Haneke: #MeToo to nowy purytanizm. Reżyser ma wiele racji, ale nie całą

On – nie
Wielkich społecznych fal złości nie da się ułożyć. Trzeba dać im wybrzmieć.
Michael Haneke i Isabelle Huppert
Forum

Michael Haneke i Isabelle Huppert

Nowy purytanizm, podszyty nienawiścią do mężczyzn, bezrefleksyjna nienawiść, ślepa podłość. Polowanie na czarownice. Takich słów użył reżyser Michael Haneke, mówiąc o skutkach akcji #MeToo. Owszem, każda forma molestowania i wykorzystywania powinna zostać ukarana – powiedział reżyser. Jednak to, co się wydarzyło ubiegłej jesieni, nazwał histerią opartą na osądach i uprzedzeniach, a więc obrzydliwą. W emocjonalnej rozmowie dla austriackiej gazety „Kurier” nawoływał, by rozliczając przeszłość, skupiać się na faktach. Żądać udowadniania oskarżeń. Debata pozbawiona procesów, mówił Haneke, niszczy ludziom życie.

Hanekego warto słuchać. Ale krytycznie

Autora „Miłości”, tak trafnego studium, poświęconego (między innymi) ludzkiej złości podpalanej poczuciem bezradności, na pewno warto posłuchać. Przestrzegając przed pełzającą purytańską kontrrewolucją, reżyser ma wiele racji. Gdy mówi, że „petycja online, skierowana do jednego z amerykańskich muzeów, spowodowała, że jeden z obrazów Balthusa został zdjęty z wystawy, ponieważ przedstawiał dziewczynę w dwuznacznej pozie”, dodając, że kampanie przeciwko jakiejkolwiek formie erotyki w sztuce sprawiają, że w artystach rodzi się strach, a to zabójcze dla kultury – na pewno należy mu wierzyć.

O tyle ma również rację Haneke, że w wypadku wielu przywoływanych dziś do odpowiedzialności mężczyzn to kultura powinna być oskarżona, nie oni. Nawykowa adoracja, to wychwalanie fryzur, padanie do nóżek i całowanie rączek stosowali przecież głównie po to, żeby nie obrazić kobiety – brakiem takiej atencji i takiej uwagi. A że w praktyce owa kultura stawała się swoim zaprzeczeniem? Że przy okazji wyłaziły spod niej popędy? Coś tam dało się przemycić? Ano, popędy wyłaziły.

Czasem granicę pomiędzy atencją a przemocą przekracza się niezauważenie. I w detalu, i w ogóle. Jednak droga, jaką proponuje Haneke, jest nie do zrealizowania. Zawracanie w stronę twardych dowodów versus milczenie zamiast spontanicznego uwalniania się od wstydu – to się nie może udać. Emocją, która napędza wszelkie rewolucje, jest złość. Bez niej nie ma zmiany. Ze złością stłumioną, zgłuszoną dzieje się to, co tak trafnie uchwycił Haneke w filmie „Miłość”. Jest tam scena z gołębiem. Był. Zastępczo zapewne doprowadzał bohatera filmu do szału. Został złapany. Zniknął. Po seansach widzowie dzielili się na dwie grupy, z których jedna skupiała przekonanych, że bohater poza kadrem ukręcił gołąbkowi łeb. Ja wierzę, że tak właśnie było.

Czytaj także: Recenzja filmu: „Miłość”, reż. Michael Haneke

Wielkich społecznych fal złości tym bardziej nie da się ułożyć. Trzeba dać im wybrzmieć. A przecież, zważywszy na opowieści, jakie popłynęły przy okazji #MeToo – jest się na co złościć. To, co trzeba, to pamiętać, że nie każdy oskarżony jest winny, że oskarżenie nie równa się wyrokowi. Jakoś trzeba przetrwać ten wylew złości, w końcu minie.

A ferowaniem wyroków zajmie się prawo karne. Notabene wywiad z Hanekem ukazał się dwa dni przed ogłoszeniem przez nowojorską prokuraturę, że wszczyna śledztwo przeciwko Harvey′owi Weinsteinowi, jego bratu i ich wspólnej firmie. Będzie proces. A potem może kolejne.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną