Społeczeństwo

Można narzekać na otyłe dzieci. Ale czy robimy coś, by systemowo temu zapobiec?

Można narzekać na otyłe dzieci. Ale czy robimy coś, by systemowo temu zapobiec?

Flickr CC by 2.0
Rodzice są zapracowani, nie mają czasu i ochoty na gotowanie i zdobywanie prawdziwego jedzenia.

Irena Cieślińska, popularyzatorka nauki, twarz stołecznego Centrum Nauki „Kopernik”, w ostatnich „Wysokich Obcasach” opisała swoje oburzenie zachowaniem chłopca podczas kinowego seansu. O dziecku pisze „to coś”, przyrównuje je do „wieprzka”.

Elementów animalnych było więcej: dziecko nie było grube, ale „utuczone”; nie piło, ale „chłeptało”, nie jadło, ale „rzuciło się do karmy w kuble”. Autorka po filmie poprosiła chłopca, aby po sobie posprzątał, ale on nie zrozumiał i się rozpłakał. Rodzice, którzy czekali na niego pod drzwiami sali, także nie widzieli problemu – od tego są sprzątaczki, odparowali.

Tekst wywołał oburzenie, redakcja usunęła go z sieci, a autorka przeprosiła. Ale niewłaściwy język to jedno. Umyka inny problem, którego obelgami i złośliwościami załatwić się nie da.

Kiedy „Wysokie Obcasy” szły do druku, serwis BIQData opublikował dane o nieolimplijskiej formie polskich dzieci. Wnioski są przygnębiające: nasze dzieci są coraz mniej sprawne, mają wady i utrwalone zaniedbania. Są niewydolne i za ciężkie. Bo choć rzeczywiście przerastają starsze pokolenia, to tyją już nieproporcjonalnie bardziej.

Według WHO to właśnie nadwaga jest w Europie najpowszechniejszym problemem zdrowotnym wieku dziecięcego. Co trzeci jedenastolatek, a więc dziecko u progu dojrzewania, cierpi na nadwagę lub otyłość!

Czy można się spodziewać, że otyłe dzieci zostaną szczupłymi i wysportowanymi dorosłymi? Statystyki każą prognozować, że zmienią się w otyłych dorosłych, będą schorowane i narażone na choroby obniżające i jakość, i długość życia. Konkretnie? Grube dzieci z czasem będą trafiać do diabetologów, kardiologów, endokrynologów i rehabilitantów. Będziemy je zapisywać do onkologów.

Co robimy, by systemowo temu zapobiec? Otóż minister zdrowia właśnie podpisał nowe rozporządzenie dotyczące jedzenia w szkołach i przedszkolach, do czego zobowiązuje go znowelizowana ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Ale mylą się Państwo, myśląc, że to zmiana na dobre. To raczej dobra zmiana, która cieszy przede wszystkim właścicieli sklepików, a załamuje dietetyków i światłych rodziców.

Wraz z nowym rokiem szkolnym do szkół wrócą bowiem słodkie jak ulepek drożdżówki. Tradycyjna szkolna drożdżówka to ta na białej mące, nadziana przetworzoną masą serową, polana lukrem na tanim syropie glukozowo-fruktozowym. Żywieniowcy mówią, że nie ma w niej nic wartościowego – puste kalorie, tłuszcze trans, początek dużych skoków glikemii. A jednak godzimy się, by karmić tym dzieci, by budować z tego rosnące organizmy. Z nowych przepisów cieszą się też kucharki – zniesiono restrykcyjne limity dotyczące soli i cukru, można będzie częściej podawać smażone jedzenie.

Dziecko, które wychodzi ze szkoły po takich posiłkach, dostaje kolejne porcje przetworzonego jedzenia. Rodzice są zapracowani, nie mają czasu i ochoty na gotowanie i zdobywanie prawdziwego jedzenia. Zresztą jeśli w supermarketach są osobne regały oznaczone „Zdrowa żywność”, to jaka jest ta pozostała?

Można, jak felietonistka „Wysokich Obcasów”, narzekać na brak manier w przestrzeni publicznej. Ale trzeba się zastanowić, dlaczego dziecko mogło kupić sobie kubeł popcornu i wielką colę?

Mnie zastanawia jeszcze co innego – dlaczego to dziecko w kinie było samo?

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną