Agnieszka Krzemińska
22 grudnia 2009

Ukryte pod choinką

Choinka, kutia, prezenty – to wszystko atrybuty wigilijne, co wcale nie znaczy, że chrześcijańskie.

Boże Narodzenie to święto chrześcijańskie, jedno z najbardziej rozpoznawalnych i oczekiwanych (nie tylko przez dzieci). Ale są w tym święcie również rzeczy dziwne – no bo skąd ta łuska karpia, którą nosimy przez cały rok w portfelu, skąd ten dodatkowy talerz, jemioła, gadające zwierzęta? Prawda jest taka, że w zasadzie wszystkie bożonarodzeniowe czynności, nawet te, które zdają się mieć głęboko chrześcijański rodowód, są znacznie starsze, a chrześcijaństwo je tylko zaadaptowało. Boże Narodzenie to w rzeczywistości najstarsze i najważniejsze święto indoeuropejskie, którego początków należy szukać tysiące lat przed narodzeniem Chrystusa.

W pradziejach człowiek żył zgodnie z cyklem rocznym. To, kiedy Słońce jest najdłużej na nieboskłonie, a kiedy najkrócej, było ważne, gdy polował, ale stało się kluczowe, gdy zaczął uprawiać ziemię. Wierzono, że w okresie przesilenia zimowego słabe Słońce trzeba wzmocnić, by wygrało z ciemnością, utożsamioną ze złem i chaosem. Nie przez przypadek w świecie śródziemnomorskim i w Europie właśnie wtedy (w okolicach 21–22 grudnia) obchodzono urodziny boga Słońca.

W starożytnych mitologiach bogowie kreatorzy często tracą moc w akcie stworzenia i człowiek nie może już im pomóc, ale ich dzieci – m.in. bogów Słońca – można wspierać w cyklicznym odradzaniu, czemu służyły coroczne obchody ich narodzin i związane z nimi rytuały – mówi religioznawca dr Elżbieta Przybył-Sadowska z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Aby Słońce się odrodziło, wszystkie czynności kultowe musiały być odprawione, a jakiekolwiek przeoczenie groziło katastrofą. Rytuały gwarantowały sukces i szczęście w nadchodzącym roku, w wymiarze agrarnym, kultowym, plemiennym, a potem państwowym, wyznaczały też początek roku kalendarzowego, wegetacyjnego i liturgicznego.

W chrześcijaństwie obchody Bożego Narodzenia to stosunkowo młode święto, pierwszy raz wspomniane w połowie IV w. – Dla pierwszych chrześcijan, czyli w większości nawróconych Żydów, narodziny Chrystusa miały znaczenie tylko ze względu na jego genealogię, dowodzącą, że jest Mesjaszem. Dla nich kluczową kwestią była jego śmierć i zmartwychwstanie, kojarzone z Paschą. Gdy chrześcijaństwo napotkało kultury, dla których święto przesilenia zimowego było ważniejsze, trzeba było je jakoś zagospodarować – tłumaczy dr Przybył-Sadowska. Na początku zamiast narodzin Jezusa 6 stycznia obchodzono święto epifanii, czyli objawienia Pańskiego, które łączono z chrztem Jezusa w Jordanie, co do dziś zachowało się w prawosławiu.

Święto Bożego Narodzenia obchodzone 24–25 grudnia pojawiło się dopiero w IV w., ale już od VI w. stało się powszechne. W Rzymie obchodzono wtedy Saturnalia, ku czci Saturna – boga urodzaju, ale od IV w. popularne stało się święto Sol Invictus – Słońca Niezwyciężonego, bóstwa solarnego o cechach Apolla i Mitry. A zatem u podstaw Bożego Narodzenia mamy kult urodzaju i Słońca, który chrześcijaństwo zgrabnie wykorzystało w celach misyjnych, nazywając nowo narodzonego Zbawiciela światłem rozjaśniającym mroki grzesznego życia.

Zmarli przy stole

Ale to nie wszystko. Podczas obchodów świąt przesilenia zimowego, najważniejszego święta wspólnoty, nie mogło zabraknąć zmarłych, którzy byli jej pełnoprawnymi członkami. Ich obecność była pożądana, dlatego Wigilia ma całe mnóstwo elementów zaduszkowych. – Dodatkowy talerz dla przypadkowego gościa w kulturze tradycyjnej rozumiany był jako miejsce dla przybysza z zaświatów – mówi etnograf dr Zuzanna Grębecka z Uniwersytetu Warszawskiego. – Ów wędrowiec mógł być aniołem, jak w micie założycielskim o Piaście Kołodzieju, przede wszystkim jednak chodziło o zmarłych przodków. Zapalane światełka miały duszom wskazać drogę, dla nich też przyrządzano potrawy z grzybów, ziaren czy ich ulubionego maku (jak kutia czy makowiec). Nie wylewano wody bez zapowiedzenia ani nie używano noży, by nie oblać albo nie skaleczyć duszyczki, a w chatach i dworach stawiano w izbach słomiane snopki zwane przodkami.

Zaświatowa wiedza obecnych na Wigilii duchów pomagała przy wróżbach, te zaś z początkiem nowego roku były szczególnie ważne. Na polskich wsiach wróżono, jakie będą zbiory, dziewczęta chciały wiedzieć, skąd przyjdzie kawaler, a kawalerowie – czy znajdą w tym roku pannę. Do dziś utrzymuje się przekonanie, że to, co robimy w Wigilię, będzie się działo przez cały rok. – W Wigilię nie wyrzucano śmieci, co wynika z wiary w to, że ziemskie odpadki mogą być w zaświatach skarbami, a więc byłoby to pozbywaniem się dóbr i szczęścia. Na wsiach wyciągano źdźbła spod obrusa (zielone to szczęście, uschnięte – pech), wierzono, że kto pierwszy wstanie od stołu, ten pierwszy umrze, a gospodyni, zanim usiadła, musiała postawić na stole wszystkie potrawy, jej zapominalstwo groziło całorocznym niefartem. Aby wypełnił się rytuał, Wigilia musiała przebiec bez zakłóceń – podkreśla dr Grębecka.

Raport Specjalny - Jan Karski

Jan Karski - stare foto
Polityka on Facebook
« »

Autorzy POLITYKI

»