Przełom bez radości. Ustawy aborcyjne przyjęte przez Sejm. Aktywistki zapowiadają protesty
Sejm ponownie zajął się prawem do przerywania ciąży – dwa dni przed szóstą rocznicą wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej i protestami pod hasłem „Czerwona kartka za aborcję”.
Pierwsza ustawa, wspólny projekt posłów Lewicy i Koalicji Obywatelskiej, dotyczyła zniesienia kar za pomoc w aborcji, czyli np. za opłacenie lub przekazanie kobiecie w niechcianej ciąży tabletek do aborcji farmakologicznej. Ta ustawa wprowadza jedynie częściową dekryminalizację, nie znosi kar dla lekarzy za wykonanie aborcji z przyczyn pozaustawowych. 217 posłów poparło projekt, 213 było przeciw. Języczkiem u wagi było oczywiście to, jak rozłożą się głosy w PSL. I tym razem klub podzielił się niemal pół na pół.
Druga przyjęta dziś przez Sejm ustawa przywraca trzecią przesłankę do aborcji w przypadku ciężkiej wady płodu, czyli wracamy do prawa z 1993 r. Kasuje to jednocześnie wyrok pseudo-Trybunału za rządów Zjednoczonej Prawicy. 233 posłów opowiedziało się za, 203 przeciw.
Obie ustawy prawdopodobnie zawetuje prezydent Karol Nawrocki.
Prawica broni dzieci
Wyniki głosowania są zaskoczeniem. Projekty dwa lata przeleżały zamrożone. Wreszcie 8 października zebrała się komisja nadzwyczajna „w opcji atomowej”, jak to określali przed kamerami koalicyjni politycy. Po dwóch latach milczenia do dalszego procedowania została wypuszczona ustawa dekryminalizująca aborcję i druga, przywracająca ograniczenia sprzed orzeczenia TK Przyłębskiej.
Wtorkowa debata w Sejmie nie napawała nadzieją. Sala prawie pusta. Prawicowi posłowie pokrzykiwali albo żartowali podczas wystąpień polityków koalicji rządowej. Bo to przecież takie śmieszne: kobiety umierające w szpitalu, bo nie przeprowadzono zabiegu terminacji ciąży. Być może słuchały tego rodziny Izabeli z Pszczyny, Doroty z Bochni, Anny, Agnieszki, Justyny. „Brońmy dzieci, niech się rodzą!” – słyszeliśmy z mównicy sejmowej. „Oszukujecie osamotnione kobiety, mamiąc je wizją łatwiejszego życia, a na końcu porzucacie je z rozpaczą, z poczuciem winy, z tęsknotą, z którą nie umieją sobie poradzić aż do końca życia” – powiedziała Karina Bosak. Był papież, były odwołania do Kościoła, pouczanie, że nie trzeba przecież terminować, można oddać do adopcji, kobiety należy otoczyć troską, bo to najstraszniejsza sytuacja w życiu, demografia kuleje, chrońmy rodziny.
„Rządzącym strach zajrzał w oczy – zapowiedź protestów, które wygwiżdżą rząd niedotrzymujący obietnic, to realna perspektywa odsunięcia od władzy, koryta, blichtru, fejmu i brylowania w mediach. To nie jest strach przed kolejnymi śmierciami w szpitalach. To strach przed lądowaniem w ławach opozycyjnych” – ogłosiły szybko przedstawicielki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, który 22 października organizuje manifestacje w całej Polsce.
Zapowiedziały: „Nie o ten depenalizacyjny ochłap nam chodziło, a tym bardziej o powrót do zakazu z 1993 roku. Chodziło nam o legalną aborcję do 12. tygodnia. To nam obiecaliście. I to powinien dostać na biurko prezydent. Bo tylko koalicjanci, którzy potrafią się dogadać i utrzymać dyscyplinę podczas głosowań w sprawach ważnych dla ponad połowy społeczeństwa, zasługują na głos podczas wyborów. (...) Mamy okrojoną dekryminalizację, idziemy po legalną aborcję”.
Przedwyborcza kalkulacja
Ustawy przyjęte przez Sejm, jak przekonują aktywistki na co dzień wspierające Polki w trudnych ciążach, nie zmienią wiele, nie dadzą wytchnienia oddolnemu ruchowi aborcyjnej samopomocy, który przez te wszystkie lata wypracował skuteczny tryb działania. Dopóki dekryminalizacja nie obejmie lekarzy, nawet przy powrocie do ustawowych przesłanek do aborcji, działa efekt mrożący.
Kobiety w Polsce wiele razy słyszały, że nie będzie już więcej ideologicznej ginekologii, zasłaniającej się klauzulami sumienia czy strachem przed prokuratorem i konsekwencjami. Nic się jednak nie zmieniło w tej sprawie. Z badaniami pokazującymi wady płodu nie idzie się w pierwszej kolejności do lekarza, ale dzwoni do Federy czy Aborcyjnego Dream Teamu. To te dwie grupy dzielą się know-how: jak sobie poradzić, gdzie wyjechać, skąd zamówić tabletki. Ostatnio raportują o finansowym kryzysie, kończą im się pieniądze.
Jak wygląda realna sytuacja Polek w kwestii aborcji, opowiadała niedawno w rozmowie z „Polityką” ordynatorka oddziału ginekologii operacyjnej szpitala w Prenzlau. „Dzwoni do mnie kilka, a czasem kilkanaście kobiet w miesiącu. A to już prawo statystyki, że co któraś z nich trafia do mnie w stanie zagrożenia życia. Bo uszkodzony płód to nie tylko obciążenie dla całego organizmu kobiety – jej wątroby, nerek, już nie wspomnę o psychice – to ryzyko powikłań, które mogą się skończyć śmiercią. Tuż przed naszą rozmową dzwoniła kolejna taka pacjentka, z Torunia, że jedzie do mnie. Mam nadzieję, że nie dotrze za późno”.
Tylko że przed wyrokiem z 2020 r. Polki też musiały uprawiać aborcyjną turystykę, bo słyszały od lekarzy, że oni „takich rzeczy nie robią”. Ze złości na takiego rodzaju asekuranctwo, brak szacunku i powagi kobiety dziesięć lat temu zaczęły wychodzić na ulice. Dziś zachodząc w ciążę, trzeba się liczyć z podróżą za granicę, żeby mieć szansę na szczęśliwe macierzyństwo w przyszłości. Albo w ogóle przeżycie.