Bartek Chaciński
8 maja 2012

Myslovitz bez Rojka, czyli jak rozpadają się zespoły

Rockstania

Rozpad grupy Myslovitz to rzadki przykład kulturalnego rockowego rozstania. Taka forma mogła zaskoczyć, ale niespecjalnie dziwi fakt, że po 20 latach drogi Artura Rojka i reszty zespołu się rozeszły.

Rzadko szło na noże. Chyba że w Norwegii, gdzie świat black metalu jedno takie rozstanie poznał – w 1993 r., gdy Varg Vikernes wszedł w nocy do mieszkania Euronymousa, lidera grupy Mayhem, i zamordował go kieszonkowym nożem o ośmiocentymetrowym ostrzu. Poszło o groźby rzucane pod adresem Vikernesa, różne nieuregulowane zobowiązania, ale gdzieś w tle pozostał też głęboki spór ideologiczny (po jednej stronie sympatia dla satanizmu, po drugiej dla wierzeń pogańskich) i – co nie bez znaczenia – walka o szacunek i władzę w środowisku. Sam Vikernes grywał w Mayhem, prócz tego panów wiązały wspólne interesy, Euronymous był jego wydawcą. Vikernes dostał maksymalny w norweskim prawie wyrok 21 lat więzienia, po 16 latach wyszedł za dobre sprawowanie i pod szyldem Burzum wydaje kolejne albumy – 21 maja ukaże się nowy.

Ale rzadko też było tak jak w przypadku grupy Myslovitz, która rozstała się pod koniec kwietnia w sposób wyjątkowo kulturalny i dyplomatyczny. Do mediów rozesłali wspólnie przygotowaną informację: „Zespół Myslovitz w składzie Artur Rojek, Wojciech Powaga, Jacek Kuderski, Wojciech Kuderski i Przemysław Myszor oświadcza zgodnie, że postanowił zakończyć współpracę w dotychczasowym składzie”.

Dalej jest o tym, że Rojek będzie działał indywidualnie, a pozostała czwórka zaangażuje nowego wokalistę, którym bardzo szybko okazał się Michał Kowalonek z dobrze zapowiadającej się grupy Snowman – wspólne próby odbywały się jeszcze przed wydaniem oświadczenia. Obie strony zapraszają na koncerty w nowych odsłonach i „obiecują nie zawieść”.

Podsumujmy: istniejący przez 20 lat czołowy polski zespół rockowy stanowi ciekawy przypadek, kiedy to lider postanowił iść swoją drogą, zostawiając kolegom nazwę, dorobek i pewne źródło finansowania aż do niepewnej artystycznej emerytury. Co oznacza w praktyce taka decyzja? O co chodzi?

Od zera, bez lidera

Nikogo nie powinno dziwić to, że zespoły działają bez lidera, frontmana, najbardziej rozpoznawalnego muzyka kształtującego dotychczas ich wizerunek. A już na pewno nie w roku, gdy Polskę odwiedzą The Doors bez Jima Morrisona i Queen bez Freddiego Mercury’ego, za to z młodziutką gwiazdką amerykańskiego „Idola” Adamem Lambertem w roli wokalisty. A do tego jeszcze Thin Lizzy bez Phila Lynotta, człowieka przez lata utożsamianego z zespołem. Powyższe przykłady dotyczą jednak liderów nieżyjących – rozstania z tymi żyjącymi przebiegają zwykle dość wybuchowo. Axl Rose – znany ze skłonności do słownych przepychanek i przemocy fizycznej – wyrzucił lub doprowadził do odejścia wszystkich członków swojej grupy Guns N’Roses po kolei. Muzycy Black Sabbath, uznając, że nadużywający alkoholu i narkotyków Ozzy Osbourne nie jest już w stanie godnie ich reprezentować, wysłali jego najlepszego kumpla, perkusistę Billa Warda, by zakomunikował rozstanie. Szczegółów rozmowy do dziś nikt nie pamięta – Ward, jak twierdzi, był pijany, kiedy przekazywał złe wieści. W każdym razie przez lata Osbourne (który zaczął z sukcesami karierę solową) pozdrawiał dawnych kolegów chłodnym angielskim „eat shit and die” – z wyjątkiem Warda, do którego zachował szacunek.

Polska też ma swoje legendarne rozstania tego typu. Konflikt między Zbigniewem Hołdysem i resztą kierowanej przez niego kiedyś grupy Perfect trwa już dobre dwie dekady i mimo dwukrotnego rozwiązania zespołu przez tego pierwszego, skądinąd autora większości starych przebojów, formacja działa w najlepsze, nagrywa kolejne płyty i daje koncerty. A legendarna nazwa, choćby na fali nostalgii, przyciąga publiczność. Jeszcze silniej naznaczony nostalgią odbiór towarzyszy nieprzerwanie działaniom Czerwonych Gitar, choć Seweryn Krajewski – po odejściu Krzysztofa Klenczona niekwestionowany lider grupy – próbował na drodze sądowej zablokować używanie nazwy przez dawnych kolegów. Bezskutecznie. Zespół, kierowany przez Jerzego Skrzypczyka i Jerzego Kosselę, przejeżdża Polskę wzdłuż i wszerz, gra też długie trasy dla amerykańskiej Polonii.

Band jak banda

Nikogo też nie powinno dziwić to, że grupy się rozpadają. Z zespołem rockowym jest jak z wczesnym ślubem – to związek, w który wchodzą ludzie nie całkiem dojrzali muzycznie, dwudziesto-, czasem nawet nastolatki. Niosą potem przez dorosłe życie te młodzieńcze pokłady energii, a zarazem problemy emocjonalne. „Grać w takim zespole to bardzo dziwne uczucie – definiował kiedyś The Edge z U2. – To jak być częścią ulicznego gangu. Owszem, całkiem fajnie jest być w takiej bandzie, gdy masz szesnaście lat. Ale kiedy zbliżasz się do 32 roku życia, sytuacja robi się cholernie dziwna”.

O ile wymienione wyżej Czerwone Gitary i Perfect to grupy ważne dla polskich lat 70. i 80., o tyle muzycy Myslovitz, największe sukcesy odnoszący w okolicach płyty „Miłość w czasach popkultury” (1999 r.), byli naszym łącznikiem z gitarową sceną brytyjską lat 90. To przysparzało im fanów, a wśród krytyków porównań z ówczesną czołówką z tego kraju, choćby z Oasis. Grupy ostatecznie rozwiązanej trzy lata temu, po kolejnej awanturze między braćmi Noelem i Liamem Gallagherami, nieuznającymi kulturalnych form rozstania – od początku zdarzały im się bójki i zapasy, rzucanie krzesłami i uderzenia z główki. Ostateczne odejście Noela w 2009 r. poprzedziła kłótnia w garderobie przed paryskim koncertem grupy. Według przywodzącej na myśl farsę relacji Noela, Liam rzucał owocami, a potem wymachiwał gitarą jak toporem, próbując go zranić. Dziś stoją na czele dwóch różnych zespołów, przyjmowanych ze słabnącym zainteresowaniem.

 

Ewolucję Myslovitz łatwiej zestawić z konkurencyjnym wobec Oasis zespołem Blur. Mimo wielu przebojów i bestsellerowych płyt w latach 90., po latach działalności, lider Damon Albarn (powołując się na słowa swoich mentorów z niemieckiej grupy Can) uznał cały dotychczasowy dorobek za rodzaj wstępu do tego, co rzeczywiście chciałby w muzyce robić. Dawał dowody coraz szerszych zainteresowań, które obejmowały afrykański folklor, funk i hip-hop. Z powodzeniem działał na czele grupy Gorillaz i realizował inne pomysły, podczas gdy kolegom z grupy szło słabiej. Komu mówią cokolwiek nazwy zespołów poszczególnych członków Blur, takie jak Fat Les czy The Ailerons? Ilu z fanów macierzystego zespołu ma na półce solowe albumy gitarzysty Grahama Coxona, skonfliktowanego w pewnym momencie z Albarnem? Choć chwalili je krytycy, na listach bestsellerów było gorzej – najlepszy wylądował na 19 pozycji brytyjskiego zestawienia.

To sytuacja bliska tego, co działo się w obozie Myslovitz. Siłę pobocznych projektów poszczególnych muzyków (Penny Lane, No! No! No!) trudno było porównywać z płytami ich głównego zespołu. Za to gdy Rojek założył na boku supergrupę Lenny Valentino, z miejsca uznano ją za objawienie. A jako dyrektor Off Festivalu lider Myslovitz udowadniał, że ma znacznie szersze zainteresowania

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Polityka on Facebook

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną