Bartek Chaciński, Piotr Stasiak
16 kwietnia 2010

Kolejne wejście Apple'a

Jabłko niedaleko iPada

Z wielką pompą wszedł na amerykański rynek iPad firmy Apple. Już pierwszego dnia znalazł 300 tys. nabywców przekonanych, że kupują nowe, rewolucyjne urządzenie. Tymczasem to Apple kupił sobie w ten sposób nowych wiernych klientów.

Bladym świtem, w czwartek 1 kwietnia, Greg Packer, 47-letni robotnik budowlany z Nowego Jorku, zabrał rozkładane krzesełko turystyczne, termos z kawą i ruszył pod sklep Apple na Piątej Alei. W ten sposób, dwa dni wcześniej, przygotował się do rynkowej premiery nowego, głośnego gadżetu – tabletu iPad. A Greg Packer, jako najsłynniejszy stacz kolejkowy Ameryki – czatował już m.in. na konsolę PlayStation 3 i książki o „Harrym Potterze” – po prostu musiał tam być. Pociąga go błysk fleszy, wywiady oraz to, że doczekał się już notki o sobie w Wikipedii. Fani produktów Apple, oczekujący nerwowo przed sklepami na wiele godzin przed ich otwarciem, stali się już znakiem firmowym premiery każdego nowego gadżetu tej firmy. Zdjęcie pierwszego klienta, który wyjdzie ze sklepu, triumfalnie dzierżąc w rękach pudło, obiegnie świat. Kolejki przyciągają bowiem tyle samo mediów co stojących. Dla Apple to gigantyczna darmowa reklama. Nic więc dziwnego, że „staczy” obdarowuje koszulkami i darmową kawą.

Premiera iPada była dla firmy Apple najważniejszym dniem od czerwca 2007 r., kiedy to na rynek trafił poprzedni elektroniczny gadżet sygnowany znaczkiem nadgryzionego jabłuszka – telefon iPhone. W sobotnie popołudnie okazało się zresztą, że kolejek już nie ma, a iPadów nie zabrakło (analitycy spodziewali się, grubo na wyrost, półmilionowej sprzedaży). Entuzjaści Apple przypominają, że pierwsze dni sprzedaży telefonu iPhone też rozczarowały, a dziś nosi go ze sobą 75 mln ludzi. – Jeśli wprowadza się na rynek nowy produkt, którego ludzie nie mieli jeszcze okazji zobaczyć, a mimo to w ciemno kupują 300 tys. sztuk, to musi być sukces – komentuje Jim Dalrymple, szef serwisu internetowego The Loop. Fani koncernu, kierowanego przez charyzmatycznego Steve’a Jobsa, wierzą, że iPad zmieni świat komputerów. Tak jak wcześniej odtwarzacz iPod zrewolucjonizował świat muzyki, a iPhone – rynek telefonów komórkowych.

Zamknięty i jednozadaniowy

Nabywcy iPada wychodzili ze sklepów z niewielkim urządzeniem, wyposażonym w dotykowy ekran o 25-centymetrowej przekątnej i ważącym niecałe 700 gramów. Pozwala ono na szybkie przeglądanie Internetu i multimediów, wysyłanie e-maili i robienie notatek, ale nie przewiduje – poza kilkoma wyjątkami – pracy wielozadaniowej, czyli uruchamiania wielu programów naraz. W podstawowej wersji kosztuje 499 dol. (w Polsce można je już kupić na Allegro, od 2 do 3,6 tys. zł, w cenie kurier z USA).

Ci, którzy nie mieli do czynienia z poprzednimi produktami Apple, zdziwili się pewnie, że urządzenie jest całkowicie zamknięte. Po pierwsze fizycznie – Apple nie przewiduje żadnej ingerencji użytkownika w to, co znajduje się wewnątrz. Nawet gdy popsuje się bateria, sprzęt trzeba odesłać do autoryzowanego serwisu.

Po drugie – co jest jeszcze ważniejsze – sprzęt zamknięty jest również od strony oprogramowania. Aby komunikował się z komputerem, konieczne będzie zainstalowanie programu firmy Apple. A ten zaprowadzi nas wprost do sklepu internetowego iTunes, prowadzonego przez – jakżeby inaczej – firmę Apple. Tu z kolei zachodni klienci (dla polskich sklep jest wciąż zamknięty) zaopatrzą się w nowe piosenki Lady Ga-Gi albo film Martina Scorsese. Z tego samego sklepu użytkownicy „jabłkowych” urządzeń będą mogli ściągać e-booki oraz dodatkowe programy (czyli aplikacje, w świecie Apple nazywane Appsami – gry, rozrywkę i użyteczne rozszerzenia do swych urządzeń). Zwykle za drobną, kilkudolarową opłatą. Dodatkowo iPad pozwoli czytać gazety w specjalnie przygotowanych wersjach.

– Apple sprzedaje nie tylko urządzenie, ale cały ekosystem, w którym ono funkcjonuje: dodatki, usługi i zawartość, którą można je wypełnić. Ma to swoje plusy, bo wszystko jest łatwo dostępne i intuicyjne dla użytkownika. Ale są też minusy – mówi Artur Kurasiński, bloger i entuzjasta nowych technologii. Firmę Microsoft, producenta Windows, ścigały urzędy antymonopolowe na całym świecie. Apple tworzy monopol podobny, tylko sprytniejszy. Amerykański producent uparcie stosuje nawet własne standardy złącz – w iPadzie nie ma powszechnego dziś w elektronicznych gadżetach gniazda USB. Na skutek tego posiadacze iPada muszą wybierać te spośród dodatków, których produkcję kontroluje koncern Apple – klawiaturę, futerał czy zasilacz. Pierwszy raz w historii jedna firma jednocześnie udostępnia sprzęt i całkowicie kontroluje sprzedawane do niego oprogramowanie i media.

Jak deklaruje Apple, nie jest to próba monopolizacji rynku, tylko walka z piractwem. Bo w świecie Apple wszystko jest legalne, ale w sporej części odpłatne. Piractwo co prawda istnieje, ale wymaga pewnej wiedzy technicznej. Dzięki temu każdy po kolei: zwykły użytkownik, autor, artysta i dystrybutor treści – zyskują. Największym beneficjentem jest pośrednio sam Apple, który zabiera sobie 30 proc. prowizji z każdego dolara przepływającego przez kontrolowane przez siebie kanały sprzedaży. Na samych aplikacjach do telefonu (a teraz również iPada) miesięczny zarobek to 250 mln dol., z czego 75 mln płynie do kasy koncernu, a 175 mln do twórców Appsów.

Apple - Wielki Brat

Pisanie aplikacji na produkty Apple to dziś najszybciej rozwijający się sektor światowego rynku oprogramowania. – Sklep internetowy Apple daje natychmiastowy dostęp do milionów klientów – mówi Łukasz Serwatka ze śląskiej firmy Solution Lions, która specjalizuje się w pisaniu dodatków do iPhone’a. To gra warta świeczki, nawet jeśli wcześniej trzeba wykupić roczne zezwolenie na pisanie oprogramowania (oczywiście od Apple – cena od 99 dol. wzwyż, w zależności od rozmiarów firmy).

Ale zanim cokolwiek trafi do internetowego sklepu Apple, musi zostać zweryfikowane i zaakceptowane przez jego obsługę. Przy okazji amerykański koncern narzuca inne twarde warunki współpracy. Reguluje je 28-stronicowa umowa – skrytykowana niedawno przez think tank Electronic Frontier Foundation. Zawiera m.in. klauzulę, że koncern może w dowolnym momencie wyłączyć program bez podania przyczyn. Apple od początku zakazywał sprzedaży w swym sklepie aplikacji o charakterze pornograficznym, a od lutego tego roku również tych o charakterze „lekko erotycznym”. Firma ma już na koncie przypadki cenzury aplikacji – z pakietu gazet sprzedawanych na iPhone’a wyleciała m.in. brytyjska bulwarówka „The Sun”, która tradycyjnie na trzeciej stronie drukuje zdjęcie roznegliżowanej dziewczyny. Wyrzucono też nieautoryzowaną biografię Steve’a Jobsa oraz wszystkie książki wydane przez to samo niepokorne wydawnictwo.

Tymczasem producent iPada nic nie robi sobie z zarzutów, że staje się cyfrowym wielkim bratem. W styczniu spółka podała najlepsze wyniki finansowe w swojej historii, i to pomimo trwającego wokół kryzysu. Tylko w ostatnim kwartale 2010 r. zarobiła na czysto 3,3 mld dol. (przy przychodach 15,6 mld). Wartość rynkowa Apple wynosi

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną