Społeczeństwo

Mrok nad kukułczym gniazdem

Ośrodek w Gostyninie: „bestie” poza prawem

„Pacjenci” Ośrodka mają tylko godzinę spaceru dziennie. „Pacjenci” Ośrodka mają tylko godzinę spaceru dziennie. Daniel Pach / Forum
Były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski nazwał tę placówkę „kubłem na śmieci, który udaje, że jest ośrodkiem terapeutycznym”. Po czterech latach wiadomo, że spełniły się najgorsze przewidywania co do Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.
Miało być kolorowo, w rzeczywistości w tych pokojach mieszka po 8–10 osób, na piętrowych łóżkach.Grzegorz Michałowski/PAP Miało być kolorowo, w rzeczywistości w tych pokojach mieszka po 8–10 osób, na piętrowych łóżkach.

Blisko cztery lata temu uchwalono ustawę, która pozwala nie wypuszczać na wolność po odbyciu kary skazanych, jeśli mogą być niebezpieczni. Decyduje „wysokie prawdopodobieństwo”. Psychologowie i psychiatrzy zgadzają się, że tego prawdopodobieństwa nie da się określić w sposób obiektywny. A co dopiero stopniować: niskie, średnie, wysokie. Nie ma do tego żadnych narzędzi: ani badań neurologicznych, ani testów psychologicznych czy innych. Z dwóch ludzi o takim samym obrazie mózgu i podobnych wynikach w testach jeden wróci do przestępstwa, inny – nie. I nie wiadomo dlaczego. – Kilka lat temu wyszedł z więzienia zabójca sześciu osób na tle seksualnym. Dostał karę śmierci zmienioną na 25 lat. Odsiedział, zmienił nazwisko i żyje normalnie. Jedni wracają do przestępstwa, a inni – nie. Dlaczego? Prawdopodobnie się zmienili. Może coś zrozumieli? Może z lęku przed karą? Może nauczyli się swoje patologiczne potrzeby realizować w sposób, który nikogo nie krzywdzi? Może z wiekiem obniżył się ich popęd seksualny? – mówi prof. Janusz Heitzman, psychiatra, dyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie i kierownik Kliniki Psychiatrii Sądowej. Gdy powstawała ustawa „o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób”, był jednym z jej największych krytyków. Podkreślał, że nie da się uczciwie prognozować niebezpieczeństwa. Dziś podtrzymuje tamtą opinię.

Już z niego nie wyjdzie

W filmie Stevena Spielberga „Raport mniejszości” o potencjalnym niebezpieczeństwie osób, które miały być prewencyjnie usunięte, orzekali jasnowidze. Mieli sto procent trafności, bo widzieli przyszłość. Tu orzekają biegli. Ich trafności nie da się zbadać, bo jeśli orzekną „wysokie prawdopodobieństwo”, osoba trafi do Ośrodka i już z niego nie wyjdzie. Po blisko czterech latach widać, że udział w psychoterapii, nienaganne zachowanie i pozytywna opinia psychologa i psychiatry nie otwierają jego drzwi. „Prawdopodobieństwo” zawsze istnieje, więc ani biegli, ani sąd nie chcą wziąć na siebie ryzyka. Tomasz Komenda miałby spore szanse trafić na resztę życia do Ośrodka, gdyby nie ludzie, którzy pomogli mu udowodnić niewinność. Skazany za okrutny gwałt i zabójstwo był idealnym kandydatem do izolacji jako „bestia”.

Nazwano ich potocznie „bestiami”, bo to pozwala emocjonalnie wykluczyć ich z grona osób, wobec których obowiązują prawa człowieka. Np. domniemanie niewinności czy zakaz powtórnego karania za ten sam czyn. Wśród „bestii” w Ośrodku w Gostyninie jest np. chora na schizofrenię młoda kobieta, która odbyła zasądzoną jej karę dwóch lat więzienia za usiłowanie zabójstwa współpacjentki w szpitalu psychiatrycznym. Pacjentce nic się nie stało, kobieta po odbyciu kary trafiła do Gostynina. Zresztą wbrew prawu, bo tzw. ustawa „na bestie” nie obejmuje osób chorych psychicznie, tylko z zaburzoną osobowością (np. psychopata, neurotyk, osoba borderline). Sąd nie pozwala jednak odesłać chorej do szpitala psychiatrycznego, gdzie – ze względów humanitarnych, zdrowotnych i prawnych – jest jej miejsce. Boi się wziąć odpowiedzialność. Podobnie jak biegli, których w jej sprawie powołał.

Ustawa „o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi” powstała w 2013 r. na zamówienie społeczne. Media alarmowały, że lada chwila wyjdą z więzień mordercy, gwałciciele i pedofile, których w latach 80. skazano na karę śmierci, a potem w ramach amnestii zamieniono im karę na 25 lat. Mówiło się o kilkudziesięciu „bestiach”, na ludzi padł strach. W rzeczywistości chodziło o dwie osoby: Mariusza Trynkiewicza, zabójcę i gwałciciela czterech chłopców, oraz „wampira z Bytowa”, Leszka Pękalskiego, który zgwałcił i zamordował kobietę, ale – prawdopodobnie, by przysporzyć sobie sławy – przyznał się do 90 zabójstw i gwałtów, o których donosiły media. Nie potrafił jednak wykazać, że rzeczywiście ich dokonał. A w kilku przypadkach, by to zrobić, musiałby być w dwóch miejscach naraz.

Można było te dwie osoby po wyjściu objąć całodobowym monitoringiem, założyć im elektroniczną bransoletę, objąć w razie potrzeby kontrolą operacyjną. Byłoby taniej. Ale stworzono ustawę, którą psychiatrzy w ogłaszanych wówczas stanowiskach i oświadczeniach uznali za modelowy przykład nadużycia psychiatrii do celów politycznych i represyjnych. Prawnicy natomiast uznali ustawę za złamanie kardynalnej zasady prawa karnego, jaką jest zakaz powtórnego karania. I za prawne oszustwo, bo, aby ominąć ten zarzut, Ośrodek podporządkowano Ministerstwu Zdrowia, udając, że to placówka lecznicza. Mimo że psychiatrzy tłumaczyli, iż nieprawidłowej osobowości się nie leczy. O umieszczeniu w Ośrodku decydują – dla niepoznaki – sądy cywilne. A więźniów pilnują nie strażnicy, tylko ochroniarze z prywatnej firmy.

Podobne ośrodki istnieją w niektórych krajach Europy, ale bez takiego kamuflażu. O umieszczeniu w nich decyduje sąd już w wyroku karnym. A po odbyciu kary jeszcze raz tę decyzję weryfikuje. Niemieckie przepisy, które pozwalały – jak polskie – umieścić w ośrodku osoby skazywane, w czasie gdy nie było ustawy pozwalającej na takie umieszczanie, zdelegalizował tamtejszy Trybunał Konstytucyjny.

Polski Trybunał w 2016 r. uznał, że nasza ustawa jest zgodna z konstytucją. W uzasadnieniu podkreślił, że społeczeństwo ma prawo do samoobrony. Że konflikt pomiędzy wolnością a bezpieczeństwem należy w tym przypadku rozstrzygnąć na korzyść bezpieczeństwa. Nie rozważył, czy (przewidziana zresztą w tej ustawie) możliwość 24-godzinnego dozoru policyjnego jest rozwiązaniem pozwalającym pogodzić obie te wartości.

Dane dotyczące przestępczości przeciwko życiu i wolności seksualnej przeczą, by ustawa rzeczywiście chroniła społeczeństwo. Choć ogólna przestępczość spadła – porównując lata 2013 i 2017 – o 29 pkt proc., to liczba przestępstw seksualnych spadła tylko o 12 pkt proc. A zabójstw zaledwie o 4 pkt proc. Wygląda więc na to, że zyskaliśmy poprawę, ale nie bezpieczeństwa, tylko samopoczucia.

Dziś Ośrodkiem Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym interesuje się tylko rzecznik praw obywatelskich. Okazuje się, że osobom w nim umieszczonym zabrano nie tylko wolność. De facto wyjęto je spod ochrony konstytucji, bo o ich losie w Ośrodku nie decyduje żaden akt powszechnie obowiązujący: ani ustawa, ani rozporządzenie. Decyduje regulamin uchwalony przez kierownictwo Ośrodka. Są więc w dużo gorszej sytuacji, niż byli w więzieniu. Tam o tych prawach i obowiązkach decydował Kodeks karny wykonawczy i wydane do niego rozporządzenia, na których nieprzestrzeganie mogli się skarżyć do sądu penitencjarnego. Teraz nie mogą nic. RPO wielokrotnie alarmował ministrów sprawiedliwości i zdrowia o tej sytuacji – bez odzewu.

„Bestie” w luksusach

Gdy otwierano Ośrodek, telewizje pokazywały przygotowane dla „bestii” luksusy: kolorowe ściany, na nich obrazki, pokoje jedno- i dwuosobowe. To miał być dowód, że warunki zasadniczo różnią się od więziennych, że to placówka lecznicza, a nie penitencjarna. Dziś „pacjenci” Ośrodka siedzą po 8–10 osób w tych pojedynczych pokojach, śpią na piętrowych łóżkach – co, zważywszy, że to ponoć placówka medyczna, jest sprzeczne z prawem. Powierzchnia na osobę jest mniejsza niż w więzieniach, w których odbywali kary. Ale w przeciwieństwie do więzień nie ma przepisów regulujących, ile metrów kwadratowych na głowę mają mieć „pacjenci”. Ośrodek przygotowany był na kilkanaście osób. Dziś jest ich 59, a „pojemność” – według rozporządzenia ministra zdrowia – to 60 osób. Ten limit minister ma całkiem znieść. Może sobie na to pozwolić, bo dyrektor Ośrodka i tak musi przyjąć każdego skierowanego przez sąd. Nie ma możliwości – jak dyrektor więzienia – kazać czekać w kolejce do odbycia kary z powodu braku miejsc.

„Pacjenci” są pod monitoringiem 24 godziny na dobę, wszędzie, gdzie przebywają. Także w toalecie i pod prysznicem. Kiedy poruszają się po terenie Ośrodka, krok w krok chodzi za nimi pracownik ochrony. Wygląda na to, że w Ośrodku stali się bardziej niebezpieczni, niż byli w więzieniu. Łamana jest tajemnica adwokacka, bo monitorowane są także pomieszczenia, gdzie rozmawiają z pełnomocnikami. Kontroluje się korespondencję – dyrekcja tłumaczy, że sprawdza się, czy nie zawiera narkotyków. Kontakt fizyczny podczas odwiedzin jest zakazany – „pacjenci” nie mogą więc nawet przytulić swojego dziecka. Nie można im podczas odwiedzin przekazać paczki. Dziecku jednego z pacjentów odebrano przywieziony dla ojca tort i baloniki.

Nie dostają przepustek – także ci, którzy korzystali z nich w więzieniu – bo zapomniano tej sprawy uregulować w ustawie. Nie mają nawet prawa pojechać pod konwojem na pogrzeb matki czy ojca – były takie przypadki. Nie mogą uczestniczyć w posiedzeniu sądu rozpatrującego wniosek o ich zwolnienie z Ośrodka – to też zapomniano uregulować (więźniowie mają takie prawo). Mają tylko godzinę spaceru dziennie. Po „drodze pożarowej” – więcej terenu dostępnego dla nich nie ma. Dlaczego tylko godzina? „Długość pobytu na świeżym powietrzu uzależniona jest od możliwości organizacyjnych związanych z harmonogramem zajęć pacjentów” – odpowiada na pokontrolne wystąpienie RPO dyrektor Ośrodka Ryszard Wardeński.

Z telefonu mogą korzystać – tak stanowi ustawa – tylko za zgodą dyrektora. W praktyce pozbawienie telefonu komórkowego stosowane jest jako kara, także zbiorowa. I limitowane.

Pozbawiani telefonów „pacjenci” prowadzili z tego powodu zbiorowe protesty głodowe. Dyrektor Wardeński, odpowiadając na wystąpienia RPO, tłumaczy: odbiera telefon, jeśli uzna, że kontaktowanie się „może spowodować wzrost zagrożenia niebezpiecznymi zachowaniami albo zakłócić prowadzone postępowanie terapeutyczne”. I przedstawia interpretację prawną wydaną przez prezesa Sądu Okręgowego w Płocku. Tyle że nie ma przepisu, który dawałby prezesowi sądu prawo do takich interpretacji.

Opinie bez znaczenia

Przytoczone na wstępie sformułowanie Pawła Moczydłowskiego o udawanej terapii nie jest prawdziwe – terapię w Ośrodku rzeczywiście się oferuje. Tyle że pacjenci nie chcą z niej korzystać, odkąd okazało się, że postępy w terapii i pozytywna opinia psychologa i psychiatry na wniosku dyrektora Ośrodka do sądu o zwolnienie są bez znaczenia. Sąd Okręgowy w Płocku, właściwy dla spraw Ośrodka, i tak odrzuca te wnioski. Powołuje własnych biegłych, którzy po półgodzinnej rozmowie z osadzonym wydają opinię negatywną. Do tej pory było pięć takich wniosków dyrektora Ośrodka – wszystkie odrzucone.

Sprawdziły się przewidywania krytyków ustawy: sąd boi się wziąć na siebie odpowiedzialność za zwolnienie. Sprawdziła się także inna obawa: że dyrektorzy więzień będą kierowali wnioski o umieszczenie w Ośrodku na wszelki wypadek, by nie być – w razie gdyby zwolniony z więzienia jednak znowu popełnił przestępstwo – obwiniani, że się do tego przyczynili. W uzasadnieniu do projektu ustawy oceniono, że w Ośrodku w ciągu 10 lat znajdzie się 18 osób – na tyle szacowano liczbę odbywających wtedy karę więźniów skrajnie niebezpiecznych. Ale gdy ustawa weszła w życie, zaczęli się mnożyć.

Ustawa zresztą szeroko zakreśla krąg osób, które mogą jej podlegać. Mają być skazane za przestępstwa przeciwko zdrowiu, życiu lub wolności seksualnej, odbyć przynajmniej kawałek kary w systemie terapeutycznym i mieć w trakcie odbywania kary zdiagnozowane zaburzenie osobowości lub upośledzenie umysłowe. A więc np. może to dotyczyć sprawcy wypadku drogowego, który leczył się w więzieniu z alkoholizmu. Takich w Gostyninie na razie nie ma, ale niedawno Sąd Najwyższy uznał, że pod ustawę można podciągnąć osoby, które popełniły drobniejsze przestępstwo, ale istnieje potencjalne niebezpieczeństwo, że popełnią poważniejsze. Chodziło o sprawę Pawła P., recydywisty skazywanego za drobne kradzieże i pobicia. Dyrektor Zakładu Karnego w Raciborzu przed końcem jego kolejnej kary skierował do sądu wniosek o uznanie go za osobę „stwarzającą zagrożenie” ze względu na jego niepoprawne zachowanie podczas odbywania kary. I to właśnie przewidywali krytycy ustawy: że może ona być dla dyrektorów więzień narzędziem do dyscyplinowania więźniów.

D., skazanego na 10 lat za gwałt, umieszczono w więziennym oddziale terapeutycznym niedługo przed końcem kary, co pozwoliło dyrektorowi więzienia złożyć wniosek o umieszczenie go w Ośrodku. Wyszedł jednak z więzienia, zanim wniosek został rozpatrzony. Przez rok żył na wolności, znalazł pracę, ożenił się ze szkolną sympatią, mają córkę. Po roku zapukała do niego policja z orzeczeniem o umieszczeniu w Ośrodku. Ten rok nienagannego życia nie miał znaczenia ani dla biegłych, ani dla sądu, przy ocenie, że stanowi potencjalnie duże niebezpieczeństwo. Nadal nie ma znaczenia: wniosek dyrektora Ośrodka o jego zwolnienie, poparty opiniami ośrodkowych psychologa i psychiatry, został odrzucony. Sąd w Płocku nawet go nie widział: nie ma przepisów zobowiązujących sąd do wysłuchania zainteresowanego przed podjęciem decyzji.

Sąd w Płocku odrzucił wniosek o zwolnienie 72-letniego mężczyzny – najstarszego osadzonego w Ośrodku. – Nie widzi na jedno oko, jest spokojny, funkcjonuje społecznie poprawnie, nie jest konfliktowy, nie przejawia agresji, żadnych zachowań seksualnych – tak opisał go dyrektor Ośrodka Ryszard Wardeński. Ale dla sądu i powołanych przez niego biegłych „prawdopodobieństwo”, że ten stary człowiek jest niebezpieczny, jest „duże”.

W Gostyninie jest też Z. 66-latek skazany za gwałty, dziś schorowany. Prawdopodobieństwo, że jego popęd seksualny będzie publicznym zagrożeniem, jest raczej umiarkowane. A jednak sąd uznał, że jest duże. Z. w więzieniu pisał opowiadania, poezje. Dostał kilkanaście nagród, także w otwartych konkursach. W Ośrodku nie pisze, bo ma co prawda dostęp do komputera (bez internetu), ale już nie do drukarki. Nie ma też zresztą poczucia sensu.

Skargi do Trybunału

„Pacjenci” Gostynina z pomocą Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka złożyli skargi do Trybunału Praw Człowieka. A RPO po raz kolejny pisze do ministrów zdrowia i sprawiedliwości: „Proszę o rozważenie powołania międzyresortowego zespołu celem opracowania szerokiej nowelizacji ustawy (...). Dotychczasowe funkcjonowanie Ośrodka, napięta atmosfera panująca pomiędzy pacjentami a pracownikami, mogą prowadzić do niepożądanych zdarzeń. Brak dostrzegalnej koncepcji co do wieloletnich bądź nawet dożywotnich pobytów pacjentów w tym podmiocie leczniczym wymaga szerokiej debaty ukierunkowanej na niezbędne zmiany”.

8 listopada Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie organizuje konferencję o problemach związanych z działaniem ustawy.

Polityka 43.2018 (3183) z dnia 23.10.2018; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Mrok nad kukułczym gniazdem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną