Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Pikieta nauczycieli przed zamkniętą bramą MEiN. Czarnek ma nas w nosie

Protest przed siedzibą Ministerstwa Edukacji i Nauki, 15 października 2022 r. Protest przed siedzibą Ministerstwa Edukacji i Nauki, 15 października 2022 r. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
W czasie sobotniej pikiety ludzi oświaty usłyszeliśmy, że szkoła przestała być miejscem rozwoju, a stała się areną przetrwania. W tej branży nie ma mowy o godności. Ale Przemysław Czarnek ma to w nosie. Zamknął budynek ministerstwa i nie pozwolił nikomu wejść.

To nie była łatwa decyzja, aby wziąć udział w sobotniej pikiecie ZNP przed budynkiem MEiN w Warszawie. Jedni nauczyciele musieli odwołać korepetycje, inni znaleźć zastępstwo na zajęciach, które prowadzą w weekendy, a najstarsi martwili się, że nie wytrzymają dwugodzinnego stania w tłumie. „Muszę gdzieś usiąść, inaczej nie wytrzymam” – mówili.

W autokarze, który wyruszył o 8 rano z centrum Łodzi, mieliśmy jeszcze inne zmartwienie. Koniecznie trzeba będzie zrobić siku jak najbliżej Warszawy, bo potem może być z tym duży problem. Rzeczywiście w miejscu pikiety nie postawiono przenośnych ubikacji, więc starsze nauczycielki poważnie się wystraszyły. Jedyne miejsce, gdzie można by załatwić taką potrzebę, znajduje się w ministerstwie, ale drzwi okazały się zamknięte. W budynku wprawdzie byli ludzie, ochroniarze, jednak Czarnek zabronił wpuszczać nauczycieli. Nawet gdyby chcieli tylko skorzystać z toalety.

Sprawy do ministra Czarnka

Kilka osób podjęło decyzję, że nie będzie pić wody, nawet łyka. Więc może uda się wytrzymać. Byle tylko punktualne się zaczęło i o czasie skończyło. Chyba nie grozi nam odwodnienie, jeśli przez dwie godziny nie będziemy przyjmować żadnych płynów? Pogoda bardzo nam sprzyjała. Nie było ani zimno, ani ciepło, temperatura w sam raz, aby nie pić wody. Może wytrzymamy. Ktoś rzucił niemiłe słowo pod adresem Czarnka. Mógłby minister pokazać ludzką twarz i pozwolić chociaż najstarszym z nas na skorzystanie z ubikacji. „Przecież ja jestem babcią” – krzyknęła koleżanka.

Grono pikietujących było bardzo mieszane. Zebrali się tutaj zarówno nauczyciele szkół i przedszkoli, jak i wykładowcy uczelni, gdyż Czarnek jest nie tylko ministrem edukacji, ale także nauki. Byli wśród nas również pracownicy niepedagogiczni. Ludzie patrzyli jedni na drugich podejrzliwie. Mnie też ogarnęło dziwne pragnienie gapienia się na starszego pana, gdyż nie wyglądał na człowieka, który może mieć jakąś sprawę do ministra edukacji. Za stary jest. Taki piękny dzień, w sam raz, żeby się wybrać z wnukiem na spacer, a ten oto senior z laseczką postanowił wziąć udział w proteście pracowników oświaty. Po co? Pan okazał się emerytowanym nauczycielem. Emerytowanym, ale wciąż pracującym w szkole. Pobiera emeryturę i pracuje prawie na cały etat. Nie chciał, ale błagali, żeby się zgodził. Nie ma chętnych do pracy. Na szczęście jest zdrowy, tak zdrowy, że nie martwi się o toaletę. Wytrzyma.

Punktualnie o godz. 13 prezes ZNP Sławomir Broniarz powitał zgromadzonych i oznajmił, że zebraliśmy się tutaj, aby wysłuchać wniosków, jakie wypracowano podczas tygodnia debat. Od 8 do 14 października 120 m stąd działało Miasteczko Edukacyjne, w którym dyskutowano na najważniejsze dla edukacji tematy. Wypracowano kilkadziesiąt rekomendacji, które są głosem środowiska. Wskazują rządowi, jakie zmiany należy wprowadzić. Ponieważ ani sam minister, ani nikt z MEiN nie pofatygował się do debatujących, mimo że było tak blisko, debatujący przyszli do ministerstwa, aby publicznie odczytać wnioski z nieomal dwudziestu debat i paneli dyskusyjnych. Najpierw poznamy je my, potem zostaną zaniesione do Sejmu, przekazane premierowi, posłom i posłankom. Oczywiście jeden egzemplarz zostawimy też dla Czarnka, żeby nie czuł się pominięty.

Wypalenie i praca bez nadziei

Okazało się, że powstrzymywanie się od picia wody nie pomogło i kilka koleżanek poszło szukać toalety. Gdy po pikiecie pytano mnie, ile osób w niej uczestniczyło, wyjaśniałem, że dużo więcej, niż się mogło wydawać. Uczestniczono bowiem rotacyjnie. Gdy jedni stali i słuchali wniosków z debat, inni musieli posłuchać głosu swojego organizmu. Im starsze jest grono protestujących, a tutaj średnia wieku była bardzo wysoka, tym mniejsze szanse, że się wystoi całą pikietę. Przede mną machały sztandarami związkowymi wykładowczynie jakiejś uczelni, jak usłyszałem, wszystkie po habilitacji. W pewnym momencie spojrzały na siebie znacząco i w komplecie opuściły pikietę. Po 20 minutach były już z powrotem w znacznie lepszym nastroju. Jeśli więc doliczono się 2 tys. uczestników pikiety, to tak naprawdę było nas co najmniej dwukrotnie więcej. Ciekawe, gdzie owe panie znalazły toaletę?

Po prezesie ZNP głos zabrali młodzi nauczyciele. Jeden podziękował swoim rodzicom za to, że pomagają mu finansowo. Utrzymują go po prostu, gdyż 35-letniego nauczyciela z dziesięcioletnim stażem ktoś musi utrzymywać. Jak nie rodzic, to partner, który zarabia normalne pieniądze, ponieważ nie pracuje w szkole. Drugi nauczyciel powiedział, że pracuje na dwa etaty, więc jakoś sobie radzi, choć rata kredytu nieomal się podwoiła. Obaj mówili o wypaleniu zawodowym. Krótko można usiąść nawet na jeżu, ale gdy długo pracuje się bez nadziei na wyższą pensję albo zaharowuje się na kilka etatów, zapada się na choroby: depresję i wypalenie zawodowe. Praca w oświacie stała się drogą donikąd.

Usłyszeliśmy, że szkoła przestała być miejscem rozwoju zawodowego, a stała się areną przetrwania. W tej branży nie ma mowy o godności („Kocham swoją pracę, nienawidzę swojego wynagrodzenia”), dlatego – przypomniała jedna z przemawiających – nauczyciele muszą nauczyć się odmawiać dyrektorom. 40-godzinny tydzień pracy to nie jest worek bez dna, do którego pracodawca może wrzucać każde zadanie. Ponieważ pracujemy w kilku szkołach, bardzo musimy się liczyć z czasem. Nie tylko szkoła nie jest atrakcyjnym miejscem pracy, ale także uczelnia nie ma do zaproponowania godziwych zarobków. Wynagrodzenie dla młodego uczonego na poziomie najniższej krajowej to hańba.

Wnioski ze szkoły trafią do Sejmu

Głos zabrali politycy. Krystyna Szumilas pochwaliła Miasteczko za to, że sprawy niskich wynagrodzeń nie były jedynym tematem debat. Zajmowano się też wieloma innymi sprawami, m.in. depresją wśród dzieci. Wypracowane wnioski przypominają rządzącym o powinnościach. Dlatego trzeba je im zanieść, wręcz zmusić, aby się z nimi zapoznali. Spis tych powinności należy rozpowszechnić, aby wszyscy politycy wiedzieli, jakie społeczeństwo ma wobec nich oczekiwania.

Jeszcze dzisiaj – powiedziała była minister edukacji – zaniosę rekomendacje do Sejmu. Natomiast Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka lewicy, powiedziała, że nie będzie ukrywać, jaki jest program jej obozu politycznego. Nie ma różnicy między nauczycielami, dlatego wszyscy powinni być zatrudnieni na tych samych warunkach, czyli na podstawie Karty nauczyciela. Jeśli szkoła otrzymuje pieniądze na ucznia z budżetu państwa, musi zatrudniać nauczycieli na podstawie Karty. Taki jest cel lewicy.

Na koniec głos zabrała nauczycielka z Ukrainy i zaczęła dziękować za pomoc okazaną ukraińskim dzieciom. Mówiła pięknie, ale było już trzy minuty po 13. Te trzy minuty zaczęły robić różnicę starszym uczestnikom pikiety, a takich było bardzo wielu, więc ludzie zaczęli przestępować z nogi na nogę i dawać znaki, że trzeba kończyć. Sławomir Broniarz musiał zauważyć, co się dzieje, gdyż podziękował uczestnikom w paru żołnierskich słowach i kazał się rozejść.

Czarnek zamknął ministerstwo

Zauważyłem, że prezes ZNP był ubrany w wojskową kurtkę M65. Znaną z wojny w Wietnamie albo filmów z udziałem Roberta de Niro, Sylwestra Stallone′a czy Ala Pacino. Nie zastanawiałem się, co ta symbolika może oznaczać w relacjach związkowców z ministrem Czarnkiem, gdyż cała moja grupa ruszyła pędem do autokaru. Jak tylko dobiegliśmy, kazaliśmy kierowcy zawieźć nas do miejsca, gdzie jest toaleta. Szybko, bo sprawa jest bardzo poważna. Kwadrans później byliśmy w znacznie lepszych humorach. Tak, to było wielkie wyzwanie przyjechać do Warszawy w sobotę i stać przed budynkiem MEiN ponad dwie godziny. Niby to nie jest długo, ale jak się ma tyle lat co każdy z nas, jest to wielkie wyzwanie. Niektóre osoby czuły się, jakby przebiegły maraton. Całą niedzielę przeleżymy w domu, żeby się zregenerować i móc w poniedziałek iść do pracy.

W drodze powrotnej zadzwonił kolega emeryt, ale wciąż zatrudniony. Przepraszał, że nie pojechał z nami. Był do tej pory na każdej manifestacji, jednak w tym roku się bał, że nie da rady. Miał rację, że się obawiał. Czarnek zamknął budynek ministerstwa i nie pozwolił nikomu wejść. Miał w nosie, że tak się będziemy męczyli. Niektórym osobom było naprawdę ciężko. Młodzi tego nie rozumieją, ale młodych nauczycieli prawie nie ma. A my, starzy, powinniśmy o wszystkim mówić otwarcie. Nie mamy się czego wstydzić. To PiS powinien się wstydzić.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną