony konstytucyjnie zagwarantowanych praw rodziny i dziecka. W obszernym uzasadnieniu swojego weta prezydent przywołał jeszcze wiele wątpliwości, głównie natury ideologicznej, nie prawnej.

Zapewne dlatego nie zdecydował się na zaskarżenie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, o co apelowała posłanka Anna Grodzka, tylko po prostu na weto. Nie podobało się prezydentowi, że ustawa nie nakłada na osoby transpłciowe obowiązku dokonywania chirurgicznej korekty płci przed wystąpieniem o prawną zmianę oznaczenia. Zmuszanie do okaleczania własnego ciała jest sprzeczne z europejską konwencją praw człowieka i unijną Kartą Praw Podstawowych, ale prezydent chciał mieć gwarancję, że osoby transseksualne „po formalnej zmianie płci nie będą funkcjonować jak dotychczas w roli płci dotychczasowej, czyli w niezgodzie z deklarowaną przed sądem płcią przeżywaną psychicznie”.

Obawiał się też tego, że ustawa jest sprytnym wybiegiem środowisk LGBT dla wprowadzenia małżeństw jednopłciowych. „Dokonanie prawnej korekty płci bez dostosowania anatomicznego stanowić będzie pokusę obejścia przepisów przewidujących istnienie jedynie małżeństw dwupłciowych”, argumentował prezydent. I jeszcze: „Zgodnie z ustawą płeć będzie można zmieniać wielokrotnie, a po jej zmianie możliwe stanie się zawarcie związku małżeńskiego z osobą metrykalnie płci odmiennej, lecz biologicznie tożsamej”. I na nic tłumaczenia, że transseksualiści po urzędowej korekcie płci zawierają małżeństwa od lat 70., i nie ma żadnych doniesień, by były to ukryte małżeństwa jednopłciowe. I że nikt, kto nie jest transseksualny, także osoba homoseksualna, nie zmieni płci. Bo homoseksualista ma równie silną identyfikację ze swoją płcią jak osoba hetero.

I wreszcie obawa o to, że ustawa spowoduje „formalną możliwość urodzenia dziecka przez osobę prawnie definiowaną jako mężczyzna” oraz „formalnie dopuszczalne staną się starania takiego związku o adopcję dziecka”. Co już się zdarza i bez ustawy. Pisaliśmy (POLITYKA 26 i 35/14) o Konradzie, który w trakcie tranzycji, ale już po prawnej korekcie płci, został zgwałcony i urodził córkę. Nikt nie wiedział, jak dziecko zarejestrować. Po naszych publikacjach w sprawę włączył się rzecznik praw obywatelskich. Jest szansa, że Konrad będzie figurował w akcie urodzenia jako ojciec swojej córki, a więc zgodnie z płcią, z która się identyfikuje, a nie z płcią biologiczną. – Osoby transpłciowe rodzą dzieci i sporządzenie dla nich aktu urodzenia jest obowiązkiem państwa, niezależnie od tego, czy ustawa jest czy jej nie ma – mówi mecenas Anna Mazurczak z biura RPO, zajmująca się sprawą Konrada.

Po co ten kompromis

Wszyscy mieli świadomość, że nie będzie łatwo przepchnąć ustawy o uzgodnieniu płci w polskim Sejmie. Dlatego z pierwotnego projektu posłanki Grodzkiej powstała ustawa mocno okrojona, bardzo kompromisowa, z której usunięto – wydawałoby się – wszystko, co mogło budzić kontrowersje. Zwłaszcza kwestie medyczne. I tak z ustawy wypadł zapis zabezpieczający dzieci interseksualne (obojnacze) przed interwencjami medycznymi tuż po urodzeniu, tzw. zabiegami normalizacyjnymi.

Jeszcze kilkanaście lat temu takie operacje wykonywano standardowo, kierując się przy wyborze płci tylko względami chirurgicznymi (w którą stronę łatwiej zoperować), i zdarzały się fatalne pomyłki, jak w przypadku Michaliny Manios, u której lekarze zdecydowali się na płeć męską, a okazało się, że była dziewczynką i w wieku lat 18 musiała przejść zabieg korekcji płci. Inną sprawę prowadzi fundacja Trans-Fuzja: mężczyzna urodzony jako hermafrodyta, dla którego chirurg wybrał płeć żeńską, chciał wystąpić o odszkodowanie, ale szpital, w którym go operowano, już nie istnieje.

Dziś lekarze, mając większą wiedzę i możliwości przeprowadzenia dokładnych badań, zapewniają, że dzieciom rodzącym się z organami zarówno męskimi, jak i żeńskimi nie dobiera się płci na chybił trafił. Więc by zwiększyć szanse na uchwalenie ustawy, także z tego zapisu zrezygnowano.

Po co ta ustawa

Wyrzucenie do kosza ustawy o uzgodnieniu płci nie sprawi, że Polska stanie się krajem bez osób transpłciowych. One dalej będą tu żyć, korygować prawnie swoją błędną płeć w kuriozalnej i dziwacznej procedurze sądowej, zawierać małżeństwa, być może także mieć dzieci. Uchwalenie tego prawa miało ucywilizować proces korekty płci, umożliwiając godne przejście całej procedury tranzycji. – Polska ma obowiązek uchwalenia prawa umożliwiającego korekcję płci metrykalnej – mówi dr Sylwia Spurek, zastępca rzecznika praw obywatelskich. – Obliguje nas do tego choćby orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Nie mówiąc już o tym, że uregulowanie prawne sytuacji osób transpłciowych jest realizacją ich prawa do ochrony własnej tożsamości i godności.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Wojna wódki z piwem

Wódka z piwem toczą wojnę. Obie strony uzbrojone w opinie, ekspertyzy i badania starają się skłonić państwo, żeby wreszcie zrobiło z konkurentem porządek. Od czasów wojny masła z margaryną takiego konfliktu na polskim rynku nie było.

Adam Grzeszak
16.07.2019
Reklama