Świat

Wojna przez zaniechanie

Idzie wojna?

Ćwiczenia Zapad 2017 na Białorusi. Ćwiczenia Zapad 2017 na Białorusi. Evgeny Biyatov/Sputnik / EAST NEWS
Aż do sierpnia 1939 r. globalny konflikt był niewyobrażalny, aż się wydarzył. Czy dziś znów popełniamy grzech przeoczenia?
Lech Mazurczyk/Polityka
Od aneksji Krymu Putin pokazał, że Rosja nie czuje się związana międzynarodowymi zobowiązaniami o nienaruszalności granic.Viktor Drachev/TASS/Forum Od aneksji Krymu Putin pokazał, że Rosja nie czuje się związana międzynarodowymi zobowiązaniami o nienaruszalności granic.

Artykuł w wersji audio

Polska jesień. W sierpniu 1939 r. proporce kawalerii, na niebie pościgowe P11. Zapewnienia, że nie oddamy ani guzika, bo Anglia i Francja... A we wrześniu: Westerplatte, Mokra, Bzura i Zaleszczyki, porażka i ucieczka. Dziś sztandary i mowy o moralnym zwycięstwie sprzed prawie 80 lat, o Patriotach, F-16 i amerykańskich sojusznikach i gwarancjach Orbána. I przekaz o dalekowzrocznej Nowogrodzkiej i zdradzieckich mordach totalnej opozycji.

A na świecie zamęt. W internecie Nostradamus i filmy o rychłej zagładzie ludzkości. W mniej i bardziej poważnych gazetach listy regionów, w których może się zacząć światowa zawierucha. Politycy grożą lub przestrzegają. Analitycy bilansują potencjały nuklearne i konwencjonalne, eksperci wojskowi opisują nowatorskie bronie i możliwości taktyczne. Komentatorzy radzą, co robić. A powieściopisarze już wymyślają następne powojnie.

Na łamach dziennika „Aftonbladet” szwedzki politolog Isak Svensson wskazywał pięć światowych ognisk zapalnych w 2018 r.: Korea Północna, Morze Południowochińskie, Indie i Pakistan, Indie-Chiny oraz kraje bałtyckie. Jak na pierwsze półrocze pomylił się potężnie – szefowie obu Korei się uścisnęli, w Azji jak dotąd nic nie wybuchło. Zdumiewające jednak, że Svensson pominął Bliski Wschód, gdzie rzeczywiście doszło do amerykańsko-rosyjskiego zderzenia.

Ale państwa bałtyckie to istotnie rejon drażliwy ze względu na rosyjski fantom bólu po utraconym imperium. Od aneksji Krymu i podsycania separatystycznej wojny na wschodzie Ukrainy Putin pokazał, że Rosja nie czuje się związana międzynarodowymi zobowiązaniami o nienaruszalności granic. Ani aktem końcowym helsińskiej KBWE z 1975 r., ani ustaleniami budapeszteńskimi z 1994 r., kiedy to Ukraina zrezygnowała z radzieckiej broni atomowej w zamian za zagwarantowanie swoich granic przez Rosję, USA i Wielką Brytanię.

Rosja trenuje wojnę

Aneksja Krymu nie po raz pierwszy pokazała, że porozumienia sąsiadów z Rosją są „na psią wiarę”. Tak było z „wieczystym” pokojem zawartym między carską Rosją i Rzeczpospolitą w 1686 r., zerwanym przez Moskwę już po czterech latach. Podobnie z polsko-radziecką deklaracją o nieagresji z 1932 r., złamaną pięć lat później w tajnym protokole diabelskiego paktu Stalina z Hitlerem. I wygląda na to, że podobnie swe zobowiązania traktuje Rosja Putina.

W czasie manewrów armii rosyjskiej Zapad 2017 niemiecka bulwarówka „Bild” alarmowała: „Próby bombardowania Niemiec. Rosja trenowała wojnę w Europie przeciwko NATO”. A niżej mapa z kierunkami ofensyw. Najpierw z Białorusi – przez tzw. przesmyk suwalski – do Kaliningradu, aby odciąć kraje bałtyckie od Polski. A stamtąd widłowo – drogą morską ku Skandynawii, i lądową, na Warszawę – tą samą, którą w 1656 r. szli Szwedzi i Brandenburczycy, a w 1939 r. Wehrmacht.

Przećwiczono neutralizację lotnisk i portów krajów bałtyckich oraz bombardowanie portów niemieckich. Wszystko to z Murmańska wzdłuż Norwegii, ponieważ system radarowy NATO jest jakoby na Morzu Północnym słabszy niż w Europie Środkowo-Wschodniej. Ćwiczono także atak w kierunku Spitsbergenu. Manewry przedstawiano jako „czysto defensywną walkę z terroryzmem”, ale zaczęły się od ataku na fikcyjne państwo Weysznoria, wyrysowane na sztabowej mapie Białorusi wzdłuż granicy z Polską i Litwą, aż po Łotwę. Powołując się na źródła wywiadowcze, „Bild” twierdzi, że w razie czego zaatakowane zostaną także porty fińskie i szwedzkie.

A wszystko dlatego, że Putinowi w kościach tkwią kolorowe rewolucje w Gruzji i na Ukrainie. Ani wejście Szwecji i Finlandii do NATO, ani zderzenie amerykańsko-rosyjskie w Syrii nie wywołałoby wojny Rosji z NATO. Jednak rewolucja na Białorusi czy w innych państwach postradzieckich uruchomiłaby „scenariusz przećwiczony w ramach Zapadu 2017”. Własną ofensywę nazwano by oczywiście reakcją na spisek CIA.

„Szybkie zwycięstwo” w krajach bałtyckich i „szokowa kampania” w Europie Północnej miałyby zniechęcić NATO do kontrofensywy, ale gdyby do niej doszło, Moskwa nie cofnęłaby się przed użyciem taktycznej broni atomowej. A w razie potrzeby również i rakiet międzykontynentalnych. Manewry Zapad 2017 były oczywiście sprzeczne z Dokumentem Wiedeńskim z 1999 r. o budowie zaufania, uczestniczyło w nich więcej żołnierzy niż podano, a zaproszeni obserwatorzy z NATO nie mieli swobody poruszania. Tyle „Bild”.

Wielka wojna z Rosją

Zupełnie inny scenariusz podają rosyjskie portale, jak Sputnik, telewizja RT i ich akolici w rodzaju niemieckiej „Linke Zeitung”. Pełno jest tekstów o tym, że Ukraina jest w łapach Amerykanów i faszystów, których na dobitkę wspiera Izrael. 13 kwietnia można było się natknąć na tytuł: „Wielka wojna z Rosją jest zaplanowana, przygotowana i zamierzona”. Wywód jak w najlepszych radzieckich czasach: coraz więcej antyrosyjskich manewrów NATO i rozbudowa dróg do Europy Wschodniej! To akurat prawda, bo Układ Warszawski nie dbał o drogi tranzytowe do NRD.

Albo inny przypadek. Za dwa miesiące w Norwegii NATO umówiło się na największe manewry morskie w swojej historii. „Zachodni sojusz chce sprowokować Rosję do nieprzemyślanego działania, podzielić rosyjską elitę i zastraszyć rosyjską ludność. Ale żaden z tych celów nie został osiągnięty” – piszą putiniści. I zaraz tłumaczą, że manewry wojskowe w Niemczech to potrząsanie szabelką, bo niemieckie i francuskie myśliwce ćwiczą atakowanie celów we wrogiej przestrzeni powietrznej. Aby nakręcić militaryzację Europy, „natowscy dziennikarze” z „Bilda” kłamią o przesmyku suwalskim i nie przytaczają dowodów na to, że Rosja planuje atak.

W obecnych okolicznościach starzy wyjadacze zimnej wojny czują drugą młodość. Michael Stürmer, historyk, który kiedyś doradzał kanclerzowi Helmutowi Kohlowi, przypomina w „Die Welt” lata 60. Spotkania w cztery oczy na najwyższym szczeblu niekoniecznie rozładowują napięcie. Po wiedeńskim spotkaniu Kennedy-Chruszczow wybuchły konflikty berliński (1961 r.) i kubański (1962 r.), po czym zgodnie z formułą „pokój niemożliwy, wojna nieprawdopodobna” przez ćwierć wieku utrzymywała się równowaga sił wsparta polityką odprężenia.

W klarującym się obecnie świecie wielobiegunowym tamte reguły jednak nie funkcjonują, a nowych nie ma. W każdym razie Niemcy i w ogóle Europa nie mogą już być – jak wtedy – jedynie widzami polityki bezpieczeństwa. Od Karabachu, Czeczenii, poprzez Kosowo, a obecnie wschodnią Ukrainę i Bliski Wschód konflikty zbrojne wypędzają ludzi z ich domów. A ci już w ramach wielkiej wędrówki ludów docierają do Europy, zagrażając wewnętrznej spójności państw europejskich i rozrywając UE.

„Szczęście Europy nie jest przykute łańcuchami do nieba. Komfortowe przyzwyczajenia wielu dobrych lat powoli zastępuje przekonanie, że grozi nam poważny konflikt i utrata kontroli. Putin śni sen o nowym carskim imperium. (...) To nasz moment definiujący – kończy Stürmer – co teraz będzie zaniedbane, już nigdy nie zostanie naprawione”.

Kto jest faszystą

Drastycznie nowy klimat światowej polityki określa była amerykańska sekretarz stanu Madeleine Albright. W rządzie Clintona forsowała przyjęcie naszych krajów do NATO. Rok 1999 zdawał się jej więc spełnieniem marzeń. W swej najnowszej książce „Fascism. A Warning” przedstawia jednak ponurą diagnozę: „Jeśli wyobrażaliśmy sobie faszyzm jako starą, niemal już zaleczoną ranę, to wejście Trumpa do Białego Domu było równoznaczne ze zdarciem bandaża i zdrapaniem strupa”.

Według Albright ludzie niby oczekują, że przywódcy będą zasięgać rady fachowców i swój program przedkładać wszystkim do oceny. Ale kiedy ci sami ludzie uznają, że trzeba działać szybko, to wcale nie chcą być pytani o zdanie, lecz jedynie powiadomieni, co mają robić. To dlatego tak popularne są filmy o samosądach: przestrzegający prawa obywatel pada ofiarą zbrodni, zamordowano mu żonę, zgwałcono córkę – policja jest bezradna. Wtedy widz utożsamia się z mścicielem. Liczy się gniew, mniejsza o praworządność. Gdy drań zostaje załatwiony, oddychamy z ulgą. I na tych emocjach żeruje faszyzm.

Albright jako minister spraw zagranicznych USA mogła z dumą przytakiwać prezydentom, gdy nazywali Amerykanów „narodem niezbędnym”. Dziś niepokoi ją to, że Ameryka z własnej winy jest coraz gorzej postrzegana i coraz mniej znaczy w kształtowaniu spraw międzynarodowych. „Również dlatego uważam, że faszyzm i polityka faszystowska jest dziś większym zagrożeniem niż kiedykolwiek indziej po drugiej wojnie światowej – przekonuje Amerykanka. – To doprowadza mnie do drugiego wniosku: faszystą jest dziś ten, kto twierdzi, że wypowiada się w imieniu całego narodu czy grupy, która nie przejmuje się prawami innych i bez oporu sięga po przemoc. Przez całe życie byłam przekonana, że w Ameryce komuś takiemu droga do władzy zostanie zamknięta”. I smutna lista od Mussoliniego, Stalina, Hitlera po Trumpa, Orbána itd...

Bardziej powściągliwy w słowach, ale równie przygnębiony jest były szef polskiego MSZ Adam Rotfeld, tak jak Albright urodzony tuż przed wojną. W swej najnowszej książce „Poszukiwanie strategii” jakby odwraca zimnowojenną perspektywę Stürmera, „Bilda” i „Linke Zeitung”. To nie powrót zimnej wojny między mocarstwami jest dziś największym zagrożeniem, lecz rozgardiasz i dekompozycja państw. Rotfeld pisze: „W dzisiejszym świecie wojny biorą swój początek w konfliktach wewnątrz państw, a nie między nimi”. Tak stało się w Jugosławii, Iraku, Afganistanie, Syrii. Dopiero potem w konflikt wciągane są siły zewnętrzne. To nie mocarstwa decydują o bezpieczeństwie państw i ich miejscu w świecie, ale ich polityka wewnętrzna. „Dotyczy to w równej mierze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, co Rosji, Turcji, Węgier i innych państw naszego regionu. Z natury rzeczy dotyczy to także Polski”.

Zaniedbana edukacja

Dobry wizerunek buduje się faktami, a nie deklaracjami czy gestami w rodzaju hołdów składanych w Monachium Brygadzie Świętokrzyskiej. Tymczasem Jarosław Kaczyński – tłumaczy profesor – próbuje zagospodarować całą przestrzeń na prawicy, połączyć Piłsudskiego z Dmowskim. Powstaje z tego bezideowy groch z kapustą, świadectwo intelektualnej bezradności w reagowaniu na nowe zjawiska, kompleksy, nacjonalistyczny zaduch i wrogość wobec obu wielkich sąsiadów – Rosjan i Niemców.

Ta mentalność dlatego jest w Polsce żywotna, że jest irracjonalna i bierze się z kompleksów. Według niej normalne jest to, co istniało wcześniej, w rodzinie, wiosce, miasteczku, małych wspólnotach. Są to cechy przekazywane niemal genetycznie. Natomiast współczesna koncepcja społeczeństwa obywatelskiego jest świeżej daty – należy bardziej do kultury politycznej niż dziedzicznej. Niestety, po 1989 r. zaniedbano edukację polityczną, uważając, że do demokracji nikogo nie trzeba przygotowywać. Tymczasem uwolnienie się od choroby nacjonalizmu nie jest łatwe.

Coś się zmieniło – pociesza siebie samego i czytelnika były minister – ponieważ dzisiaj ponad połowa Polaków jest proeuropejska i antynacjonalistyczna. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Może się okazać, że proces jednoczenia Europy jest odwracalny. Niemniej wcale nie trzeba wymyślać nowych teoretycznych koncepcji. Dla Adama Rotfelda zjednoczenie Europy to ósmy cud świata, zielone drzewo życia. Europa jest i pozostanie związkiem państw i narodów, a nie państwem związkowym, nie powstaną Stany Zjednoczone Europy.

Zdaniem byłego szefa MSZ tradycyjne wojny między państwami są już mało prawdopodobne, ale wojny o zasoby, o ziemię, żywność, wodę pitną, jak najbardziej. Narody biednego Południa mogą ruszyć przeciwko bogatej Północy, a Chiny do Rosji po południową Syberię. Natomiast dla Polski najważniejsze jest sformułowanie 3–4 kluczowych problemów rozwoju cywilizacyjnego i realizowanie ich razem z UE.

Tyle rad mądrego człowieka. A literackie wizje? Dość ponure. Za trzydzieści parę lat – opowiada Włoch Giuseppe Porcaro w nieco komiksowej powieści „Disco sour” – będzie już po wojnie. Ale nie francusko-niemieckiej czy polsko-niemieckiej, lecz wojnie domowej. Bo po brexicie i wojnie celnej z USA, którą na ostro zacznie prezydent Sarah Palin, ruszą separatyzmy, co rozbije państwa narodowe na autonomiczne terytoria z jakimiś samozwańczymi komitetami. I tak Paryż nie będzie już częścią Francji, lecz jako P.A.R.I.S. – niezależnym obszarem odciętym od reszty kraju.

Te pokancerowane regiony będą akceptować kontrolę ze strony „unitów” – ale dziurawą i od przypadku do przypadku. Ktoś tam będzie próbował zwołać kongres byłych szefów państw i rządów z Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Polski. Ale w medialnym śmietniku nikt w nikogo nie będzie się wsłuchiwał. A po całej tej zawierusze ani państwa narodowe, ani UE nie będą się w świecie liczyć.

To tylko przestroga, a nie gotowy scenariusz...

Polityka 35.2018 (3175) z dnia 28.08.2018; Świat; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Wojna przez zaniechanie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną