14 kobiet wciąż walczy po Marszu Niepodległości
Stołeczna prokuratura będzie sprawdzać, czy podczas Marszu Niepodległości nie doszło do szerzenia ideologii faszystowskiej, rasistowskiej i ksenofobicznej. Czy równie szybko zajmie się sprawą pobicia kobiet, które podjęły próbę blokady tego pochodu?
Zakazane flary na Marszu Niepodległości
WILK/Polityka

Zakazane flary na Marszu Niepodległości

Ok. 300 metrów przed blokadą kobiet
WILK/Polityka

Ok. 300 metrów przed blokadą kobiet

Ok. 300 metrów przed blokadą kobiet
WILK/Polityka

Ok. 300 metrów przed blokadą kobiet

Uczestniczki blokady odpytywane po marszu przez zamaskowanych uczestników o swój stan zdrowia
WILK/Polityka

Uczestniczki blokady odpytywane po marszu przez zamaskowanych uczestników o swój stan zdrowia

11 listopada na trasie Marszu Niepodległości, tuż przed mostem Poniatowskiego, 14 kobiet zdecydowało się zaprotestować przeciwko nienawiści, ksenofobii, rasizmowi i skrajnemu nacjonalizmowi. Przeciwko 60 tysiącom ludzi biernie lub czynnie popierającym krzyczane nacjonalistyczne hasła, idącym wśród setek zapalonych rac (zakazanych na demonstracjach), stanęły ze skromnym, namalowanym ręcznie na białej fizelinie transparentem „Faszyzm STOP”. Zrobiły to, by zebrać dowody na brunatnienie Polski, chciały pokazać, że można i warto sprzeciwiać się postawom godzącym w wolność, równość i prawa obywatelskie należące się każdemu człowiekowi.

Zostały zwyzywane, oplute, pobite. Ich transparent uczestnicy marszu podarli w kilka sekund, kobiety zniesiono, szturchano, krzyczano do nich i na nie. Kopano w plecy od tyłu. Zamaskowany napastnik kopnął siedzącą w głowę. Jedną z kobiet po zniesieniu siłą z ulicy po prostu upuszczono na bruk. Uderzyła głową o ziemię, straciła przytomność. Przyjechało pogotowie. Gdyby nie rozsądne zachowanie straży marszu, która odgrodziła demonstrantki kordonem od tłumu, doszłoby do linczu.

Podczas tego trwającego ponad 20 minut wydarzenia policji nie było. Pojawiła się dopiero po telefonicznym wezwaniu, po następnych 20 minutach. Całą sprawę poturbowania kobiet szeroko opisywano w mediach. Co jednak działo się tuż po blokadzie? I później?

Solidarność przed komendą

Schodzącym z kontrdemonstracji towarzyszyłam po zakończeniu czynności policyjnych, czyli po zgłoszeniu przez nie popełnienia przestępstwa. Pobicia, znieważenia, niezapewnienia bezpieczeństwa. Reprezentacyjna ulica Warszawy była już wtedy niemal całkowicie pusta. Od strony mostu wracały jedynie małe grupki pijanych „patriotów”. Być może to „margines marginesów”, jak to się obecnie mówi, ale fakt faktem, że tylko oni byli wówczas w Alejach Jerozolimskich. „Wiał mocny wiatr”, bo ledwo szli, przytrzymując się wzajemnie za ręce, ale biało-czerwone opaski na ramionach wciąż mieli. A one? One wcale nie wróciły do domu ani nie pojechały do szpitala zrobić obdukcję...

Gdy szły pieszo Alejami, podeszła do nich grupka zamaskowanych uczestników marszu z pytaniem, jak się czują i czy wszystko w porządku. Zdziwione nagłą troską, odpowiedziały z pewnym skrępowaniem. Kilka minut później zatrzymały się przy leżącym na ziemi, by sprawdzić, czy nie trzeba mu pomóc. Leżał pijany do nieprzytomności. Nie był uczestnikiem marszu. Potem samochodem dojechały pod pobliską Komendę Rejonową Policji na Dzielnej, gdzie przetrzymywane były dwie osoby z 45 zatrzymanych za uczestnictwo w innych kontrmanifestacjach. Funkcjonariusze nikomu nie postawili zarzutów.

Tutaj cała ulica Dzielna wzdłuż obu stron chodnika zastawiona była zaparkowanymi policyjnymi busami, a dodatkowo od strony Pawiej przy drzwiach komendy stali policjanci w umundurowaniu bojowym – widok co najmniej dziwny w kontekście tego, że podczas marszu stróżów prawa nie było w ogóle widać.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną