Recenzja spektaklu: "Wassa Żeleznowa", reż. Waldemar Raźniak
Wassa z żelaza
Brakuje choć krztyny pracy z aktorem - tak oto buduje się teatr (w dawnym kinie Ochota)

Na filmie dokumentalnym, wyświetlanym przed spektaklami „Wassy Żeleznowej” Maksyma Gorkiego w reż. Waldemara Raźniaka w Och-Teatrze w Warszawie, buduje się teatr (w dawnym kinie Ochota), aktorzy próbują sceny, przymierzają kostiumy, a nawet ćwiczą układ walki. Ogólna radość spod znaku: tworzymy sztukę. A potem zaczyna się przedstawienie i okazuje się, że żadna sztuka nie powstała.

Trzy pokolenia rodu Żeleznowów, pracownicy firmy i służba wchodzą na otoczoną z dwóch stron rzędami foteli (w sumie jest ich 450) scenę i przez dwie godziny, w powolnym, miarowym rytmie marsza żałobnego, uniżonością lub szantażem wyciągają pieniądze od babki-biznesmenki, która twardą ręką dzierży rodzinny interes i pierze rodzinne brudy. A wszystko to w imię przetrwania zdegenerowanej familii. Okazuje się, że klasyka literatury rosyjskiej, Krystyna Janda w roli głównej, Jerzy Trela w epizodzie, aktorzy znani z seriali w rolach pozostałych, a także dziecko, błazen, gra na gitarze, rzewna dumka, bójka i taniec to wciąż za mało.

Brakuje choć krztyny pracy z aktorem, psychologicznego pogłębienia postaci, a czasem nawet informacji, kim ona jest. Np. Mielnikow Jacka Belera? Albo Rachela, grana na zmianę przez Bożenę Stachurę i Dorotę Landowską: dlaczego przekroczyła granicę nielegalnie (i dlaczego w różowej balowej sukni), dlaczego nagle postanowiła odzyskać syna? Dialogi brzmią sztucznie, między postaciami nie ma napięcia. W efekcie nie ma dramatu i nie ma spektaklu. Jest pokaz XIX-wiecznej mody rosyjskiej.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj