Edwin Bendyk
30 lipca 2011

Czy SMS-y psują język?

Mądrość w zwięzłości

Czy można wyobrazić sobie świat bez telefonów komórkowych? Coraz trudniej, bo zmieniły one nie tylko nasz sposób życia, lecz także przeorały język, dostosowując go do ograniczeń i możliwości mobilnej technologii.

Najsłynniejszą komórką ostatnich tygodni stał się telefon Grzegorza Napieralskiego, bo posłużył przewodniczącemu SLD do fotograficznego upamiętnienia spotkania z Barackiem Obamą. Fotka od razu poleciała w świat, czyli do Internetu – można ją obejrzeć na serwisie mikroblogowym Blip z podpisem: „Przekazałem pozdrowienia od polskich internautów”. Władysław Frasyniuk uznał zachowanie szefa SLD za wyraz buractwa, najwyraźniej nie rozumiejąc, że nawet jeśli było to buractwo, to bardzo dobrze skalkulowane.

Napieralski konsekwentnie buduje swój wizerunek młodego, dynamicznego polityka, doskonale znającego się na technice i innowacjach. A z badań wynika jasno, że 92 proc. polskich nastolatków wykorzystuje swoje komórki do filmowania i fotografowania (badania „Młodzież a telefony komórkowe” przeprowadzone przez TNS OBOP w marcu br. na zlecenie Internetq Poland). Polska młodzież, podobnie zresztą jak rówieśnicy z innych krajów, nie potrafi bez komórek wyobrazić sobie życia, 27 proc. deklaruje, że wróciłoby po zapomniany gdzieś aparat, 28 proc. dałoby jakoś radę bez telefonu, odczuwając jednak głęboki niepokój. Trudno się dziwić, skoro komórka przydaje się podczas lekcji (60 proc.), klasówek (18 proc.), a nawet podczas mszy (8 proc.).

Takie statystyki muszą wywoływać niepokój i dociekania, co się w nich wyraża. Być może fonoholizm, czyli nowa choroba cywilizacyjna polegająca na uzależnieniu od telefonu komórkowego. Czy w takim jednak razie o ludziach epoki przedkomórkowej należy mówić, że byli chronoholikami, czyli osobami uzależnionymi od zegarków? Jeszcze 20 lat temu zegarek i odmierzany za jego pomocą czas był głównym sposobem koordynacji ludzkich działań. Zmiana w fabryce zaczynała się o 6.00, co skrzętnie potwierdzał zegar kontrolny, lekcje w szkole o 8.00, co sygnalizował nieśmiertelny dzwonek. Możliwość wspólnego działania zapewniała wiedza, gdzie należy się spotkać o określonej godzinie.

Fabryka i szkoła nie zmieniły sposobu swojego działania, ciągle pracując z zegarowym rytmem, jednak uczniowie w trakcie lekcji korzystają z komórek m.in. po to, by umówić się na spotkanie po lekcjach. Ośrodkiem koordynacji stała się wymieniana natychmiast informacja.

Rzeczywistość SMS-owa

Spektakularną ilustracją przemiany języka stał się SMS, który analizują wszystkie szanujące się opracowania poświęcone nowym mediom: „Go 2 EDSA. Wear Blk”, czyli „Idź na Epifanio de los Santos Avenue. Ubierz się na czarno”. Rozesłany 17 stycznia 2001 r. komunikat poderwał na nogi tysiące mieszkańców Manili, którzy ruszyli, żeby zaprotestować przeciwko prezydentowi Josephowi Estradzie. Z czasem tłum urósł do siły, która odsunęła od władzy niechcianego polityka. Teoretycznie mechanizm ten co zawsze – gniewny tłum zbiera się po to, żeby dać wyraz swojemu stanowisku i osiągnąć jakiś cel, np. zmianę rządu. Tyle że dotychczas zazwyczaj za tłumem tym stała zorganizowana polityczna siła: partia lub centrala związkowa. W Manili wystąpił smart crowd (inteligentny tłum, pojęcia tego użył Howard Rheingold, wybitny amerykański obserwator przemian społecznych pod wpływem nowych mediów), czyli samoorganizująca się rzesza koordynująca swoje działania poprzez nieustającą komunikację.

Również w ten właśnie sposób organizowali się manifestanci z Kiszyniowa, z Teheranu, z Tunisu i Kairu, francuscy licealiści koordynowali swoje demonstracje przeciwko reformie emerytur, a Hiszpanie najpierw odsunęli od władzy José Marię Aznara w 2004 r., a dziś organizują ruch „Oburzonych”.

Człowiek współczesny uzależnił się od telefonu komórkowego, bo coraz częściej zastępuje on inne sposoby organizacji życia społecznego w epoce płynnej nowoczesności, jak ją nazywa nestor socjologii Zygmunt Bauman. Stałe, stabilne struktury i instytucje, nawet jeśli ciągle istnieją, stają się coraz słabsze, a ich miejsce przejmuje informacja. Jednym z najciekawszych wehikułów do jej przesyłania stał się właśnie SMS. Popularności esemesów nikt nie przewidział, pojawiły się one jako skutek uboczny rozwoju standardu cyfrowej komunikacji mobilnej GSM opracowanego w Europie. Telefony mobilne, tak jak zwykłe, miały służyć głównie do gadania, żeby jednak ułatwić zarządzanie siecią, w standardzie technologicznym przewidziano kanał umożliwiający przekazywanie niewielkich paczek danych, odpowiadających 160 znakom. Historycy telekomunikacji odnotowują, że pierwszy „cywilny” SMS został wysłany 3 grudnia 1992 r. Inżynier Neil Papworth wykorzystał nowe medium, by przekazać życzenia wesołych świąt Richardowi Jarvisowi, dyrektorowi Vodafone w Newbury w Anglii.

Przez kolejne lata niewiele się działo, aż w latach 1997–98 esemesy odkryła młodzież, zachęcona faktem, że większość sieci oferowała tę usługę bezpłatnie. Ruszyła lawina – w 2005 r. przez mobilne sieci przepłynął już bilion (tysiąc miliardów) komunikatów. Wraz z ilością pojawiła się nowa jakość, piszą wspomniani Ling i Donner. System SMS stał się podstawą rozwoju wielu usług biznesowych – w Afryce, gdzie z komórek korzysta już ok. 40 proc. mieszkańców, krótkie komunikaty są podstawą bezgotówkowego obrotu finansowego.

O wiele jednak ważniejsze, że SMS doprowadził do rozwoju nowych form interakcji międzyludzkich i ekspresji językowej. Co bowiem można wyrazić w 160 znakach standardowo przypisanych do jednego komunikatu?

Po pierwsze, że się jest. Antropolodzy badający komunikację esemesową zwrócili uwagę, że znaczna jej część ma „pusty” lub nieistotny pod względem semantycznym charakter – teksty typu „Jesteś?”, sam znak zapytania czy odzywki typu small talk – jak się masz, co u ciebie, ewentualnie tzw. emotikony – zapychają codziennie kanały transmisji operatorów. Mimo pozornej pustki wyrażają bardzo dużo: służą podtrzymywaniu międzyludzkich więzi. SMS w trakcie klasówki nie musi być wcale sposobem na podpowiedź, może być po prostu źródłem otuchy i znakiem wsparcia ze strony bliskiej osoby.

Electronic gift giving

Światem krótkich komunikatów rządzą nie mniej złożone reguły niż te odkryte przez antropologów w społecznościach pierwotnych, praktykujących wymianę darów. Nic więc dziwnego, że rytuały wymiany SMS niektórzy badacze opisują pojęciem electronic gift giving (elektroniczna wymiana darów), którą rządzą precyzyjne reguły wzajemności, prywatności, określone kody. Kody porozumienia zaczynają być kluczowe, gdy owe 160 znaków ma posłużyć do przekazania już konkretnej informacji. Jak w tak niewielkiej objętości zmieścić maksimum treści?

Odpowiedzią są oczywiście skróty i uproszczenia widoczne we wspomnianym komunikacie z Manili z 2001 r. Skróty zależą od języka, doskonale do takich operacji nadaje się angielski, gdzie całe słowa można zastępować odpowiednikami fonetycznymi (zamiast to, czyli „do”, wystarczy napisać 2, a zamiast grzecznościowego How Are You wystarczy HowRU). Nic więc dziwnego, że coraz bardziej biegli językowo Polacy chętnie korzystają z angielskiego w SMS, żegnając się za pomocą CU (See You) lub dziękując krótkim thx (thanks).

Polski także daje sporo możliwości, polegających głównie na upraszczaniu przekazu przez rezygnację z interpunkcji i znaków diakrytycznych czy pomijanie niektórych liter. Oczywiście takie

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną