Społeczeństwo

Portale poltrolli

Ukryci za (prawicowym) portalem

Podobieństwa między polskimi „patriotycznymi” portalami a tymi, które służby specjalne w USA i innych krajach Zachodu rozpoznają jako sterowane z Rosji, są na tyle duże, że pojawia się pytanie o to, jak bliskie są relacje między nimi? Podobieństwa między polskimi „patriotycznymi” portalami a tymi, które służby specjalne w USA i innych krajach Zachodu rozpoznają jako sterowane z Rosji, są na tyle duże, że pojawia się pytanie o to, jak bliskie są relacje między nimi? Getty/Polityka
W internecie pączkują serwisy, których strategią jest pogłębianie społecznych podziałów i sianie półprawd, jeśli nie zwykłych fake newsów. Spróbowaliśmy ustalić, kto się kryje po drugiej stronie monitorów.
Interesujące wydają się sieci powiązań pomiędzy „patriotyczno-tabloidowymi” serwisami.Tommoh21/PantherMedia Interesujące wydają się sieci powiązań pomiędzy „patriotyczno-tabloidowymi” serwisami.
W maju tego roku, według similarweb, serwis Pikio miał aż 27 mln wizyt. To więcej niż choćby serwis NaTemat.pl.Internet W maju tego roku, według similarweb, serwis Pikio miał aż 27 mln wizyt. To więcej niż choćby serwis NaTemat.pl.

Mają prostą, przyciągającą uwagę szatę graficzną – najczęściej krzykliwymi, czasem patriotycznymi, biało-czerwonymi kolorami – publikują informacje balansujące na granicy kłamstwa, wyrastają jak grzyby po deszczu i często są ze sobą powiązane. Chociaż są mało znane, ich publiczność liczy się w dziesiątkach milionów odsłon miesięcznie. Serwisy informacyjne, takie jak Pikio.pl, Newsweb.pl, Polskaracja.com, tefakty.pl, wRealu24.pl, Non24.pl, ale też Niewygodne.info.pl, Prawdaobiektywna.pl, Niezlomni.com, Dziennik-polityczny.com czy wprawo.pl, wspólnie budują jednorodny obraz świata.

Przekaz opiera się głównie na strachu: przed wojną, szczepionkami, UE, ukraińskim nacjonalizmem i falami uchodźców z krajów arabskich. Jednym z nielicznych stabilnych punktów na tej mapie jest Rosja i jej lider – surowy pan, bo nieuciekający od stosowania przemocy, ale po ojcowsku sprawiedliwy, dbający o bezpieczeństwo swych obywateli i sojuszników.

„Putin jest GENIUSZEM ZŁA! Właśnie spektakularnie splunął Ukraińcom w twarz” – tak przedstawiał go Newsweb.pl w jednym z nagłówków. Chodziło o mur, który Rosja rzekomo budowała pomiędzy Ukrainą a Półwyspem Krymskim. „Strona rosyjska zaprzecza podobnym oskarżeniom i – mówiąc wprost – robi swoje. Trzeba przyznać, że Moskwa jest bardzo pewna siebie, a sam rosyjski przywódca niezwykle wyrachowany” – komentował serwis. Z kolei na Newswebie ukazał się tekst zatytułowany „Putin ma pomysł, co zrobić z uchodźcami”, w którym można było przeczytać, że gospodarz Kremla radzi Syryjczykom, by wrócili do domów, bo niebezpieczeństwo ze strony terrorystów, przy niebagatelnej pomocy rosyjskiej armii, zostało zażegnane. Natomiast, zdaniem Newswebu, zachodnia Europa ogarnięta jest chaosem, z wlewającymi się ze wszystkich stron muzułmańskimi ekstremistami i powstającymi strefami szariatu. Przykłady? „Uwaga! Do Polski napływają tysiące islamskich emigrantów!”, „Islamizacja Austrii idzie pełną parą. Tworzą się dwa społeczeństwa. Które przetrwa?”, „Wielka rzeź na Europejczykach już pod koniec roku? Islamiści dostatecznie zbadali grunt”.

Adresowany głównie do młodszej publiczności przekaz serwisów określających się często jako „patriotyczne” to zapewne, w jakimś stopniu, efekt mody na radykalizm i specyficznie pojmowaną „wyrazistość”, która opanowała tę część internetu. Pochodne światopoglądu, który dominuje u znacznej części młodych zapatrzonych w Kukiza, Korwina, ONR. Ale jeśli chodzi o treść i formę przekazu „prawicowego internetu”, są też powinowactwa znacznie bardziej niepokojące.

Oparcie w skrajnościach

Natowskie Centrum Doskonalenia Komunikacji Strategicznej z siedzibą na Łotwie ostrzegało niedawno w swym opracowaniu na temat rosyjskiej strategii dezinformacji przed łudząco podobnym do naszego „patriotycznego” typem przekazu. I tak, zdaniem ekspertów Centrum, promowany przez Moskwę przekaz głosi, że uchodźcy, migranci i w ogóle islam to śmiertelne zagrożenie, UE się rozpada, Ukraina to kraj ogarnięty chaosem i profaszystowskimi poglądami, a zagrożenie ze strony pokojowo nastawionej Rosji to bzdura. Przyjrzyjmy się, do jakiego stopnia w tę narrację wpisują się działające na polskim rynku liczne serwisy?

[Komentarze odwołujące się do natowskich raportów poświęconych dezinformacji oraz opinie analityków zamieszczamy w kwadratowych nawiasach.]

„To województwo przejęli emigranci… z każdym dniem jest ich coraz więcej” (mowa o pracownikach z Ukrainy w Zachodniopomorskiem – red.); „Ukraińcy zapowiadają brutalne zamieszki w Polsce – Wyjdzie nas ponad milion uzbrojonych” (Pikio.pl). W podobnym tonie wypowiada się Newsweb: „Bardzo niepokojące doniesienia. Ukraińcy masowo zwożą do Polski broń”. To jeden ze świeżych przekazów, dość zdumiewający, jeśli weźmie się pod uwagę, że właściciele Pikio właśnie uruchomili vpolshe.pl, nową stronę internetową dla imigrantów z Ukrainy, Rosji i Białorusi. „Ma im pomóc w aklimatyzacji” – deklaruje wydawca serwisu.

Wiele z tych serwisów powstało niedługo przed ostatnimi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi lub tuż po nich. Jednym z najbardziej znanych jest cytowany Pikio.pl, który przez swych właścicieli jest określany jako „informacyjny, o lekko tabloidowym zabarwieniu”. Jego „newsy” bywają powielane przez największe polskie portale informacyjne.

Serwis założyło w 2013 r. trzech 20-latków: Albert Wójcik, Hugo Meissner i Kuba Groblewski. Z początku ta dość prosta, napisana na bazie platformy WordPress, strona internetowa niczym się nie wyróżniała. Jej lwią część stanowiły proste notki informacyjne, kreatywnie przepisywane z mediów mainstreamowych i niewzbudzające większych kontrowersji opinie. Na początku 2014 r., gdy Polska szykowała się do wyborów europejskich, Pikio zaczęło jednak zaostrzać przekaz, ale w obu kierunkach – zarówno prawicowym, jak i lewicowym. Publikowało równolegle teksty o „duszących oparach poprawności politycznej”, ale też krytyczne wobec polityki historycznej IPN, bo wyrażające niezgodę na jednoznacznie negatywną ocenę PRL. To miało uzasadniać dewizę portalu, że jest „jedynym bezstronnym i pluralistycznym portalem informacyjnym (…) wierzącym w siłę dialogu”. Bezstronny pluralizm i siła dialogu polegały np. na cytowaniu Stanisława Michalkiewicza (oskarżanego o antysemityzm wieloletniego współpracownika Janusza Korwin-Mikkego) i sięganiu po zdecydowanie lewicowe wypowiedzi Piotra Szumlewicza, rzecznika prasowego OPZZ. To, co pomiędzy, z perspektywy serwisu nie przedstawiało się interesująco.

[Podobną strategię – jak wynika z ostatnich ustaleń amerykańskich służb specjalnych – stosowały prorosyjskie media internetowe na początku kampanii wyborczej w USA – wspierając skrajnych kandydatów po obu stronach – z jednej strony Donalda Trumpa, z drugiej demokratę Berniego Sandersa.]

Lata 2014–15 to czas, kiedy Pikio w zasadzie tylko trwało, wrzucając jeden tekst najpierw co kilka tygodni, później co kilka dni. Temperatura wzrosła tuż przed polskimi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi wraz z kryzysem uchodźczym w 2015 r. W Pikio zaczęły seryjnie pojawiać się artykuły o alarmistycznych tytułach. (I znów łudząco przypominające te z kont prowadzonych przez słynnych trolli z Sankt Petersburga): „Islamista o zgwałceniu 200 kobiet przez jednego mężczyznę: To u nas normalne, młody tego potrzebuje”, „Kolejny ISLAMSKI kraj chce być członkiem Unii Europejskiej” (chodziło o Albanię), „Na granicy UE powstaje islamska dyktatura. 1000 razy groźniejsza od ISIS” (mowa o Turcji pod rządami Recepa Erdoğana). Później tematy się zmieniały, ale styl pozostał.

Oto przykładowe tytuły artykułów pojawiających się w Pikio w ciągu ostatnich miesięcy: „Brytyjskie media: Donald Tusk to szef MAFII”, „Tusk z hukiem POWRACA. Znamy listę do wyborów”, „N-I-E-S-A-M-O-W-I-T-E! Jan Paweł II wygrał z szatanem we Francji! Coś pięknego!”. O co chodziło? O to, że UE została nazwana w „The Sun” mafią, a POWRÓT – pisanie tytułów wersalikami stało się w Pikio i w innych „prawicowo-patriotycznie” zorientowanych serwisach normą – przewodniczącego Rady Europejskiej do Polski ma być związany z wyborami europejskimi, w których wystartować mieliby: Bronisław Komorowski, Hanna Suchocka, Marek Belka czy Kazimierz Marcinkiewicz. Nie szkodzi, że kandydatów wyssano z palca. Jan Paweł II, który pokonał szatana w tej okropnie laickiej Francji, to po prostu informacja o tym, że pomnik papieża zwieńczony krzyżem został przeniesiony na teren prywatnego katolickiego gimnazjum, choć groziła mu rozbiórka, bo stojąc na terenie publicznym, naruszał świeckość państwa. Bywają również teksty wprost kłamliwe, za które później trzeba przepraszać. Spółka HGA Media i należący do niej „serwis patriotyczny” Newsweb przepraszali ostatnio Dominikę i Sebastiana Kulczyków w specjalnym oświadczeniu za „propagowanie pozbawionych podstaw teorii kwestionujących fakt śmierci Pana Jana Kulczyka i sugerowanie, iż uciekł on z kraju w celu uniknięcia odpowiedzialności prawnej”.

[Taka strategia – zdaniem natowskiego Centrum Komunikacji Strategicznej – jest zgodna ze zdobywającym dużą popularność kanonem dezinformacji. Opiera się on na krzykliwych nagłówkach artykułów, które mają niewiele wspólnego z treścią, pisanych przez nieznanych lub fikcyjnych autorów, żerujących na niskich instynktach – uprzedzeniach i lękach, unikających cytowania wiarygodnych ekspertów.]

Kim są autorzy takich treści? Najczęściej ludzie młodzi – głównie studenci o narodowo-konserwatywnych poglądach. Co ciekawe, w kwietniu 2017 r. internauci wytropili, że niektórzy autorzy Pikio nie istnieją. Chodziło o Roksanę Lewicką, rzekomą studentkę kulturoznawstwa, oraz Jana Bednarza, „pomorzanina, zapalonego żeglarza i miłośnika natury”. Albert Wójcik, prezes HGA Media, do której należy również Pikio.pl, tłumaczy, że były to pseudonimy dwóch autorek tego serwisu, które ukryły się pod nimi, bo były „zalewane seksistowskimi, wulgarnymi i agresywnymi wiadomościami, w których grożono im śmiercią, gwałtami i pobiciami za artykuły”. Nie tłumaczy jednak, dlaczego tworząc „Jana Bednarza”, sięgnięto po wizerunek Jaya Ketelsena, projektanta ogrodów z Iowa w USA, zaczerpnięty z darmowej bazy multimediów Pixabay.

[To niestety bardzo przypomina metody rosyjskich trolli, którzy zakładając konta na Twitterze przed ostatnią kampanią prezydencką w USA, stworzyli zastęp fałszywych autorów. Ich wizerunki – jak choćby słynnej fake’owej twitterowiczki Jenny Abrams – próbowali uwiarygadniać „pożyczonymi” zdjęciami z mediów społecznościowych. Z sukcesami: Abrams, zanim została zdemaskowana, zyskała popularność – miała prawie 80 tys. followersów i cytował ją m.in. „New York Times” czy „Washington Post”.]

Dlaczego portal Pikio.pl próbował ukryć, kto dla niego pisze?

Próbując rozwikłać tę zagadkę, natknęliśmy się na zaskakujące fakty. Biorąc pod uwagę dane z maja 2018 r., w przybliżeniu 18 tys. użytkowników przechodzi z Pikio na stronę ortograf.pl. Działa to w ten sposób, że jeśli ktoś wielokrotnie wpisywał wcześniej w wyszukiwarkę frazy takie, jak „ortografia”, „zasady pisowni”, „poprawna pisownia”, to na podstawie zapisanych plików cookies częściej będzie otrzymywał reklamy stron zajmujących się tego typu usługami. W tym przypadku ortograf.pl. Nie jest tajemnicą, że poprawna polszczyzna nie jest mocną stroną Pikio.pl. Jeśli jednak przejrzymy ruch z serwisu ortograf.pl, szybko dostrzeżemy, że duża część aktywności na nim pochodzi z VKontakte.com – rosyjskiej wersji Facebooka. Zatem słownik, z którego – co potwierdził prezes Wójcik – regularnie korzysta część pracowników Pikio, jest jednocześnie słownikiem poprawnej polszczyzny popularnym wśród użytkowników z Rosji. Może to nasuwać podejrzenia, że część treści publikowanych w Pikio najpierw powstaje w innej wersji językowej. Co więcej, niektóre treści publikowane na Pikio.pl można było znaleźć po polsku lub po rosyjsku na blogach połączonych z serwisem LiveJournal.com, będącym jednym z najpopularniejszych serwisów blogowych w rosyjskim internecie.

16 godzin za darmo

„Ostra” strategia Pikio przynosi efekty. W maju tego roku, według similarweb, serwis Pikio miał aż 27 mln wizyt. To więcej niż choćby serwis NaTemat.pl. Kolejnym celem ma być przeskoczenie Onetu i Wirtualnej Polski – tak przynajmniej twierdzi prezes Albert Wójcik.

O założycielach Pikio i ich działalności biznesowej wiadomo niewiele. Firmę HGA sp. z o.o. (od niedawna HGA Media), panowie Meissner, Wójcik i Groblewski założyli w listopadzie 2015 r. Spółka jeszcze kilka tygodni temu nie miała nawet strony korporacyjnej. Dziś można się z niej dowiedzieć, że HGA to „grupa mediowa przyszłości”, która – jak podkreśla prezes Wójcik – „stawia na pluralizm medialny”.

Wiadomo, że jej założyciele zaczęli swoją działalność z kapitałem zakładowym wynoszącym ledwie 5001 zł, czyli o złotówkę większym niż ustawowo dopuszczany przez prawo dla spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Z dostępnego w KRS sprawozdania finansowego wynika, że HGA w pierwszym roku działalności miała przychód w wysokości 261 tys. zł, a zysk prawie 80 tys. zł. Czyli dość dużo jak na młodą firmę utrzymującą się głównie z reklam z Google. W sprawozdaniu tajemniczo prezentują się jednak dane dotyczące wartości sprzedanych towarów – ta suma sięga aż 3,5 mln zł! Co to za towar? Zapytany o to Wójcik odparł najpierw – wbrew temu, co mówią dokumenty – że informacja o operacjach przeprowadzanych na taką kwotę jest „fałszywa, a jej rozpowszechnianie jest niezgodne z prawem”, następnie przesłał maila z oświadczeniem własnym i obsługującego HGA biura księgowego, że to „oczywisty błąd pisarski” przekopiowany z dokumentu innej firmy, HGA nie prowadzi sprzedaży towarów, a zamiast 3,5 mln zł w rubryce powinno zostać wpisane 0 zł.

Za 2016 r. HGA zadeklarowała przychód w wysokości 160 tys. zł i zysk 100 tys. zł. W ubiegłym miała już ponad milion złotych przychodu i 360 tys. zł zysku. I to mimo rosnących kosztów, głównie płac – z ponad 80 tys. zł w 2016 r. do ponad 660 tys. zł w 2017 r.

Prezes chwali się rozwojem firmy. „Mam 23 lata, dorobiłem się po tym, jak przez pierwsze półtora roku pracowałem po 16 godzin za darmo w swojej własnej firmie Pikio.pl, kiedy wszyscy inni pobierali w niej wynagrodzenia. Ryzykowałem porażkę, ale los był łaskawy i ciężka praca popłaciła” – pisał Wójcik w ubiegłym roku na Facebooku, publikując zdjęcie swego nowego Mercedesa CLA (jego cena to 147–226 tys. zł w zależności od wyposażenia). „A pomyśleć, że dwa lata temu, jak rejestrowałem portal, zainwestowałem w niego wszystko, co miałem, czyli 1500 złotych i mnóstwo czasu. Warto ryzykować” – zachęcał.

[Ekspert: Jak na tego typu przedsięwzięcie i zainwestowane 1,5 tys. zł, można mówić o piorunującym efekcie. Utrzymanie serwisu newsowego z kilkunasto-osobową redakcją to koszt przekraczający nawet 100 tys. zł miesięcznie.]

HGA Media, a z nią i Pikio.pl szybko zmieniają adresy – na coraz lepsze. Jeszcze w 2016 r. zajmowało zwykłe mieszkanie w bloku na warszawskim Ursynowie, by w sierpniu 2017 r. wprowadzić się do szeregowca w tej samej dzielnicy. Wiadomo, że w firmie przybywa ludzi. W maju ruszyła z dużą rekrutacją – szukała redaktorów, twórców filmików na YouTube oraz twórców memów. Zatrudniła m.in. specjalistę od piaru, z przeszłością na ważnych stanowiskach w Agorze i Onecie, a więc u największych graczy na rynku, oraz redaktora z doświadczeniem w dużych domach mediowych.

Serwisy Pikio i Newsweb to niejedyne produkty spółki HGA Media. Firma miała do niedawna w portfolio również nieistniejące już serwisy o podobnym prawicowo-populistycznym charakterze: polskaracja.com i tefakty.pl. Straszące m.in. falą uchodźców i szczepionkami wywołującymi autyzm, niedawno połączone z Newswebem, ale ślad po ich działalności można odnaleźć w sieci.

Z HGA Media powiązanych jest wiele profili na Facebooku, takich jak „Nie głosuję na PO”, „Nie popieram KOD” czy „Gardzę.Nowoczesną” – te również mają wielotysięczne zasięgi. Na zasadzie symetrii działa „Kartoflisko”, które ma 196 tys. polubień, a które w swojej wymowie jest… antypisowskie.

Dla Pikio.pl media społecznościowe generują niemal połowę ruchu. Strategia zdobywania czytelników przez Facebook polega na jak najszybszym rozpowszechnianiu treści nie tylko za pośrednictwem powiązanych z HGA fanpage’ów, ale także tych propisowskich, takich jak: „To my patrioci polscy i zwolennicy PiS z całego świata”, „Popieramy rząd Zjednoczonej Prawicy, PiS i Pana Prezydenta”, „Chcemy żeby TV Republika była ogólnodostępna” lub „Zwolennicy PiS!”. Każdy z tych fanpage’ów ma od kilku do kilkudziesięciu tysięcy polubień.

[– Przypomina to trochę to, co działo się podczas kampanii wyborczej w USA. Wówczas z miejscowości Wełes w Macedonii było administrowanych ponad sto stron rozpuszczających fałszywe, prowokujące informacje zarówno o Partii Demokratycznej, jak i Republikańskiej – mówi analityk ruchu w social mediach, pracujący dla znanej firmy. Macedończycy przyznali, że zarabiali na tym po kilka tysięcy dolarów dziennie.]

Będzie wojna?

Interesujące wydają się sieci powiązań pomiędzy „patriotyczno-tabloidowymi” serwisami. Z należącego do HGA Newsweb.pl nie da się skopiować treści. Jeśli użytkownik spróbuje użyć prawego przycisku myszy, pojawia się informacja, że treść jest chroniona prawami autorskimi. Jeśli jednak przepiszemy część tekstu do wyszukiwarki, w wynikach pojawi się zarówno Newsweb.pl, jak i wRealu24 – strona telewizji kierowanej przez Marcina Rolę. Na obu znajdują się te same artykuły – tekst na Newswebie zatytułowany „Uchodźcy jednak trafią do Polski. Oto zemsta Netanjahu” na wRealu24 figuruje jako „Uchodźcy mają być ulokowani w Polsce. Zemsta Netanjahu?”. Inny materiał – „Chorwacja: Nielegalni imigranci wdarli się do kraju. Chorwaci odpowiedzieli ogniem” – był tak samo zatytułowany w obu portalach. Z informacji przekazanych przez Wójcika wynika, że to efekt trzymiesięcznej współpracy biznesowej serwisów HGA i niektórych mediów Roli, która nie jest już kontynuowana.

Marcin Rola to samozwańczy dziennikarz, który zyskał sławę w internecie głównie za sprawą kontrowersyjnych wypowiedzi w swoich programach. W ostatnich wyborach samorządowych próbował zostać radnym Ursynowa, później kandydował do Sejmu. Jako rzecznik Kukiz’15, próbował zdobyć popularność na YouTube za sprawą autorskich programów „W Rolach głównych” i „RingTV”. Jego najnowszym projektem jest telewizja wRealu24.pl, która należy do spółki Zona Zero. Tu ciekawostka – do niej należy także wydawnictwo Fronda, które jest wydawcą magazynu „Fronda Lux”.

Sława Roli dotarła nawet do redakcji BBC, która zrobiła materiał o polskiej ambasadzie w Londynie finansującej spotkania ze „skrajnie prawicowymi ekstremistami” (oprócz Roli chodziło o Rafała Ziemkiewicza i Wojciecha Sumlińskiego). Rola tłumaczył przed kamerą, że takie wypowiedzi, jak „Muzułmanie to pedofile” czy „Koran nawołuje do gwałcenia dzieci”, były wyrwane z kontekstu.

Marcin Rola jest mocno powiązany także z portalami internetowymi, takimi jak będące niemal stuprocentową kopią Newsweba Non24.pl, Otymsiemowi.pl czy wSedno24.pl. Co można na nich znaleźć? Głównie lansują wizję Polski zagrożonej (w wersji bliskiej „Wiadomościom” TVP), chętnie też podsycając nienawiść wobec Ukrainy („Ukraina wyczerpała cierpliwość Polski! PiS idzie na wojnę!”, „Ostry konflikt z Ukrainą! Kijów ZEMŚCIŁ SIĘ za słowa Jarosława Kaczyńskiego”), a jednocześnie bagatelizują zagrożenia ze strony Rosji: „Zobacz, jak robią Cię w konia! Inwazja na Polskę?! Oto cała prawda, o której nikt nie powiedział [WIDEO]!” (tekst o ćwiczeniach Zapad-17 przeprowadzanych na Białorusi).

[Analityk social mediów zwraca uwagę na ruch na drugim portalu. W grudniu 2017 r. miał prawie 2,5 mln wejść na stronę, miesiąc później zaledwie 10 tys. – Oznacza to, że ruch był pompowany np. za pomocą reklam na Facebooku lub w innych miejscach. Pompowanie strony w takim stopniu i natychmiastowe porzucenie kampanii reklamowej nikomu by się nie opłacało. To nie wygląda na komercyjną działalność – mówi.]

Podobieństwa między polskimi „patriotycznymi” portalami a tymi, które służby specjalne w USA i innych krajach Zachodu rozpoznają jako sterowane z Rosji, są na tyle duże, że pojawia się pytanie o to, jak bliskie są relacje między nimi? – Niezależnie od tego, czy robi to człowiek czy maszyna, tego typu treści są bardzo wygodne z perspektywy Kremla. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że Rosjanie w USA i w innych częściach świata wspierają, a nawet tworzą portale z wygodną dla siebie narracją – podkreśla Anna Mierzyńska, specjalistka od marketingu politycznego, zajmująca się metodami dezinformacji stosowanymi w sieci.

Czy tak jest w tym przypadku? A może te portale przedstawiają rzeczywiste poglądy ich autorów? Albo to tylko rynkowa gra na zyskanie popularności i przychodów dzięki szerzeniu kontrowersyjnych treści? Żadna z tej wersji nie wyklucza innych. I to chyba jest najgorsze.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama