Świat

Co przyniósł szwajcarski szczyt w sprawie Ukrainy. I dlaczego trzy ważne kraje nie złożyły podpisu

Konferencja pokojowa w szwajcarskim Bürgenstock w sprawie wojny w Ukrainie. 16 czerwca 2024 r. Konferencja pokojowa w szwajcarskim Bürgenstock w sprawie wojny w Ukrainie. 16 czerwca 2024 r. Forum
Przedstawiciele 80 krajów podpisali deklarację końcową opartą na Karcie Narodów Zjednoczonych – dokument wymienia jedność terytorialną Ukrainy jako warunek rozmów pokojowych. Rosji w Szwajcarii nie było.

Gdyby nie pomniejsze ruchy na marginesie dwudniowej konferencji, wydarzenie można być wręcz pominąć. Wszystko przebiegło bowiem zgodnie z przewidywalnym scenariuszem. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przyznał bez ogródek, że rozmowy pokojowe mogłyby się zacząć „nawet jutro”, pod warunkiem że Rosjanie opuszczą jego kraj, w tym oczywiście Donbas i Krym. Poparli go inni przywódcy, a przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen nazwała szczyt „właściwą drogą do pokoju”. Ale „ten cel nie zostanie osiągnięty w pierwszym kroku”, dodała, dokonując niejako samoograniczenia. I dowodząc, że wpływ takich konferencji na front jest minimalny. Zwłaszcza że nie uczestniczą w nim wszyscy najważniejsi aktorzy konfliktu, wliczając kraje zaangażowane pośrednio lub politycznie.

Czytaj też: Czy wieszczący szybki upadek Ukrainy mają rację? Odkłamujemy krążące mity

Zachód po stronie Zełenskiego

Rosyjskich dyplomatów w Szwajcarii nie było, formalnie z powodu braku zaproszenia od ukraińskiego prezydenta. W praktyce politycy Kremla od lutego 2022 r. unikają pokazywania się na forach multilateralnych z udziałem przedstawicieli Zachodu. Władimir Putin nie uczestniczy w nich z oczywistych względów, od marca 2023 jest ścigany listem gończym wydanym przez MTK w Hadze. Sporadycznie przy stole zasiada szef MSZ Siergiej Ławrow, choć głównie po to, by zakłócać przebieg takich wydarzeń. Ostatni raz pokazał się na szczycie szefów dyplomacji G20 w Rio de Janeiro w lutym. I brzmiał co najmniej groteskowo. Jego odpowiedzią na krytykę m.in. Annaleny Baerbock czy Davida Camerona było stwierdzenie, że „dyskusja o Ukrainie nie jest konstruktywna”.

Tym razem Rosjanie nie odegrali nawet roli trefnisia, po prostu nie przyjechali. Ten fakt sprytnie wykorzystał Xi Jinping, także ignorując zaproszenie. Zdaniem Pekinu nie da się dyskutować o pokoju, jeśli Moskwa i Kijów nie usiądą przy jednym stole. Chiny spokojnie więc kontynuują politykę pozornej bezstronności, choć mnożą się spekulacje na temat ich zbliżenia z Kremlem. Pod koniec maja brytyjski minister obrony Grant Shapps oskarżył rząd Xi o przekazywanie Rosjanom „śmiercionośnej broni”.

Przedstawiciele 80 państw podpisali w Szwajcarii deklarację końcową. Powołujący się na Kartę Narodów Zjednoczonych dokument określa warunki brzegowe negocjacji – najważniejsza jest integralność terytorialna Ukrainy, co może niektórych w Kijowie na chwilę uspokoić. Mnożyły się ostatnio spekulacje, że Zachód w obliczu skrętu w prawo i realnej możliwości powrotu Donalda Trumpa do władzy może chcieć naciskać na Zełenskiego, by coś Putinowi oddał. Lepiej bowiem konflikt zakończyć teraz, ratując część Ukrainy, niż pozwolić Rosjanom za kilka miesięcy przejąć kontrolę nad krajem. Gdyby ten drugi scenariusz się spełnił, nie można by nawet marzyć o członkostwie Ukrainy w UE i NATO.

Wypowiedzi wiodących polityków po szczycie wskazują, że Zachód jednoznacznie stoi po stronie Zełenskiego. O konieczności poszanowania granic Ukrainy mówiła zarówno wiceprezydent USA Kamala Harris, jak i szefowie rządów Hiszpanii czy Estonii. Zwłaszcza słowa Kai Kallas są ważne, bo jest faworytką do objęcia stanowiska wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych w powyborczym rozdaniu w Brukseli.

Nie bez znaczenia jest też zaangażowanie finansowe. Kilka dni przed szwajcarską konferencją Joe Biden informował o podpisaniu dziesięcioletniego paktu na rzecz bezpieczeństwa z Zełenskim, na podobny krok zdecydował się premier Japonii Fumio Kishida. Liderzy G7 (szczyt grupy zakończył się właśnie w Rzymie) ustanowili wart 50 mld dol. fundusz pożyczkowy dla Ukrainy; środki pochodzą z zamrożonych rosyjskich aktywów. Wprawdzie pod jurysdykcją USA, jak wylicza stacja CNN, jest tylko 3 mld dol. rosyjskiego kapitału, ale w Europie, jak się szacuje, nawet ponadstukrotnie więcej.

Czytaj też: Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Nowe niebezpieczne struktury

Nie wszyscy w Szwajcarii mieli identyczne zdanie na temat deklaracji końcowej. Podpisów nie złożyli m.in. przedstawiciele Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy Indii. Nie przypadkiem. Wszystkie te kraje należą do BRICS+ (dwa pierwsze dołączyły w tym roku). Indie pod rządami Narendry Modiego przeżywają, jak pisał niedawno w „Foreign Policy” Ravi Agrawal, „swój wielki moment geopolityczny”. Modi chce być głosem Globalnego Południa, mówić w imieniu tych, którzy nie do końca utożsamiają się z liberalnym porządkiem. Indie emancypują się strategicznie także dlatego, że mogą. Są przecież głównym sojusznikiem USA w swojej części świata, przeciwwagą dla chińskiej ekspansji. Cały BRICS+ to natomiast coraz ważniejszy wehikuł w rękach Chin, ale i Rosji – docelowo chce doprowadzić do powstania „alternatywy dla Zachodu”, politycznej i finansowej.

Już w ubiegłym roku Pekin chciał wymusić na członkach grupy deklarację o odejściu od dolara we wzajemnych rozliczeniach, zastąpić miałby go oczywiście chiński renminbi. Przyjęcie do BRICS+ Iranu, finansującego islamski terroryzm i objętego sankcjami, to też policzek, w dodatku w ten sposób Rosja i Chiny wzmacniają się w newralgicznym regionie. Do tego dochodzi wzajemne wsparcie technologiczne i militarne i coraz większa symbioza celów strategicznych. Celów, dodajmy, stojących w opozycji do tego, co chcą (nie tylko w Ukrainie) osiągnąć Waszyngton i Bruksela.

Nieobecność Rosji nie oznacza, że Putin nie zajął stanowiska w kwestii rokowań pokojowych. Tuż przed rozpoczęciem konferencji wyliczał własne warunki rozejmu: demilitaryzację Ukrainy, wstrzymanie pomocy dla Kijowa, zniesienie sankcji oraz, przede wszystkim, oddanie mu Doniecka, Ługańska, Zaporoża i Chersonia. Słowa Putina wiele mówią o miejscu, w którym Rosja się znajduje, także we własnej optyce.

Według analizy Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) Kreml regularnie odzywa się i wypuszcza propagandę wtedy, kiedy Zachód stoi u progu ważnych decyzji. A moment Putinowi sprzyja: G7 we Włoszech, eurowybory, szczyt w Szwajcarii. Ma gwarancję, że wszyscy będą go słuchać. Co więcej, piszą analitycy z ISW, działania Rosji pokazują, że docelowo chce z Chinami stworzyć konkurencyjny system międzynarodowy, osłabiający zwłaszcza NATO. Dlatego Kreml równolegle angażuje się w Mołdawii, którą chce wypchać z orbity UE. Oberwało się także Armenii, bo sekretarz rady bezpieczeństwa narodowego zdecydował się pojechać na szwajcarską imprezę Zełenskiego. Wszystkie te kropki połączone w całość pokazują, że z jednej strony Rosja nie zrealizowała swoich celów wojennych. Z drugiej – Putin nie ustaje w wysiłkach, by Zachodowi zaszkodzić, gdziekolwiek może, najlepiej na kilku frontach naraz.

Pomoc do Ukrainy nie przestanie płynąć, potwierdzają to zarówno oficjalne deklaracje, jak i doniesienia zza kulis. Jeśli jednak Kijów coś zyskuje, to w rozmowach Zełenskiego z poszczególnymi przywódcami, a nie na wielkich forach. W szerszym ujęciu konferencje są przydatne głównie do tego, żeby zobaczyć, jak zmienia się dynamika sojuszy. Teorie o świecie wielobiegunowym, gdzie chińsko-rosyjsko-irański model staje się coraz atrakcyjniejszy dla kolejnych państw, nie są już fantazją ani czarnowidztwem. Przeciwnie, są na dobrej drodze do przekształcenia się w namacalne i bardzo niebezpieczne struktury.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kultura

Jerzy Stuhr (1947–2024). Półśrodki go nie interesowały

Wielcy artyści pozostawiają po sobie legendę. Jerzy Stuhr zostawił ich kilka: inteligenta, moralisty, nauczyciela i mistrza rozrywki.

Janusz Wróblewski
16.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną