Recenzja płyty: Kate Bush, „Director's Cut”
Wydanie drugie, poprawione
Bush znów bierze na warsztat swoje dwie superprodukcje z przełomu lat 80. i 90.
materiały prasowe

Z jednej strony uwielbiana przez konserwatystów, dla których ambitny wokalny pop z lat 80. jest ostatnią ciekawą rzeczą w muzyce. Z drugiej strony – jest punktem wyjścia dla amerykańskich muzyków alternatywnych, którzy wspominają jej utwory jako muzykę dzieciństwa, odkrywając w nich mgłę romantyzmu, aurę tajemnicy. No i dla wokalistek autorek pokroju Joanny Newsom.

Bush chyba wyczuła to zainteresowanie, bo znów bierze na warsztat swoje dwie superprodukcje z przełomu lat 80. i 90.: „The Sensual World” i „The Red Shoes”. I – jak przystało na perfekcjonistkę – przedstawia ich wspólną „wersję reżyserską”. Tu i ówdzie trochę upraszcza, robi kilka nowych nowoczesnych cięć, kilka piosenek nagrywa zupełnie na nowo (i to z niezłym skutkiem!), sięga nawet, w zgodzie z modą, po efekt Auto-Tune, co może rozsierdzić jej fanów (więcej o inżynieryjnych zabiegach na ludzkim głosie – s. 86), ale trzeba przyznać, że robi to w sposób służący muzyce. Z jednego powodu nie wypada z nią polemizować: z dwóch niedoskonałych płyt wyszła jej jedna świetna.

Kate Bush, „Director’s Cut”, EMI

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj