Społeczeństwo

Weinstein dostał 23 lata więzienia. Czy to zmieni świat?

Harvey Weinstein w drodze na rozprawę w sądzie na Manhattanie Harvey Weinstein w drodze na rozprawę w sądzie na Manhattanie Kristin Callahan / Zuma Press / Forum
Doprowadzenie do skazania i uwięzienia amerykańskiego producenta filmowego to owoc ogromnego wysiłku, wyrzeczeń i psychicznych kosztów poniesionych przez ponad setkę kobiet.

„To pierwszy taki wyrok skazujący, ale nie pierwsza taka przewina” – te słowa sędziego Jamesa Burke’a zapamiętamy na długo, może na zawsze. Burke skazał Harveya Weinsteina na 23 lata więzienia na podstawie decyzji wydanej przez ławę przysięgłych 24 lutego.

Przypomnijmy: zdaniem ławników Weinstein jest winny dwóch z siedmiu zarzucanych mu przestępstw, a mianowicie zmuszania do innej czynności seksualnej wobec producentki telewizyjnej Mimi Haley oraz gwałtu na aktorce Jessice Mann. Dostał karę odpowiednio 20 i trzech lat, znajdzie się też na liście przestępców seksualnych. Wyrok dotyczył czynów popełnionych w stanie Nowy Jork. W następnej kolejności Weinsteina czeka proces w Los Angeles.

Jeszcze niedawno zaskoczeniem było uznanie filmowego potentata za winnego. Bardzo długo sprawki Weinsteina wydawały się tajemnicą poliszynela dla wszystkich – poza wymiarem sprawiedliwości. Tak naprawdę zaskoczył też wyrok, dużo surowszy, niż zakładali obserwatorzy ze strony oskarżających. Zaskoczył nawet samego Weinsteina, który przyznał, że jest „zdezorientowany” („confused”) i „w tej sytuacji” ma „naprawdę wyrzuty sumienia”. „Myślę, że mężczyźni są tym wszystkim zdezorientowani” – dodał.

„Mojemu gwałtowi można było zapobiec”

Podczas rozprawy ofiary – Haley i Mann – opowiedziały, jak niszczący wpływ miało na nie doznanie seksualnej przemocy. „Mam głębokie rany psychiczne i emocjonalne. To, co mi zrobił, nie tylko odarło mnie z godności jako człowieka i kobietę, ale zniszczyło też moje zaufanie do samej siebie” – mówiła Mimi Haley. Dopiero proces, choć był bardzo trudny, pomógł jej przepracować traumę.

Jessica Mann z pasją zarzuciła obrońcom Weinsteina „przekłamywanie prawdy” („twisting the truth”). Wyznała, że marzy, „byśmy [my, kobiety] w przyszłości nie musiały się martwić o szkielety wyciągane z szafy”. Wyraziła też rozgoryczenie, że nikt nie podejmował dotąd działań przeciw Weinsteinowi, gdyż przemysł filmowy go chronił: miał go za kurę znoszącą złote jaja. „Mojemu gwałtowi można było zapobiec” – skwitowała.

Prawdziwy wpływ #MeToo

Prokurator okręgowy dla Manhattanu Cyrus Vance Jr jest przekonany, że ten surowy wyrok „wyśle mocny przekaz” do wszystkich „seksualnych drapieżców i zatrzyma ich przemoc we wszystkich kręgach społecznych”. Wyraził się z ogromnym uznaniem o ofiarach: „Harvey Weinstein uruchomił prawdziwą armię szpiegów, żeby je uciszyć. Ale nie dały się zastraszyć i zostały usłyszane. Obaliły drapieżnika, wtrąciły go za kratki i dały nadzieję wszystkim, którzy mają doświadczenia przemocy seksualnej”.

Adwokatka Weinsteina Donna Rotunno inaczej ocenia przemiany społeczne. Jak pamiętamy, w mowie końcowej zwróciła się do przysięgłych, by wydali wyrok zgodnie z przekonaniami: „Nie możecie pozwalać, żeby ktoś was zmuszał, abyście się zmienili”. W trakcie procesu opublikowała też felieton skierowany do ławników, apelując o „zdrowy rozsądek”. Już po werdykcie oświadczyła, że „sędzia skapitulował pod presją, podobnie jak przysięgli”.

Trwała zmiana czy tylko skandal?

Doprowadzenie do skazania i uwięzienia Weinsteina to owoc ogromnego wysiłku, wyrzeczeń i psychicznych kosztów poniesionych przez ponad setkę oskarżających go kobiet (oczywiście w największym stopniu przez te, które zdecydowały się świadczyć przeciw niemu w sądzie). Ten wysiłek się opłacił. Jak powiedziała Haley, „naprawdę dobrze będzie wiedzieć przez te wszystkie lata, gdzie on [Weinstein] dokładnie się znajduje”.

Problem w tym, że Weinstein nie działał w próżni. Prokurator Vance mówił o „armii szpiegów” – jest jasne, że większość z nich to siatka znajomych i totumfackich uzależnionych od magnata. Mann oskarżyła ludzi z najwyższych sfer przemysłu filmowego i nie tylko, którzy go chronili, żeby dla nich zarabiał. Jedni i drudzy z procesu wyszli suchą stopą, tak jakby Weinstein był ofiarą złożoną na ołtarzu, żeby ułagodzić wściekłe społeczeństwo, a wszystko pozostało „po staremu”.

Dla badaczy społecznych od dawna jasna jest taka właśnie rola skandalu: ma oczyścić atmosferę, usunąć z widoku kogoś, czyja wina w oczach społeczeństwa nie podlega wątpliwości, i załagodzić w ten sposób konflikt bez głębszych zmian całej struktury.

Z drugiej strony wypowiedzi Cyrusa Vance’a, podobnie jak sędziego Burke’a, wskazują, że chodzi raczej o trwałą zmianę postaw i nastawienia. A więc nie „zdezorientowanie”, jak chciałby Weinstein, ale „mocny przekaz” i ustawienie do pionu przemocowców i drapieżników. Jeśli Ameryka zdecyduje się obrać tę drogę, czeka ją długi marsz.

Sprawcy mają poczucie bezkarności

Szacuje się, że co roku w Stanach gwałconych jest ponad 100 tys. kobiet tylko w grupie wiekowej 18–24 lata (dane przytaczane m.in. w książce „Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim” Jona Krakauera), ale praktycznie nie zapadają wyroki skazujące, nawet jeśli ofiary zgłoszą gwałt na policji. Młodzi mężczyźni, zwłaszcza z bogatszych i wpływowych rodzin, mają poczucie bezkarności – tak samo jak ich ojcowie. Wymiar sprawiedliwości rzadko dotychczas stawał po stronie kobiet, sędziowie znacznie częściej „nie chcieli łamać życia” obiecującym chłopakom, jak w słynnym przypadku pływaka Brocka Turnera. Ci sami sędziowie nie zauważali dotąd, że gwałt łamie życie młodym kobietom, a sprawiedliwy proces oznacza dla nich, że społeczeństwo stoi po ich stronie, co pomaga w „przeprocesowaniu” traumy, jak to ujęła Mimi Haley.

Czy więc Weinstein to tylko ofiara na ołtarzu społecznego spokoju czy początek poważnego trendu – dopiero zobaczymy. Jedno jest już pewne. To, co jeszcze całkiem niedawno wydawało się zupełnie niemożliwe, przynajmniej raz stało się faktem, a wyrok skazujący i surowy wymiar kary wyznaczają trudny do obejścia precedens.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną