Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Poloniści zarobią więcej niż wuefiści? Plan Czarnka oznacza zagładę szkół

Minister edukacji Przemysław Czarnek Minister edukacji Przemysław Czarnek PiS / Flickr
Wyższe wynagrodzenia nauczycieli i nauczycielek, których MEiN uzna za godnych, wezmą się nie z budżetu państwa, lecz z kieszeni tych osób, które zostaną uznane za pedagogów drugiej kategorii. Ale szkoła to nie wojsko, żeby dzielić nauczycieli na elitarne lotnictwo i szarą piechotę.

Przemysław Czarnek ujawnił, jak zmieni się oświata, gdy PiS wygra jesienne wybory. Przede wszystkim skończy się jednakowa płaca dla polonistów i wuefistów, dla pracujących w mieście i na wsi. Wynagrodzenie będzie uzależnione od liczby uczniów i uczennic w zespole. Nie może być tak – ogłosił minister – aby „nauczyciel w Kielcach w liceum mający w klasie maturalnej pod opieką 30 uczniów zarabiał tyle samo albo mniej co nauczyciel, z całym szacunkiem, wychowania fizycznego, w wiosce, gdzie w klasie jest pięcioro dzieci”.

Nauczyciele będą więcej zarabiać, ale pod warunkiem, że podwyżki sfinansują sobie sami. Odbierze się jednym pracownikom i da innym. Polonistka zarobi więcej, gdy wuefistka otrzyma mniej. Wyższe pensje czekają też na nauczycielki pracujące w dużych miastach, gdzie klasy są liczne. Natomiast nauczycielkom pracującym na wsi da się odpowiednio mniejsze pieniądze. To rewolucja w wynagrodzeniach, gdyż obecnie przedmiot i liczebność klas nie wpływają na wysokość zarobków. Liczy się coś innego.

Czytaj też: Zemsta za lex Czarnek

Nauczyciele. PiS spłaszcza pensje

Od ponad 20 lat obowiązuje system, który w założeniu miał premiować mistrzostwo w zawodzie oraz doświadczenie. Nauczyciel dyplomowany (najwyższy stopień awansu) miał zarabiać najwięcej. Zwykle też najdłużej w szkole pracował, więc otrzymywał dodatek stażowy (maksymalnie 20 proc.). Znacznie mniej zarabiałby nauczyciel mianowany, a najmniej nauczyciel kontraktowy i stażysta. Gdy PiS doszedł do władzy, zaczął spłaszczać wynagrodzenia, aby różnice między stopniami awansu były coraz mniejsze. Dzisiaj mamy już tylko trzy stopnie: nauczyciel początkujący, mianowany i dyplomowany. Różnice między nimi są znikome.

MEiN ogłosił, że od 1 stycznia 2023 r. podstawowe wynagrodzenie nauczyciela mianowanego, czyli mistrza i mistrzyni w zawodzie, będzie tylko o 200 zł brutto wyższe od zarobków nauczyciela początkującego. Zarobki nieomal wszystkich belfrów są na poziomie najniższej krajowej: mianowany 3890 zł brutto, początkujący 3690 zł brutto (to stawki po podwyżce, na której realizację wciąż czekamy).

PiS robi wszystko, aby sami nauczyciele uznali, że system wynagradzania jest do dupy, dlatego trzeba go zmienić. Wcale to jednak nie oznacza, że zmiana poprawi nasze dochody. Z zapowiedzi Czarnka wynika, że raczej się pogorszy. Wyższe wynagrodzenia nauczycieli i nauczycielek, których MEiN uzna za godnych, wezmą się nie z budżetu państwa, lecz z kieszeni tych osób, które zostaną uznane za pedagogów drugiej kategorii.

Czytaj też: Nauczyciele przed zamkniętą bramą MEiN. Czarnek ma nas w nosie

Czarnek piętnuje wuefistów. Co z katechetami?

Jeśli Czarnek chciał znaleźć nauczycieli, którzy uczą w najmniejszych zespołach, nie musiał sięgać po wiejskich wuefistów. Najmniej liczne grupy przypadają w udziale katechetom i katechetkom. W mojej szkole pięć osób na lekcji religii to bardzo dużo. W klasie, której jestem wychowawcą, deklarację uczestniczenia w lekcjach religii podtrzymało jedynie troje uczniów. Nawet gdy jest to tylko jedno dziecko, a są takie klasy, wynagrodzenie osoby prowadzącej katechezę nie ulega zmianie. Nie musi więc Czarnek tykać wiejskich wuefistów, aby pokazać społeczeństwu, że nauczyciele rzekomo biorą pieniądze za nic.

Nie uważam jednak – wbrew temu, co sądzi minister – że nauczanie małych grup oznacza mniej pracy. Wykonywanie tego zawodu nie polega tylko na prowadzeniu lekcji. Dyrekcja ma prawo obciążyć każdego nauczyciela i każdą nauczycielkę dodatkowymi zadaniami, aby każdy miał co robić w czasie 40-godzinnego tygodnia pracy. Oznacza to, że polonista i polonistka dostają tych dodatkowych zadań najmniej (gdyż specyfika przedmiotu jest najbardziej obciążająca), natomiast osoby uczące etyki czy religii, a także prowadzące zajęcia wychowania fizycznego mogą być angażowane do pracy pozalekcyjnej bardziej. Dyrekcja najlepiej wie, kogo należy obciążyć. Doprawdy minister nie musi ingerować w kompetencje dyrektorów i dyrektorek.

Poza tym jednoprzedmiotowcy przechodzą w edukacji do historii. Szczególnie w szkołach wiejskich nauczyciele i nauczycielki uczą wielu przedmiotów. Wuefistów jako takich po prostu nie ma. Ja sam, mimo że pracuję w dużym mieście, uczę trzech przedmiotów, a niewiele mi brakuje, abym miał prawo uczyć pięciu. Jeśli zajdzie potrzeba, będę pięcioprzedmiotowcem. Minister przeoczył, iż wieloprzedmiotowość staje się normą w tym zawodzie. Nieomal każda osoba w gronie pedagogicznym mojego liceum ma prawo do nauczania więcej niż jednego przedmiotu. Jedna z koleżanek wuefistek może np. uczyć geografii, informatyczka – języka angielskiego, a biolog jest też specjalistą od edukacji dla bezpieczeństwa. O wielu dodatkowych kwalifikacjach dowiaduję się przez przypadek, jak choćby o tym, że nasz geograf gdzie indziej uczy etyki.

Gdyby Czarnek chciał płacić wuefistom mniej (że niby uczą gorszego przedmiotu), natychmiast przestaliby być wuefistami, a zaczęliby uczyć czegoś innego, np. geografii. Nagle w kraju zabrakłoby nauczycieli wychowania fizycznego. Gdyby zaś minister nakazał mniej płacić w szkołach, gdzie jest za mało uczniów, nauczyciele i nauczycielki omijaliby takie szkoły szerokim łukiem. PiS doprowadziłby więc do tego, że nie tylko uczniów i uczennic byłoby w placówkach wiejskich za mało, ale też nauczycieli. Plan Czarnka oznacza likwidację szkół, do których nie walą tłumy. Zostałyby tylko edukacyjne molochy.

Czytaj też: MEiN, czyli nowy prywatny fundusz dla Kościoła

Klasy będą przeładowane

Najmniejsza klasa, w której uczyłem, liczyła cztery osoby (w gimnazjum, inna klasa miała tylko siedem osób), największa – 40 (w liceum, przez kilka tygodni były w niej nawet 42 osoby, kolejne klasy miały po 36–38). Jako zawodowiec tak sobie rozłożyłem pracę, aby nie zbijać bąków w małym zespole ani też nie zatyrać się w przeładowanej klasie. Wielkie ambicje realizowałem w małej grupie, natomiast w dużej wszyscy realizowaliśmy tylko minimum. Rodzice zwracali uwagę, jak wiele dzieci tracą, gdy uczą się w tłumie. Traciłem też ja jako nauczyciel i wychowawca. Rozumieliśmy jednak, że inaczej się nie da, gdyż człowiek nie jest maszyną. Natomiast rodzice dzieci, które uczyły się w klasach cztero- i siedmioosobowej, byli zachwyceni, ile można osiągnąć.

Czarnek chce jedną z tych skrajności (małe klasy) de facto zlikwidować, a drugą skrajność (klasy przeładowane) uczynić normą. Jak sądzi, nauczyciele tak bardzo czekają na podwyżki wynagrodzeń, że zgodzą się na każde warunki, byle zarabiać więcej. Minister jest pewien, że hasło, iż wuefista uczący pięć osób nie może zarabiać tyle co nauczyciel 30-osobej klasy, trafi do serc pedagogów. Są to serca tak sponiewierane głodowymi zarobkami, że obojętne im będzie – uważa pisowski minister – jak bardzo nowa polityka wynagradzania nauczycieli zaszkodzi dzieciom.

To oczywiste, że wuefiści i wuefistki nie zadają i nie sprawdzają prac pisemnych, jak choćby nauczyciele i nauczycielki języka polskiego. Wykonują jednak inną pracę, która wcale nie jest mniej ważna. W moim liceum do prowadzenia wychowania fizycznego zatrudnia się ludzi o nieprzeciętnej osobowości i wyjątkowych talentach pedagogicznych. Gdy jeżdżę z klasą na wycieczki, realizuję jakieś projekty albo po prostu mam jakiś problem wychowawczy, robię wszystko, aby mieć w zespole kolegę czy koleżankę z tzw. resortu sportowego. Sprawy wtedy idą znacznie lepiej. Liceum wiele zawdzięcza tym ludziom, są filarami społeczności szkolnej. Wstydziłbym się, gdyby trenerzy i trenerki – jak ich często nazywa młodzież – zarabiali mniej, bo ministrowi się ubzdurało, że reprezentują gorszy przedmiot.

Szkoła to nie wojsko

Praca kiepskiego wuefisty jest warta tyle samo co praca kiepskiego polonisty. Gdy nauczycielka odwala swoją robotę, bo nie zależy jej na wynikach dzieci, przedmiot, którego uczy, nie ma znaczenia. Zaś wysiłek mistrza wychowania fizycznego jest równie cenny co trud wybitnego polonisty. Gdy nauczycielce zależy na wynikach dzieci i robi wszystko, aby odniosły sukces, nie ma znaczenia, czy chodzi tu o sukces sportowy, czy o doskonale wypełniony arkusz egzaminacyjny z języka polskiego. Jako pracownicy tworzymy zespół, wszyscy też jesteśmy wychowawcami, trudzimy się w sposób typowy dla swojego przedmiotu, inaczej, lecz wcale nie mniej.

Pomysł, aby różnicować nauczycieli ze względu na nauczany przedmiot oraz liczebność klas, uderza w społeczność szkolną, niszczy poczucie przynależności do grupy, zatraca ducha szkoły. To nie wojsko, żeby dzielić nauczycieli na elitarne lotnictwo i szarą piechotę. Czarnek chce nas poróżnić, abyśmy zajęli się wewnętrznymi sporami i nie domagali się kolejnych podwyżek. Gorszego programu dla oświaty PiS nie mógł już chyba wymyślić.

Czytaj też: Degradacja szkół w dawnych miastach wojewódzkich

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną