"Absurdalne wyobrażenie"
Czy rozszerzenie NATO na wschód odbyło się – jak twierdził prezydent Miedwiediew - wbrew obietnicom, złożonym w 1990 r. podczas rokowań dotyczących zjednoczenia Niemiec? Dokumenty z archiwów zachodnich potwierdzają rosyjskie podejrzenia.

Nikt w Rosji nie może przed milionową publicznością dawać upustu swej wściekłości na rozszerzanie NATO na wschód z większym animuszem niż Wiktor Baraniec. Ta komentatorska gwiazda bulwarówki „Komsomolskaja prawda” chętnie pomstuje na „zdradziecki i awanturniczy” sojusz wojskowy Zachodu. Uważa, że Rosja musi w końcu przestać traktować NATO jako partnera.

Dlaczego myśleć o wspólnych manewrach, skoro zostaliśmy oszukani? NATO „ze swymi armatami przebiło się aż do granic naszego państwa”, pisze pułkownik w stanie spoczynku, który za rządów Borysa Jelcyna był rzecznikiem ministra obrony. I to wbrew wszystkim obietnicom złożonym w czasie procesu jednoczenia Niemiec.

W Moskwie, na wskroś przez wszystkie polityczne obozy, od nacjonalistycznych patriotów przez komunistów po partię Putina „Jedna Rosja”, panuje polityczna zgodność co do tego, że Zachód złamał dane słowo i wykorzystał okres słabości Rosji.

Gdy prezydent Dmitrij Miedwiediew na początku listopada przyjmował delegację SPIEGLA w swej rezydencji na przedmieściach Moskwy, skarżył się, że po upadku muru nie udało się „na nowo zdefiniować miejsca Rosji w Europie“. Co Rosja otrzymała? „Nic z tego, co nam zapewniono: że NATO nie będzie bez przerwy rozszerzane na wschód i że nasze interesy zawsze będą respektowane”.

Wokół pytania, co faktycznie w 1990 r. obiecano Moskwie, toczy się spór historyków z daleko idącymi konsekwencjami dla przyszłego stosunku Rosji do Zachodu. Ale jak było naprawdę?

Wersje aktorów tamtych wydarzeń można znaleźć we wszystkich obozach. Oczywiście, że złożono przyrzeczenie, iż NATO „ani o łokieć nie zostanie rozszerzone w kierunku wschodnim”, mówi dziś w Moskwie Michaił Gorbaczow, ówczesna głowa państwa ZSRR. Jego były minister spraw zagranicznych Eduard Szewardnadze w gruzińskim Tbilisi natomiast opowiada, że nic takiego od Zachodu nie otrzymali. Już rozwiązanie Układu Warszawskiego, wschodniego sojuszu militarnego, „przekraczało nasze wyobrażenia”.

James Baker, amerykański kolega Szewardnadzego z 1990 r., już od lat kwestionuje istnienie takiego porozumienia. Ówczesny ambasador USA w Moskwie Jack Matlock natomiast mówi, że Moskwa otrzymała „jednoznaczne przyrzeczenie”. Hans-Dietrich Genscher znowu, w 1990 r. szef ministerstwa spraw zagranicznych z Bonn, dokładnie temu zaprzecza.

SPIEGEL rozmawiał z wieloma uczestnikami tamtych zdarzeń i przewertował dokumenty, przede wszystkim brytyjskie i niemieckie. Według nich nie może być wątpliwości, że Zachód uczynił wszystko, by Sowietom dać poczucie, że członkostwo w NATO takich krajów jak Polska, Węgry czy Czechosłowacja jest wykluczone.

Tak mówił Genscher podczas rozmowy 10 lutego 1990 r. między godziną 16 a 18.30 z Szewardnadze, a tajna do niedawna niemiecka notatka brzmi:

„Minister federalny: Mamy świadomość, że przynależność zjednoczonych Niemiec do NATO rodzi skomplikowane pytania. Dla nas jednak pewnym jest, że NATO nie rozciągnie się na wschód.” A ponieważ w rozmowie tej chodziło przede wszystkim o NRD, Genscher wyraźnie dodał: „Co zaś dotyczy nierozszerzania NATO w pozostałych przypadkach, to obowiązuje to generalnie.”

Szewardnadze odpowiedział, że wierzy "wszystkim słowom ministra".

Rok 1990 był rokiem wielkich negocjacji. Waszyngton, Moskwa, Londyn, Bonn, Paryż, Warszawa, Berlin Wschodni i wielu innych spierało się o zjednoczenie Niemiec, o szerokie rozbrojenie Europy i o nową Kartę KBWE, Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Sowieci naciskali na to, by możliwie wszystkie kwestie zostały ujęte pisemnie, nawet, gdy chodziło „tylko” o los cmentarzy żołnierzy radzieckich w Niemczech Wschodnich. Ale akurat na temat rozszerzenia NATO o kraje Europy Wschodniej nie ma w licznych traktatach ani słowa.

Dlatego Moskwa nie może wysuwać żadnych roszczeń, argumentuje strona zachodnia. Nic przecież nie zostało podpisane.

Argument twardy. Ale czy uczciwy?

Na początku 1990 r. Związek Radziecki był jeszcze światowym mocarstwem, którego wojska stacjonowały nad Łabą, a w Berlinie Wschodnim rządził były regionalny szef SED z Drezna Hans Modrow. Lecz załamanie się wschodnioniemieckiego państwa było już nieuchronne.

Sojuszników Bonn z Paryża, Londynu i Waszyngtonu zajmowało pytanie, czy zjednoczone Niemcy będą mogły od razu zostać członkiem NATO czy też – jak już wcześniej w historii bywało – będą uprawiały politykę huśtania się między Wschodem a Zachodem.

Genscher chciał uciąć te niepewności i 31 stycznia w Tutzing wygłosił wielką przemowę i opowiedział się za Zachodem. Dlatego też zjednoczone Niemcy powinny należeć do Sojuszu Atlantyckiego.

Tylko jak do takiego rozwiązania pozyskać kierownictwo radzieckie? „Chciałem im pomóc w pokonaniu tego problemu”, mówi dziś Genscher. Dlatego minister spraw zagranicznych Bonn obiecał w Tutzing, że „rozszerzenia terytorium NATO na wschód, to znaczy zbliżenia go do granic Związku Radzieckiego”, nie będzie. Że Niemcy Wschodnie nie będą włączone do wojskowych struktur NATO, natomiast drzwi do Sojuszu pozostaną przed krajami Europy Wschodniej zamknięte.

Genscher pamiętał, co działo się w 1956 r. podczas powstania na Węgrzech. Część sił powstańczych ogłosiła, że chce przystąpić do sojuszu zachodniego, dając w ten sposób Moskwie pretekst do interwencji wojskowej. Zachodnioniemiecki minister spraw zagranicznych chciał zasygnalizować Gorbaczowowi, że nie musi się obawiać rozwoju tego typu wydarzeń w swym czerwonym imperium. Że Zachód chce realizować przemiany wraz ze Związkiem Radzieckim, a nie przeciwko niemu.

Ów ogłoszony w Tutzing plan Genschera nie był uzgodniony ani z kanclerzem ani z sojusznikami, o których poparcie ten polityk z Halle zaczął w następnych dniach zabiegać.

Szef dyplomacji Bonn w tym czasie „poruszał się z ostrożnością ogromnego owada, który swymi wieloma czułkami bada otoczenie, gotowy do wycofania się, gdyby wyczuł opór”, pisał później szef biura Genschera Frank Elbe.

Minister spraw zagranicznych USA Baker, pragmatyczny Teksańczyk, „natychmiast przygotował się na tą propozycję”. 2 lutego obaj dyplomaci zasiedli przy kominku w gabinecie Bakera w Waszyngtonie, zdjęli marynarki, rozprostowali nogi i zaczęli dyskutować o przebiegu spraw na świecie. Szybko zapanowała zgoda. Żadnego rozszerzenia NATO na wschód. „Było to całkowicie jasne”, relacjonuje Elbe.

Niedługo potem do niemiecko-amerykańskiego konsensusu przyłączył się brytyjski minister spraw zagranicznych Douglas Hurd. Genscher wobec względnie przyjacielsko nastawionego do Niemców Brytyjczyka był podczas ich spotkania 6 lutego 1990 r. w Bonn nadzwyczaj otwarty. Świadczy o tym nieznany dotychczas dokument z niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych. Na Węgrzech zbliżały się pierwsze wolne wybory i szef bońskiej dyplomacji oświadczył, że Związek Radziecki „potrzebuje pewności, że Węgry w przypadku zmiany rządu nie staną się częścią sojuszu zachodniego”. Że trzeba Kreml o tym zapewnić. Hurd wyraził zgodę.

Czy jednak myślano o złożeniu przyrzeczenia z wieczną gwarancją? Jak widać nie, ponieważ gdy obaj dyplomaci rozmawiali o Polsce, Genscher, jak mówią brytyjskie akta, twierdził, że jeśli Warszawa któregoś dnia opuści Układ Warszawski, to Moskwa musi mieć pewność, że Polska „nie przystąpi następnego dnia do NATO”. Natomiast przystąpienia w dłuższej perspektywie czasowej Genscher zdawał się nie wykluczać.

Zrozumiałym byłoby, gdyby wówczas Genscher przedstawił swoją koncepcję w Moskwie. Posiadał najdłuższy staż wśród wszystkich zachodnich ministrów dyplomacji, jego relacje z Gorbaczowem i Szewardnadze były nadzwyczaj dobre, lepsze niż Helmuta Kohla, no i była to jego własna inicjatywa. Jednak Baker wolał temat ten podczas swej najbliższej podróży do Moskwy poruszyć samodzielnie.

Bezspornym jest, co szef amerykańskiej dyplomacji obwieścił 9 lutego 1990 r. w przepysznej Sali Katarzyny na Kremlu. Sojusz swej strefy wpływów „nawet o cal nie rozszerzy na wschód”, jeżeli Sowieci zgodzą się na członkostwo w NATO zjednoczonych Niemiec. Zostanie to rozważone, odpowiedział Gorbaczow i dodał, że oczywiście „ekspansja strefy NATO jest nie do zaakceptowania”.

Jeszcze 20 lat później Gorbaczow reaguje z irytacją, gdy spytać go o ten epizod: „Na amerykańskich politykach nie można polegać.” Ponieważ w międzyczasie Baker rozpowszechnia inną wykładnię swojego wystąpienia, a mianowicie, że w 1990 r. mówił przecież tylko o Niemczech Wschodnich, które miały w ramach Sojuszu otrzymać status specjalny. O niczym więcej.

Przy czym Genscher dzień później w rozmowie z Szewardnadze ze swojej strony wyraźnie odniósł się do Europy Wschodniej, bo w końcu logice zachodniego stanowiska negocjacyjnego odpowiadało mówienie także o Europie Wschodniej.

Jeżeli chciano przyznać Niemcom Wschodnim w NATO status specjalny, by nie prowokować sowieckich władz, to obietnica nierozszerzania na wschodzie musiała tym bardziej objąć kraje jak Węgry, Polska i Czechosłowacja, które graniczyły ze Związkiem Radzieckim bezpośrednio.

Gdy kilka tygodni później zachodni politycy ponownie znaleźli się tylko w swoim towarzystwie, również rozmawiali nie owijając w bawełnę, jak wynika z udostępnionego obecnie dokumentu niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych. Wygląda na to, że „państwa środkowoeuropejskie chcą się przyłączyć do NATO”, uważał Baker. A to kwestia, „której obecnie nie powinniśmy poruszać”, odpowiedział Genscher. Baker się z tym zgodził.

Ówcześni szefowie państw to dziś starsi panowie, ciężko im niekiedy dokładnie sobie coś przypomnieć, a wszyscy oczywiście chcą, by podręczniki historii stawiały ich w dobrym świetle. Gorbaczow nie chce być tym, który wówczas zaprzepaścił możliwość szczelnego zamknięcia bram do rozszerzenia NATO na wschód; Genscher i Baker nie chcą ściągnąć na siebie zarzutu, że ponad głowami Polaków, Węgrów i Czechów zawarli z Moskwą układ. A Szewardnadze już od dawna w rozszerzeniu NATO nie dostrzega „niczego strasznego”. Co nie dziwi, ponieważ jego ojczysty kraj Gruzja chce zostać członkiem NATO.

W tamtym czasie inny był rozkład interesów. Bonn i Waszyngton planowały tak dynamicznie jak to możliwe posuwać naprzód proces jednoczenia Niemiec. Kilka dni po rozmowach na Kremlu Genscher, Baker i Szewardnadze ponownie się spotkali, tym razem wspólnie, a dodatkowo jeszcze z wszystkimi ministrami spraw zagranicznych państw NATO i Układu Warszawskiego.

Podczas konferencji rozbrojeniowej w przebudowanym starym dworcu głównym kanadyjskiej stolicy Ottawy zasiadali i przestawali na korytarzach i w kuluarowych pokojach obaj niemieccy ministrowie spraw zagranicznych – NRD reprezentował jeszcze człowiek Honeckera Oskar Fischer – wraz z kolegami ministrami z czterech zwycięskich mocarstw II Wojny Światowej i w przeróżnych konstelacjach dyskutowali o dalszych losach sprawy niemieckiej. Na koniec ustalono, że zewnętrzne aspekty zjednoczenia jak kwestia przynależności do Sojuszu czy wielkość Bundeswehry powinny zostać wyjaśnione w ramach tak zwanych „negocjacji 2+4”.

Genscher mówi dzisiaj, że podczas tych rozmów musiały zostać przedyskutowane wszystkie ważne sprawy, ale nigdy nie było tam mowy o wykluczeniu członkostwa w NATO krajów Europy Wschodniej, co uczestnicy rokowań bez wyjątku potwierdzają.

A słowa Genschera do Szewardnadzego z 10 lutego 1990 r.?

Mówi, że było to „badanie gruntu” przed zasadniczymi negocjacjami, by dowiedzieć się, jakie stanowisko zajmowała Moskwa wobec kwestii Sojuszu i czy istniało pole manewru. Więcej nic.

To wersja oficjalna. Ale nie jedyna.

Dyplomata z niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych mówi, że konsensus obu stron oczywiście miał miejsce. Zgadza się: Sowieci prawdopodobnie wcale nie przystąpiliby do negocjacji 2+4, gdyby wiedzieli, że NATO przyjmie potem Polskę, Węgry i inne kraje Europy Wschodniej.

I bez tego rozmowy z Gorbaczowem były ciężkie. Zachodni politycy cały czas zaklinali się, że z tej sytuacji nie będą „wyciągane żadne jednostronne korzyści” (prezydent USA George Bush) i nie będzie „żadnego przesunięcia równowagi sił” między Wschodem a Zachodem (Genscher). Przynajmniej więc na ducha negocjacji z 1990 r. Rosjanie mieliby dziś niejakie prawo się powoływać.

Pod koniec maja 1990 r. Gorbaczow w końcu zgodził się na członkostwo zjednoczonych Niemiec w NATO. Ale dlaczego Gorbaczow i Szewardnadze nie zażądali, trzymając jeszcze w ręku wszystkie atuty, przyrzeczeń na piśmie? Odpowiedź potężnego niegdyś sekretarza generalnego: „Na początku 1990 r. istniał jeszcze Układ Warszawski. Samo choćby wyobrażenie, że NATO mogłoby się rozciągnąć na jego państwa, było wówczas kompletnie absurdalne.”

Niektórych czołowych polityków Zachodu ogarnęło wrażenie, że szef Kremla i jego minister dyplomacji nie godzili się z rzeczywistością i nie chcieli „dopuścić do siebie myśli” (Baker) o upadku Związku Radzieckiego jako supermocarstwa.  

Z drugiej strony Kraje Bałtyckie należały jeszcze do Związku Radzieckiego. Ich członkostwo w NATO zdawało się być oddalone o lata świetlne. A w niektórych częściach Europy Wschodniej do władzy dochodzili dysydenci-orędownicy pokoju jak Václav Havel, który podówczas rozwiązałby nie tylko Układ Warszawski, ale najchętniej także i NATO.

W tamtej wczesnej fazie przemian żaden ze wschodnioeuropejskich rządów nie dążył do NATO, a Sojusz nie myślał o przyjmowaniu nowych członków. A to że za drogo, a to że to niepotrzebne prowokowanie Moskwy, a w razie konfliktu francuscy, włoscy czy niemieccy żołnierze mieliby poświęcać swoje życie za Polskę i Węgry?

Lecz w 1991 r. Związek Radziecki rozpadł się. Wojna w Bośni z jej setkami tysięcy ofiar spotęgowała wszędzie strach przed „bałkanizacją” Europy Wschodniej. A w USA od 1993 r. nowy prezydent Bill Clinton zaczął szukać dla Sojuszu nowej roli.

Na raz wszyscy zechcieli do NATO, a wkrótce NATO chciało też wszystkich przyjąć.

Spór o historię mógł się rozpocząć.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj