Społeczeństwo

Orka na dyżurze

Pielęgniarki: przepracowane, źle opłacane, sfrustrowane

Żadna pielęgniarka nie chce żyć od protestu do protestu. Żadna pielęgniarka nie chce żyć od protestu do protestu. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W Przemyślu wciąż trwa strajk głodowy pielęgniarek. Przepracowane, zmęczone, sfrustrowane, żyją od protestu do protestu. Wciąż lekceważone. Traktowane z góry.
Minister zdrowia Łukasz Szumowski.Michał Dyjuk/Forum Minister zdrowia Łukasz Szumowski.
Zdarza się, że na jedną pielęgniarkę przypada 20 lub 30 pacjentów.Krystian Maj/Forum Zdarza się, że na jedną pielęgniarkę przypada 20 lub 30 pacjentów.

Agata ma 37 lat, z czego 12 przepracowała jako pielęgniarka: asystuje lekarzom na bloku operacyjnym. Jej miesięczny rekord na służbie to 260 godzin, ale koleżanki potrafią przekroczyć nawet 300. Zdarza się, że przez cały tydzień ogląda swoje dzieci tylko kiedy śpią. Wychodzi do pracy – jeszcze się nie obudziły, wraca – zdążyły już zasnąć. Tyra nie tylko dla pieniędzy. Musi też łatać dziurawy grafik – w dwóch szpitalach powiatowych, w których jest zatrudniona, dramatycznie brakuje kadry pielęgniarskiej. Czasem jest tak zmęczona, że w trójkącie dom–szpital I–szpital II – myli jej się droga.

– Są dni, że wychodzę do pracy na 8, wracam po dwóch dobach. Najpierw pierwszy szpital, dniówka do 16, a od 19 już zaczynam nockę, 20 km dalej. Stamtąd wracam na rano na dniówkę do pierwszego szpitala, osiem godzin dyżuru, obsługuję trzy sale operacyjne. Nigdy nie wiem, co się wydarzy. Potrafię stać na nogach przez bite 12 godzin. Przykład z wczoraj – z zabiegu ortopedycznego wezwano mnie do zabiegu z ciążą pozamaciczną, stamtąd do niedrożności jelit. W większym szpitalu na sali operacyjnej są dwie pielęgniarki operacyjne, w mniejszych, jak mój, stoję sama. To ponad ludzkie siły.

Zagranica kusi

Na czym polegają obowiązki pielęgniarek operacyjnych? Przed każdą operacją muszą dokładnie przygotować narzędzia, zająć się pacjentem. W czasie zabiegu współpracują z lekarzami, a po zakończeniu sprzątają salę, instrumenty. Zabiegi bywają różne. Jedne trwają godzinę, inne – te z komplikacjami – nawet pięć godzin.

– Czuję, że ilość czynności do wykonania w tym samym czasie zaczyna mnie przerastać – mówi Agata. – To już niebezpieczne dla pacjentów.

Maria, koleżanka Agaty z tego samego szpitala, zasłabła na bloku operacyjnym. – To z przepracowania. Organizm powiedział dość – opowiada. – Zdarza mi się złapać klasyczną zawieszkę. Nie docierają do mnie proste polecenia lekarza. Prosi o narzędzia, a ja stoję, patrzę na niego i nie wiem, co do mnie mówi. Widzę tylko, że doktor rusza ustami. Potrzebowałam dłuższej chwili, żeby poskładać komendy w całość. Wiem, w takim momencie powinnam wyjść z sali, wezwać zastępstwo. Ale po kogo mam pójść, skoro na dyżurze nikogo więcej nie ma? Młode kobiety nie garną się do zawodu, a nawet jeśli wybiorą już pielęgniarstwo, to nie operacyjne.

Agnieszka nie jest pielęgniarką operacyjną. Zajmuje się pacjentami na sali. Pracuje na trzech pełnych etatach. – Budzik wyrywa mnie z krótkiego snu, potrzebuję kilkunastu sekund, żeby się zorientować, jaki dzień mamy w kalendarzu, bo z tym się wiąże, do którego szpitala muszę jechać – mówi. – Szpitale w ramach oszczędności pozbyły się salowych, sanitariuszy, kuchennych. A przecież ich robotę ktoś musi zrobić. Wiadomo, że nie lekarze, więc pozostajemy z tym my, pielęgniarki. Nie wystarczy nam na wszystko czasu. Kiedy mam do nakarmienia pacjentów, ostatni z nich dostaje letni obiad. Muszę zmienić pościel, posprzątać kaczki. A z tyłu głowy wciąż mam swoje podstawowe obowiązki. Wiem, że nie rozdałam jeszcze leków, choć pacjent z szóstki czeka na insulinę, a ten z dwójki musi mieć pilnie zmieniony opatrunek. Po kilkunastogodzinnym dyżurze czuję się, jakbym wyszła z kopalni.

Monika, pielęgniarka z 20-letnim stażem: – Przywożą pacjenta, który waży ponad sto kilogramów. Muszę go zawieźć na prześwietlenie. Zgodnie z przepisami BHP mogę podnosić ciężar do 20 kg. To oczywiście fikcja. Pracując na takich oddziałach, jak geriatria, chirurgia, urazówki, jesteśmy narażone na ciężką robotę fizyczną. A oprócz tego mamy na głowie biurokrację, stertę papierów do wypełnienia.

W Polsce pracuje prawie 290 tys. pielęgniarek. Ta liczba niby robi wrażenie, ale po dokładnej analizie sytuacja nie wygląda już tak dobrze. Od naszego wejścia do Unii Europejskiej wyjechało z kraju już ponad 20 tys. pielęgniarek. Głównie na Wyspy Brytyjskie, do krajów skandynawskich, Szwajcarii, ale też do USA i Kanady. Zagranica kusi lepszymi warunkami pracy, dużo wyższą płacą, mniejszą liczbą godzin, szacunkiem personelu lekarskiego i pacjentów.

Monika, której koleżanka od siedmiu lat pracuje w Zurychu: – Słucham jej opowieści i tylko wzdycham. 45 godzin pracy tygodniowo, równowartość 20 tys. zł pensji miesięcznie. Ja na rękę dostaję niecałe 3 tys. zł za pracę nocami, w weekendy i święta. Słyszę w mediach, ile rzekomo zarabiają pielęgniarki, i krew mnie zalewa. Średnią zawyżają pensje starszych stażem pielęgniarek. Te wchodzące do zawodu mają niecałe 2 tys. zł na rękę.

Dopiero po kilku latach pracy, zdobywania kolejnych kwalifikacji, specjalizacji wynagrodzenie wzrasta do 3 tys. Zostają jeszcze umowy cywilnoprawne. Można na nich dorobić nawet do 8 tys. zł. To, jaką stawkę godzinową może zaoferować pielęgniarce szpital, zależy od kondycji finansowej placówki. – Nie zarabiamy nawet połowy tego, co nasze odpowiedniczki w Europie – mówi Agata. – Czy nasza praca jest lżejsza? Czy jesteśmy gorzej wykształcone? Nie! Skończyłam studium pielęgniarskie, studia magisterskie, specjalizację z pielęgniarstwa operacyjnego. Nawet absolwentki studiów pielęgniarskich, które poświęciły swój czas i energię na edukację, nie chcą być w zawodzie. Połowa z nich nie odbiera prawa do jego wykonywania! Nic dziwnego, bo na lepsze pensje można liczyć w branżach, które wymagają mniejszej wiedzy, odpowiedzialności, obciążeń psychicznych. Zarabiamy tyle, co kasjerki w marketach, ale to my odpowiadamy za ludzkie życie. Rządzący zapominają, że manko na kasie jeszcze nikogo nie zabiło.

Dużym problemem jest wiek pracujących pielęgniarek w Polsce. Średnia to prawie 51 lat, dużo wyższa niż na zachodzie Europy. Z analizy danych Centralnego Rejestru Pielęgniarek i Położnych wynika, że co piąta mogłaby już przejść na emeryturę. Nie robią tego, pracują nawet do 70. roku życia.

Wyliczenia nie pozostawiają wątpliwości: niebawem zabraknie tysięcy pielęgniarek. Z szacunków wynika, że do 2033 r. może to być nawet 170 tys.! Już teraz w rankingu OECD, który określa liczbę pielęgniarek przypadających na tysiąc mieszkańców, Polska plasuje się na szarym końcu z wynikiem 5. To jeden z najniższych wskaźników. Dla porównania – w Szwajcarii ta liczba wynosi 17, w Szwecji 11, w Wielkiej Brytanii 8.

Te statystyki mają odzwierciedlenie w leczeniu. Im więcej pielęgniarek, tym rzadziej dochodzi do błędów medycznych. Za 12 lat na tysiąc Polaków przypadną zaledwie cztery pielęgniarki. Luki nie zmniejszą koleżanki z zagranicy, które wbrew oczekiwaniom i zapowiedziom ekspertów wcale nie garną się do naszych szpitali. Dziś pracuje ich zaledwie 170, większość to Ukrainki. W przypadku personelu zza wschodniej granicy bariery są dwie: skomplikowana procedura nostryfikacji, czyli uznania ukraińskiego dyplomu, oraz niskie wynagrodzenie.

Skutki tych problemów już odczuwają dyrektorzy szpitali. Pielęgniarki są pilnie poszukiwane. Placówki mają nowoczesny sprzęt, ale nie mogą go w stu procentach wykorzystać. Głównie dlatego, że brakuje rąk do pracy. Lekarz nie przeprowadzi operacji czy badania bez wsparcia pielęgniarek. Zabiegi są przesuwane, grafik łatany.

Sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Jedna z moich rozmówczyń żartuje: – Całe szczęście, że pacjent na sali operacyjnej jest pod narkozą. Nie widzi, co się z nim dzieje.

Niepokojące zjawisko

Maria wyjaśnia: – Lekarze proszą nas do asystowania przy operacji. Taką pracę powinien wykonywać drugi lekarz, którego często nie ma. Godzimy się na to, nie mamy wyjścia. W trakcie zabiegu trzymamy nici, pomagamy zamknąć ranę, do tego wykonujemy swoje rutynowe obowiązki. Problem pojawia się, kiedy występują komplikacje.

– Zaczyna się szukanie winnych. Jeśli ktoś spojrzy w kartotekę, co mam powiedzieć? Jak wytłumaczę, że robiłam czynności, do których formalnie nie mam kwalifikacji? – pyta Agata. – Za takie praktyki możemy stanąć przed pielęgniarskim sądem, stracić uprawnienia do wykonywania zawodu. Możemy też zostać pociągnięte do odpowiedzialności karnej, trafić do więzienia. Nikt nie zastanowi się, dlaczego idziemy po bandzie. Jeśli coś się stanie, wina spadnie na pielęgniarkę, po co godziła się na taki dyżur? Kombinują więc, jak mogą. Sprawdzają grafiki lekarzy, wiedzą, kiedy na bloku operacyjnym jest dwóch, zmniejsza to ich ryzyko wystawiania się na niebezpieczne sytuacje.

Ten sam problem, pracy w warunkach niezgodnych z przepisami, mają pielęgniarki oddziałowe. Zdarza się, że na jedną przypada 20 lub 30 pacjentów. A co, kiedy musi wezwać lekarza? Pacjent czeka kilka minut sam, w tym czasie inni nie mają zapewnionej opieki.

– Pretensje zawsze są do nas. Ludzie nie rozumieją, że jest nas za mało. Traktują szpital jak sklep, w którym płacą i dostają to, czego chcą – mówi Agnieszka. – Nieraz słyszałam, że się za mało staram. Zaciskam zęby i tyram dalej, z czegoś przecież muszę żyć. Nie protestuję.

Żadna pielęgniarka nie chce żyć od protestu do protestu. Co jakiś czas słyszymy o strajkach pielęgniarek w powiatowych szpitalach. Ostatnio – w Przemyślu. Pielęgniarki rotacyjnie prowadzą głodówkę. – Nocujemy w szpitalu na rozłożonych na korytarzu materacach – mówią. – Wiele naszych koleżanek poszło na zwolnienia. Szpital pracuje jak na ostrym dyżurze, musiał wstrzymać planowane przyjęcia.

Protestujące początkowo żądały wzrostu wynagrodzenia do 6 tys. zł dla pielęgniarek z większym stażem pracy i 5,5 tys. dla młodszych. Teraz żądają podwyżek o 1,2 tys. zł, a dyrekcja oferuje im 850 zł. Podkreślają, że płace to niejedyny postulat. Chcą mniejszego przeciążenia, lepszej organizacji pracy.

Z badań Stowarzyszenia Pielęgniarki Cyfrowe wynika, że aż 61 proc. pielęgniarek po zakończeniu 12-godzinnego dyżuru na etacie pracuje dodatkowo. Co więcej – ponad połowa badanych ma ok. 100 nadgodzin miesięcznie. Kolejne 17 proc. wypracowuje do 200 godzin ponad etat, a 1 proc. – nawet do 300, czyli pracuje non stop niemal cały miesiąc! To niepokojące zjawisko. Doszliśmy do sytuacji, w której pielęgniarki potrafią przepracować wszystkie dni w miesiącu. Gdyby przestały harować, wiele szpitali i przychodni trzeba byłoby zamknąć. Tylko zatrudnienie tej samej pielęgniarki w kilku miejscach daje możliwość dyrektorowi wykazania odpowiedniej liczby personelu w sprawozdaniach do Narodowego Funduszu Zdrowia. Kiedyś pielęgniarkom pomagały salowe, ale w większości szpitali już ich nie ma. Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec lat 90. Wówczas dyrektorzy szpitali zaczęli zawierać umowy z firmami zewnętrznymi na poszczególne usługi, w tym sprzątanie. To spowodowało, że salowe, które odciążały pielęgniarki, pomagając im przy chorych, sprzątając sale, ścieląc łóżka, przestały być potrzebne.

– Nie wyciągnęliśmy wniosków z doświadczeń naszych zachodnich sąsiadów, którzy szybko zrezygnowali z usług firm outsourcingowych. Salowe tam wróciły, bo są bardziej pomocne – mówi Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. – My po wejściu do Unii woleliśmy postawić na opiekunów medycznych, ale ten pomysł u nas się nie sprawdził. Większość z nich wyjechało za granicę. Skusili się na lepsze zarobki i pewną pracę. W Polsce często nie mogli znaleźć zatrudnienia. Dyrektorzy wielu szpitali woleli zatrudnić początkującą pielęgniarkę, która zarabiała podobnie, ale miała wyższe kompetencje.

Pielęgniarki zauważają, że po tzw. zembalowym, czyli podwyższeniu płac przez byłego ministra Mariana Zembalę, mniej koleżanek wyjechało za granicę. To jeden z argumentów, który trafił do nowego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Po trwających pół roku negocjacjach w lipcu udało się podpisać porozumienie między Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Pielęgniarek i Położnych, ministrem zdrowia oraz Narodowym Funduszem Zdrowia. W dokumencie czytamy m.in. o włączeniu dotychczasowych dodatków do wynagrodzenia zasadniczego, o zmienieniu norm zatrudniania pielęgniarek i położnych od nowego roku. Środowisko pielęgniarskie nie jest jednak do końca zadowolone. – To porozumienie zagwarantowało nam właściwie tylko włączenie tzw. zembalowego do pensji na stałe. Nadal jest wiele niewiadomych. Wyznaczone normy wcale nie muszą prowadzić do zwiększenia zatrudnienia. Może to jedynie oznaczać przesunięcia na oddziałach – mówi Lucyna Tomicka, pielęgniarka oddziałowa bloku operacyjnego w Wielospecjalistycznym Szpitalu w Inowrocławiu.

Prof. Dorota Karkowska z Instytutu Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej zwraca z kolei uwagę, że porozumienie nie jest aktem normatywnym. Część pielęgniarek może uspokajać, ale nadal pozostaje pytanie, jak będzie wykonane. – Obecnie też są wyznaczone normy zatrudnienia i wynagrodzeń. I co z tego, skoro dyrektorzy szpitali ich nie przestrzegają? Czują się bezkarni, ponieważ nie mają nad sobą skutecznej kontroli – tłumaczy prof. Karkowska.

Od lat brakuje też przejrzystej ścieżki rozwoju, jak w zawodzie nauczyciela. Licencjat z pielęgniarstwa, studia magisterskie nie są już doceniane. – Potrzebujemy rozpisania naszych kompetencji – mówi Maria. – Dziś pielęgniarka po studiach może teoretycznie wykonywać to samo co ta z 10-letnim stażem. Brak zakresu obowiązków rzuca nas na różne odcinki pracy. Zdarza się, że pielęgniarka operacyjna po zakończeniu zabiegu jest wzywana do ambulatorium na izbie przyjęć.

I kolejny problem – brak szacunku do pielęgniarek. Agata: – W Niemczech pielęgniarki zwracają się do lekarzy bezpośrednio, swobodnie. Jeśli nawet mówią „doktorze”, nie ma to wydźwięku służalczego. My jesteśmy stawiane niżej. Jeśli ja sugeruję lekarzowi inne rozwiązanie, patrzy na mnie pogardliwie. Młody lekarz, stawiający pierwsze kroki w zawodzie, nie potrafi nam powiedzieć „dzień dobry”. Uważa, że ma przed sobą kogoś gorszego, a często nasze doświadczenie i kompetencje biją jego na głowę. Pielęgniarka nie jest zawodem, który w Polsce cieszy się specjalnym uznaniem. Od lat zwracano się do nich „siostro”, umniejszano ich rolę, a one przyjmowały czasami postawę służalczą. W latach 50. wydano specjalny dokument, który opisywał, jak pielęgniarka powinna się zachowywać. Kiedy lekarz wchodzi do sali, pielęgniarka powinna wstać, pierwsza powiedzieć „dzień dobry”. – Ten socjalistyczny sposób wychowania cały czas w nas pokutuje – mówi prof. Karkowska.

* * *

Nasze rozmówczynie najczęściej chcą pozostać anonimowe, boją się utraty pracy i reakcji środowiska medycznego. – W przyszłość patrzę z niepokojem. Wizja szpitala bez pielęgniarek to nie jest jakieś science fiction, tylko jak najbardziej realny scenariusz, i to już za kilka lat – Agata przeprasza, że musi kończyć rozmowę. – Za pół godziny zaczynam kolejne dwa dyżury z rzędu.

***

Autorka jest dziennikarką TVN24.

Polityka 41.2018 (3181) z dnia 09.10.2018; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Orka na dyżurze"
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną