To już mała epidemia. Jeszcze nie przełknęliśmy wieści o rozstaniu Igi Świątek z Wimem Fissettem, a tu kolejna bomba. Hubert Hurkacz żegna się z Nicolasem Massu. Chilijczyk, sam niegdyś doskonały tenisista, nie dokonał tego, co wspólnie planowali – powrotu co najmniej do pierwszej dziesiątki ATP. W tym dziele miała ich wspomagać jedna z najważniejszych postaci w historii tenisa, czyli Ivan Lendl.
Hurkacz chciał więcej
Plany wzięły w łeb. Najpierw z powodu zdrowia zawodnika, a w ostatnich miesiącach – z powodu kompletnego braku osiągnięć. Zamiast szybkiego marszu w górę Polak jest teraz na trochę zawstydzającym 75. miejscu rankingu ATP. To przepaść w porównaniu z szóstą pozycją w najlepszym dla niego czasie.
Na razie ukazał się tylko komunikat tenisisty w jego social mediach z podziękowaniami za współpracę. Nie znamy więc powodu rozstania i nie wiemy, czyja to była inicjatywa (może wspólna?). Prawdopodobne jest nawet to, że zadecydowały kwestie finansowe.
Tak czy owak, dowiedzieliśmy się właśnie o końcu współpracy po kilkunastu miesiącach od jej nawiązania. Przypomnieć warto, że wcześniej Craig Boynton siadał w boksie Polaka ponad pięć lat. Można powiedzieć, że wspólnie przeszli drogę prawie na szczyt. To „prawie” ma znaczenie, bo Hurkacz chciał jeszcze więcej i dlatego zdecydował się na rozstanie z człowiekiem, który był dla niego niemal drugim ojcem.
Boynton, spokojny, sprawiający wrażenie flegmatyka, został zastąpiony przez żywiołowego Massu, mistrza olimpijskiego z Aten i trenera z osiągnięciami. Przez lata pomagał przecież Dominikowi Thiemowi. Z Hurkaczem nie wyszło.
Czytaj też: Falowanie Igi Świątek. To był słodko-gorzki sezon. W maszynerii coś się zacięło
Klątwa Miami Open
Hurkacz nie Świątek, nie skupiał na sobie tak wielkiej uwagi, ale komunikaty z kolejnych turniejów były cały czas dołujące. Chociaż sam początek roku był świetny. W australijskim United Cup pokazał się ze świetnej strony. Poradził sobie z Aleksandrem Zverevem i stoczył niesłychanie zacięty pojedynek z Taylorem Fritzem. Do tego oglądaliśmy Polaka, który nie opierał swojej gry wyłącznie na serwisie. Nie bał się wymian, skutecznie returnował. Wyglądało na to, że wreszcie zdrowy Hubi podbije światowe korty.
Tak się nie stało. Po serii komunikatów o szybkim zakończeniu występów w kolejnych zawodach czara goryczy, podobnie jak w przypadku Igi Świątek, przelała się w Miami. W tym samym Miami, w którym Hurkacz pięć lat temu podnosił puchar po finałowym zwycięstwie nad bardzo młodym Jannikiem Sinnerem. Teraz od razu w pierwszej rundzie okazał się słabszy od Ethana Quinna, siódmy raz z rzędu nie przebrnął nawet początkowego meczu.
Zamiast zacierać ręce na myśl o wielkich bojach z Alcarazem, Sinnerem i innymi wielkimi współczesnego tenisa, musimy przełykać gorycz porażek z każdym kolejnym wylosowanym rywalem. Można sobie wyobrazić, jak frustrujące to jest dla sportowca, o którym do niedawna mówiło się, że może sięgnąć po najważniejsze tytuły w rozgrywkach. Dziś Hubert Hurkacz ma 29 lat i na pewno nie porzucił marzeń o wielkich zwycięstwach, ale czasu ma coraz mniej. Nie każdy jest długowieczny jak Novak Djoković. Choć z drugiej strony wiemy, że Polak wszystko w swoim życiu podporządkował tenisowi i na pewno wierzy, że taka postawa pozwoli mu wrócić do ścisłej czołówki.