Majówka po libańsku
Pierwszy tydzień maja przypomniał mieszkańcom Bejrutu najgorsze dni czasów wojny 1975-1990. Znowu można było usłyszeć wybuchy pocisków oraz strzały na ulicach. Zablokowano drogi, lotnisko i port.

O tym, że może dojść do walk, wiadomo było od dawna. Od czasu zamachu w 2005 roku na byłego premiera Rafika Hariri sytuacja w kraju zaczęła się pogarszać wbrew wszelkim nadziejom, jakie dawała Cedrowa Rewolucja - i w konsekwencji wycofanie się wojsk syryjskich. W ciągu ostatnich 3 lat zginęli najbardziej aktywni politycy i dziennikarze. Sytuacji w Libanie nie poprawiła także lipcowa wojna z Izraelem w 2006 roku, kiedy południowy sąsiad w odwecie za działania Hezbollahu rozpoczął akcję militarną na terytorium kraju. Po jej zakończeniu Partia Boga ogłosiła „boskie zwycięstwo" i uznała się za jedyną siłę gotową do podjęcia działań obronnych, w efekcie czego coraz bardziej zdecydowanie zaczęła blokować prace rządu, wycofując swoich ministrów i okupując centralny plac stolicy. Razem z pozostałymi członkami opozycji, między innymi chrześcijańską partią marzącego o prezydenturze gen. Aouna oraz szyickim Amalem (partią przewodniczącego parlamentu), żądają dymisji rządu, uznając go za nielegalny i będący narzędziem zachodnich interesów.

Sytuacja pogorszyła się pod koniec kwietnia, ale swoje apogeum osiągnęła w chwili, gdy druzyjski polityk Walid Dżumblat oskarżył Hezbollah o zainstalowanie kamer i planowanie ataków na pas lotniska wykorzystywany przez polityków związanych z rządem oraz utrzymywanie prywatnej sieci telekomunikacyjnej. Rząd postanowił wtedy zwolnić dowódcę służb bezpieczeństwa lotniska, oskarżonego o sympatyzowanie z opozycją, a sieć telekomunikacyjną uznał za nielegalną i postanowił ją zlikwidować (przynajmniej w tych miejscach, które nie znajdują się pod bezpośrednią kontrolą Hezbollahu). W środę miało dojść do protestów związków zawodowych związanych z opozycją przeciwko niskiej pensji minimalnej i pogorszeniu warunków życia. Manifestację odwołano, a na ulicach zaczęli się pojawiać bojownicy różnych ugrupowań. W zachodnim Bejrucie utworzono barykady, zaczęto palić opony i śmieci. Droga na lotnisko została całkowicie zablokowana, a loty odwołane. Zwiększono liczbę wojska i pojazdów opancerzonych, które od dawna są już stałym elementem krajobrazu miasta. Jednak regularne walki zaczęły się po czwartkowym przemówieniu przywódcy Hezbollah - Hassana Nassrallah, który ze swojego schronu oskarżył libański rząd o wypowiedzenie wojny jego ugrupowaniu, w jego mniemaniu „ruchu oporu" przeciwko Izraelowi, dla którego jednym z narzędzi niezbędnych do prowadzenia walki jest niezależna sieć telekomunikacyjna. Tuż po tym, w ciągu dwóch dni, bojownicy ugrupowań związanych z opozycją zdołali zająć dużą części zachodniego Bejrutu.

Saad Hariri, którego media zostały opanowane przez uzbrojonych członków Hezbollah, nawoływał do spokoju, podobnie jak inni przywódcy koalicji rządowej. Z kolei armia po raz kolejny została postawiona w delikatnej sytuacji, ponieważ musiała brać pod uwagę zróżnicowanie wyznaniowe i jego konsekwencje we własnych szeregach. Dlatego dopiero po pięciu dniach dowództwo sił zbrojnych wydało oświadczenie, że od wtorku 13 maja armia będzie miała prawo rozbrajać bojówki i przywracać porządek nawet za pomocą siły.

Pomimo ponad 60 ofiar śmiertelnych i ponad 190 rannych nie doszło do wybuchu regularnej wojny, ponieważ ugrupowania koalicji rządowej nie podjęły zdecydowanej walki. Zamieszki ograniczyły się do szyickch i sunnickich dzielnic Bejrutu, ale już w weekend przeniosły się w inne regiony Libanu, gdzie Hezbollah i jego zwolennicy ponieśli klęskę.

W sobotę zaprzestano walk w stolicy, ale ulice zachodniego Bejrutu nadal były puste. Na moście z zachodniego Bejrutu do chrześcijańskiej dzielnicy Aszrafieh płonęły opony. W dole członkowie ugrupowań opozycji, od ponad roku okupujący ten centralny plac Bejrutu, paląc fajki wodne i pijąc herbatę przed namiotami otrzymanymi w ramach pomocy w czasie wojny w 2006 r., z uwagą obserwowali każdy nadjeżdżający pojazd. Z kolei w okolicy tunelu prowadzącego na lotnisko młodzi zwolennicy opozycji na motorynkach patrolowali okolice, nie pozwalając na żadne zdjęcia czy próbę skierowania się w stronę lotniska. Wieczorem opozycja zapowiedziała, że wycofa swoich członków z ulic Bejrutu, ale zachowa prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jej oświadczenie było odpowiedzią na wystąpienie premiera Siniory, który kontrowersyjne kwestie sieci telekomunikacyjnej i odwołania dowódcy służb bezpieczeństwa lotniska oddał w ręce armii.

Jak podkreśla wielu komentatorów, tym razem trudno będzie związanemu z Iranem i wspomaganemu prze Syrię Hezbollahowi uzasadnić swoją rację bytu, ponieważ użył broni nie przeciwko Izraelowi, ale współobywatelom. Z kolei inni analitycy zauważają, że wydarzenia zapoczątkowane w Libanie mogą rozprzestrzenić się na inne kraje Bliskiego Wschodu. Powszechnie uważa się, że obecny kryzys jest kontynuacją konfrontacji USA, Izraela i jego arabskich sojuszników przeciwko Syrii i Iranowi. A Liban już był polem bitwy dla swoich sąsiadów w latach 1975-1990. Dlatego świat coraz bliżej przygląda się rozwojowi wypadków. Silvio Berlusconi zapowiedział weryfikację zaangażowania Tymczasowych Sił ONZ w Libanie (UNIFIL), w których skład wchodzi liczny kontyngent polski. Obecnie wojska UNIFIL, stacjonujące na południu, nie mogą podejmować zdecydowanych działań zbrojnych.

Polityczny kryzys, który opanował ten śródziemnomorski kraj doprowadził do odwołania, po raz 19., sesji parlamentu i głosowania w sprawie wyboru prezydenta. Pałac prezydencki od listopada 2007 roku jest pusty, parlament zamknięty, ponieważ jego szyicki przewodniczący nie dopuszcza do podjęcia obrad.

Największym problemem Libanu jest tożsamość. Czy jest to państwo arabskie, czy nie? Czy jest mu bliższy Zachód, czy Wschód? Jak powinna być podzielona władza? Już w pakcie narodowym z 1943 roku próbowano rozwiązać tę kwestię, ustalając, że prezydent będzie chrześcijaninem maronitą, premier - sunitą, a przewodniczący parlamentu - szyitą. Pozostałe stanowiska miały zostać podzielone według klucza wyznaniowego. Ta zasada jest obecnie podważana przez szyitów, którzy uważają się za większość w czteromilionowym państwie. Jednocześnie kilka milionów Libańczyków mieszkających poza granicami kraju nie ma możliwości udziału w wyborach.

Wydaje się, że dopóki samo społeczeństwo nie określi, czy priorytetem dla niego jest bycie obywatelem Libanu, czy też wyznawcą tej czy innej religii, trudno będzie podjąć konstruktywny dialog.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj