O kondycji rodzaju ludzkiego
Przygody człowieka na ziemi niczyjej
Rozmowa profesorem Tadeuszem Bielickim, antropologiem, o naturze ludzkiej dobrostanie, bezklasowości biologicznej i ucieczce spod darwinowskiego dyktatu.
Co antropolodzy o nas wiedzą?
raulsantosdelacamara/Flickr CC by SA

Co antropolodzy o nas wiedzą?

Jaki jest dzisiejszy człowiek?
Ed Yourdon/Flickr CC by SA

Jaki jest dzisiejszy człowiek?

Panie profesorze, czego chce się dowiedzieć antropolog?

Tadeusz Bielicki: – Chce wiedzieć, skąd się wziął człowiek, ten niesamowity gatunek, jakie były siły napędowe jego ewolucji, jak zmieniały się jego cechy biologiczne w czasie i przestrzeni. Bada on metodami antropologicznymi i biologicznymi rozmaitość ludzi dzisiejszych, np. zróżnicowanie rasowe, chociaż jest to od pewnego czasu temat niepoprawny politycznie. Bada także, w jaki sposób wewnątrz dzisiejszych populacji odzwierciedla się nierówność społeczna, różnice między warstwami społecznymi. Jak te różnice ewoluują w czasie. Obowiązkiem antropologa jest również danie naukowej refleksji na temat tego, czym jest natura ludzka.

No właśnie, czym jest?

Zespołem cech, które wyróżniają człowieka od innych gatunków zwierzęcych i które są uniwersalne, tzn. dotyczą ludzkości jako całości, występują niezależnie od czasu, kultury. Szczególnie interesują antropologa cechy wrodzone, predysponujące do określonych zachowań, wbudowane w ludzi w toku ewolucji naszego gatunku.

Na przykład?

Na przykład można by dowodzić, że bardziej zgodny z naturą ludzką jest ustrój wolnorynkowy z konkurencją jako głównym motorem. Miałby on być zgodny z tendencją każdej ludzkiej jednostki do dbania o los swój, rodziny, do powiększania swoich zasobów. Ustroje, które tłumią te dążenia, stawiają na egalitaryzm, byłyby zatem z naturą ludzką sprzeczne.
 
A nie jest tak?

Niezupełnie, ponieważ można zbudować pogląd dokładnie odwrotny. Otóż 99 proc. historii człowieka, wiemy to na pewno, upłynęło w ustroju zupełnie różnym od opartego na indywidualnej konkurencji. W społeczeństwach paleolitycznych panował ustrój egalitarny, z równym podziałem łupów w małych grupach łowieckich. W tych grupach nie było żadnych zróżnicowań społecznych, indywidualnego bogacenia się, kładziono nacisk na współpracę. I w tym archaicznym ustroju rozegrał się cały proces ewolucji, aż do wyłonienia się homo sapiens.

Taki pierwotny, za przeproszeniem, komunizm?

Jedyny prawdziwy komunizm na dużą skalę, jaki znamy.

I antropolodzy są pewni, że ten komunizm naprawdę istniał?

Oczywiście. Wiadomo o tym z badań archeologicznych dawnych społeczeństw zbieracko-łowieckich. Część z nich zresztą dotrwała w niektórych zakątkach świata do połowy XX w. i została dobrze zbadana przez etnografów. Badania te pokazują, że to być może wyścig szczurów, twarda konkurencja jest sprzeczna z naturą ludzką, jest więc niejako wynaturzeniem.

Małpy nie wprowadziły komunizmu u siebie?

Nie, to jest typowo ludzka forma organizacji społeczeństwa, wyjątek wśród ssaków naczelnych.

Wiadomo, dlaczego człowiek ją wybrał?

Małpy zajmują się zbieractwem i są w zasadzie roślinożerne. Ale kilka milionów lat temu człowiek, który wywodzi się z antropoidów blisko spokrewnionych z szympansem, dodał do tego trybu życia istotną nowość – drapieżnictwo. Polowania na zwierzynę, początkowo drobną, nieruchawą, a następnie także wielką, szybką i znacznie silniejszą od niego. Było to łowiectwo uprawiane z konieczności zespołowo. I ten fakt uruchomił cały proces antropogenezy, odskakiwania człowieka od jego bliskich krewniaków – małp.

Co skłoniło człowieka do wejścia na tę ścieżkę? Apetyt na mięso?

Głównym powodem mogły być zmiany klimatyczne, stepowienie i zanik lasów tropikalnych we wschodniej Afryce. W jego wyniku niektóre populacje praludzi znalazły się poza środowiskiem leśnym i musiały zacząć uzupełniać pokarm roślinny mięsem. Późniejszy wynalazek narzędzi kamiennych znacznie poprawił możliwości łowieckie człowieka – istoty w ogóle do tego nieprzystosowanej. Przecież człowiek ani szybko nie biega, nie ma wielkiej siły, pazurów, zębów drapieżcy. Więc trick ewolucyjny, którego użyły prahominidy, polegał na wynalezieniu narzędzi kamiennych służących m.in. jako broń.

Lądowanie na dwie nogi

Wygląda na to, że człowiek osiągnął na etapie komunistycznych wspólnot zbieracko-łowieckich pewną harmonię bytowania. Dlaczego mimo to ruszył ewolucyjnie do przodu? Źle mu było?

Znakomite pytanie, ale nie ma na nie jasnej odpowiedzi. To pytanie o to, co było siłą napędową ewolucji mózgu i psychiki ludzkiej. Widocznie człowiekowi nie było dobrze. Uruchomiony został proces, w którym jednak potrzebne stały się lepsze sposoby komunikowania się, takie jak mowa ludzka. Jest ona narzędziem fenomenalnym, za jej pomocą możemy informować się nie tylko o tym, co tu i teraz, ale także o przyszłości i przeszłości. Ten system komunikacji wzmógł nasze możliwości poznawcze, pozwolił odkryć fundamentalne własności świata, które na zawsze pozostaną zakryte przed innymi gatunkami zwierzęcymi.

Wiemy, kiedy skończył się ten komunistyczny epizod w ewolucji człowieka?

Wtedy, kiedy człowiek zaczął być rolnikiem, istotą osiadłą. Wówczas po raz pierwszy w jego historii powstały nadwyżki żywności, a więc i chęć do indywidualnego bogacenia się, a także specjalizacja pracy, zróżnicowania społeczne. Człowiek osiadły – rolnik i hodowca – otworzył nowy rozdział, który trwa do dzisiaj. Ale ten ostatni rozdział otwarty został stosunkowo niedawno, zaledwie 10 tys. lat temu.

Czy jest coś istotnego, czego antropolodzy wciąż nie wiedzą o drodze ewolucyjnej człowieka?

Paleoantropologia jest dziś blisko odkrycia bezpośredniego przodka człowieka, tzw. brakującego ogniwa w rozwoju ewolucyjnym. Antropolodzy są zdania, że najstarsze odnalezione istoty człowiekowate sprzed 5 czy 6 mln lat – wczesne australopiteki – są bardzo blisko punktu rozszczepienia linii ewolucyjnej na tę wiodącą ku homo sapiens i tę prowadzącą do szympansa. Te najwcześniejsze hominidy mają bardzo ciekawy zestaw cech – prawie ludzkie uzębienie i możliwość chodzenia na dwóch kończynach w wyprostowanej postawie, przy jednoczesnym zaniku chwytności stóp. Natomiast mają jeszcze małpi poziom rozwoju mózgu. Ewolucja mózgu ruszyła z miejsca dopiero ok. 1,5 mln lat temu i przebiegała fenomenalnie szybko.

Czego zatem szukają antropolodzy?

Począwszy od australopiteków z małpim mózgiem historia człowieka jest poznana nieźle, lepiej niż historia szympansa czy goryla. Natomiast nie trafiono dotąd na znaleziska, które by jednoznacznie pokazywały, jak wyglądała forma przejściowa od małp nadrzewnych do istot poruszających się na dwóch kończynach.

Na razie lepiej być zdrowym i bogatym

Ciekawe, co antropologia może powiedzieć o człowieku dzisiejszym?

Badając np. zróżnicowanie rasowe lub społeczne ludzkości, może wiele powiedzieć o procesach społecznych dziejących się na naszych oczach. To inna dziedzina antropologii, mająca silne związki z socjologią, demografią. Wyjaśnia ona, jakie konsekwencje dla dobrostanu człowieka, jego prawidłowego rozwoju i pomyślności ma fakt istnienia nierówności społecznych.

Co to jest ten dobrostan?

Pojęcie mówiące o tym, jak się różnym grupom społecznym wiedzie pod względem zdrowia, długości życia, rozwoju fizycznego. Dobrostan określa jakość życia. Antropolodzy próbują odpowiedzieć na pytanie, jakie są kontrasty społeczne, w jaki sposób się przejawiają np. w rozwoju fizycznym dzieci, w długości trwania życia, umiejętności unikania przedwczesnej śmierci.

I jak się mają te nierówności do poziomu dobrostanu? Można udowodnić, że ludzie biedni są niżsi, mniej sprawni, gorzej rozwinięci fizycznie?

W setkach badań pokazano, że wzrost dzieci i młodzieży w każdym przedziale wieku, a także tempo pokwitania, zależy od wykształcenia i pozycji zawodowej rodziców. Analogiczne nierówności występują pod względem tempa starzenia się organizmu. Jak pokazały badania w Zakładzie Antropologii PAN, słabo wykształceni 50-latkowie są pod względem wielu cech biologicznie starsze, mocniej nadszarpnięte przez wiek niż ich rówieśnicy z wykształceniem wyższym. Okazuje się, że jednym ze wskaźników zdrowia, na którym wyraźnie odbija się rozwarstwienie społeczne, jest tempo nieuchronnie postępującego z wiekiem procesu osteoporozy. A kiedy porównuje się wielkomiejską inteligencję z wielkomiejskimi robotnikami o wykształceniu zasadniczym, okazuje się, że ci drudzy mają np. gorszą gibkość kręgosłupa, relatywnie gorszą pojemność płuc, większy odsetek osób o podwyższonym ciśnieniu, gorszą koordynację wzrokowo-ruchową, a kobiety dodatkowo wcześniej osiągają klimakterium. Analogiczne różnice występują, gdy idzie o długość życia.

Czego dzięki tego rodzaju badaniom dowiedzieliście się o Polakach na przykład w ostatnich 15 latach?

Potrafimy powiedzieć, jakie skutki biologiczne miała transformacja ustrojowa, czy – generalnie rzecz biorąc – trend był pozytywny czy negatywny.

Wiele osób widzi ten okres czarno.

Badania pokazują, wbrew temu, co się mówi, że sytuacja Polaków zmieniła się na lepsze. Nasilenie umieralności zmalało we wszystkich grupach społecznych. Dystans w nasileniu umieralności pomiędzy grupami społecznymi co prawda rósł, ale nieznacznie, a więc nie ma mowy o tworzeniu się przepaści cywilizacyjnej. Podobne tendencje występują, gdy idzie o zwiększenie się wzrostu młodzieży, m.in. poborowych.

Tak czy inaczej to smutne: nie dość, że jesteś biedniejszy i gorzej wykształcony od innych, to na dodatek jesteś od nich niższy, bardziej otyły, mniej sprawny i szybciej umrzesz.

Wygląda na to, że w możliwej do przewidzenia przyszłości nie ma ucieczki od ustroju wolnorynkowego, a więc również od posępnego zjawiska nierówności społecznych.

Ci, którzy sobie nie radzą, będą zawsze upośledzeni pod każdym względem, nawet biologicznym?

Niekoniecznie. Z niektórych zamożnych krajów – Szwecji, Norwegii – zaczęły w ostatnich 20 latach napływać sygnały wskazujące na szybkie spłaszczanie się biologicznych różnic między klasami społecznymi. Wynika z nich, że chociaż rozwarstwienie społeczne nadal istnieje, to jednak przestaje mieć konsekwencje biologiczne. Różnice w poziomie dobrostanu maleją, chociaż różnice w zarobkach i poziomie wykształcenia są wciąż znaczne. Inaczej mówiąc, system opieki zapewnia tam takie minimum egzystencji, że bycie np. dzieckiem palacza w kotłowni nie upośledza żadnych wskaźników zdrowia, rozwoju, długowieczności w porównaniu z dzieckiem biznesmena lub adwokata.

Nie ma już szans na powrót do społeczeństwa bezklasowego, ale jest szansa na, jak pan to kiedyś napisał, bezklasowość biologiczną?

Tak. Stan bezklasowości społeczeństwa jest we współczesnym świecie osiągalny, ale tylko w sensie stopniowego zanikania – zapewne po raz pierwszy w całych poneolitycznych dziejach ludzkości – różnic między klasami i warstwami społecznymi pod względem dobrostanu biologicznego jednostek. Być może doprowadzimy do tego, by konsekwencje podziałów społecznych nie przejawiały się w stanie zdrowia człowieka, długości trwania jego życia, a nawet w stopniu zadowolenia z życia. To jest do zrobienia.

Pięknie. I antropolodzy w tym pomogą?

W każdym razie przypada im ekscytująca rola głównych ekspertów od monitorowania społecznej kondycji rodzaju ludzkiego.

Nie dajmy się uzwierzęcić

Jakimi narzędziami posługuje się antropolog? Co on właściwie robi?

Antropologia jest nauką trochę pasożytniczą, bo do tego, aby budować syntetyczny obraz człowieka jako gatunku, jego kondycji historycznej i obecnej, korzysta z bardzo różnego rodzaju danych. To są dane demografów, socjologów, służby zdrowia. Dotyczą one rozmaitych wskaźników zdrowotności, fizjologicznych, zmian w strukturze diety, w trybie życia, a także w nasileniu umieralności.

Antropolog analizuje to wszystko, co produkuje administracyjna maszyneria państwa.

Także sam inicjuje wiele badań. Z tego wszystkiego lepi potem syntezy, analizując ogromne zbiory danych wyrafinowanymi metodami statystyki matematycznej. Pozwalają one nie tylko mierzyć i interpretować różnice między warstwami społecznymi pod względem biologicznego dobrostanu jednostek, ale także rozkładać owe różnice na poszczególne, samoistnie działające czynniki sprawcze. Krótko mówiąc, antropolog potrafi szacować, jak daleko już zaawansowane są poszczególne społeczeństwa na drodze ku owemu jedynemu osiągalnemu stanowi biologicznej bezklasowości.

Panie profesorze, czy do badania człowieka nie wystarczy biologia? Przecież człowiek to tylko jeden z gatunków ssaków, przedstawiciel świata zwierząt.

Antropologia biologiczna (w odróżnieniu od kulturowej) jest w zasadzie częścią biologii, zajmuje się jednym gatunkiem – homo sapiens – i używa w tym celu wszystkich metod biologii. Ale z uwagi na niezwykłą właściwość człowieka polegającą na tym, że jako jedyny posiada kulturę i przejawia zachowania idące pod prąd zachowaniom biologicznym, biologia nie wystarcza.

Człowiek wymyka się biologii?

Wymyka się pewną częścią swoich zachowań.

Ale biologia człowiekowi nie odpuszcza i usiłuje go z powrotem ściągnąć do świata zwierząt. Mam wrażenie, że próbuje zobaczyć w nim jedynie coś w rodzaju supermałpy.

To prawda, można powiedzieć, że współczesna biologia z delikatnością buldożera druzgocze, jedną po drugiej, odwiecznie uznawane granice oddzielające świat ludzki od zwierzęcego. Proces ten postępuje z jednej strony przez stopniowe przesuwanie w kierunku ludzkim tego, co można by nazwać górnym pułapem zwierzęcych możliwości umysłowych znanych nauce, z drugiej – polega na zaciekłym uzwierzęcaniu obrazu rozmaitych, znanych z życia codziennego zachowań ludzkich – agresywnych, obronnych, seksualnych, rodzicielsko-opiekuńczych. Biologia stara się wykazać, że są one bardzo podobne do analogicznych zachowań zwierzęcych i mają ten sam sens biologiczny. Wszystkie gatunki, nie wyłączając człowieka – powiada biologia za Darwinem – wyposażone są w genetycznie zaprogramowane skłonności do takich tylko zachowań, które stwarzają osobnikowi największe szanse na sukces rozrodczy.

Może coś w tym jest? Zdaniem biologów różnica między genomem człowieka i szympansa dotyczy zaledwie ok. 1 proc. genów.

A zatem cały ów niesamowity kontrast między psychiką człowieka i antropoida – ów fakt, że to ja chodzę oglądać szympansa w zoo, a nie na odwrót – miałby swoje źródło w trywialnie małej różnicy struktury genomu, różnicy na pewno mniejszej niż ta, która dzieli szympansa od pawiana?

No, nie wiem.

Proszę zważyć na takie niezwykłości ludzkiego umysłu, jak zdolność do kontemplowania własnej egzystencji, w tym świadomość śmierci, albo na niesłychaną potęgę informacyjną mowy ludzkiej. Dodajmy do tego niesamowitą, wyłącznie ludzką, zdolność do odgadywania głęboko ukrytych własności świata, takich jak kulistość ziemi, ucieczka galaktyk, istnienie i funkcjonowanie genów, natura chmur. To wszystko potwierdza pogląd o istnieniu jakościowej różnicy między człowiekiem a resztą ssaków naczelnych.

W jaki sposób doszło do jej powstania?

To do dziś stanowi zagadkę. W każdym razie dystans dzielący człowieka od szympansa jest pod wszystkimi tymi względami większy od dystansu dzielącego szympansa od, dajmy na to, ośmiornicy.

Ten dystans sprawia, że człowiek niezupełnie mieści się w koncepcji Darwina?

Według Darwina cała przyroda sterowana jest jedną potężną siłą: nakazem maksymalnego sukcesu reprodukcyjnego. I cały szereg zachowań ludzkich rzeczywiście „słucha” tej zasady, tutaj człowiek nie różni się ani od szczura, ani od śledzia i pawiana. Ale są pewne ludzkie zachowania, które tej zasadzie przeczą. Na przykład altruizm, który zdaniem części antropologów wyłamuje się w tajemniczy sposób ze strategii obliczonej na sukces rozrodczy. Człowiek znaczną część swojego życia poświęca na zajmowanie się rzeczami, które nijak mają się do zasady: rozmnażaj się za wszelką cenę i zwyciężaj w ten sposób konkurentów.

Złamany dyktat genów

Są opinie, że to tajemnicze wyłamanie się to tylko pozór.

Rzeczywiście, w latach 60. Anglik W.D. Hamilton udowodnił, że altruizm może być dla altruisty opłacalny, że może sprzyjać rozpowszechnieniu jego genów w następnym pokoleniu pod warunkiem, że kierowany jest do krewniaków. Wkrótce potem zauważono, iż akt altruizmu może się opłacać nawet wtedy, gdy jest kierowany do obcego, pod warunkiem, że w przyszłości zostanie altruiście odwzajemniony i to z nawiązką.

Zatem ta ludzka skłonność do altruizmu robi się mocno podejrzana.

Ale twierdzę, że są u człowieka rodzaje altruizmu, które nie dają się wytłumaczyć schematem darwinowskim. Altruizm prawdziwie bezinteresowny, skryty, anonimowy, który nie ma przecież sensu z punktu widzenia egoistycznej zasady maksymalnego sukcesu reprodukcyjnego. Taki altruizm to jedno z ludzkich zachowań łamiących zasadę darwinowską.

Jakie są inne?

Na przykład akty świadomego powstrzymywania się od działań takich jak kradzież, oszustwo, kłamstwo, które mogłyby sprzyjać szeroko pojętej pomyślności osobnika, czyli, w sensie darwinowskim, jego szansom na sukces rozrodczy. Także zachowania samoniszczące – samobójstwo, akt zemsty podjęty z narażeniem własnego życia, celibat, niektóre formy ascezy. Takie zachowania stanowią jawne wypowiedzenie posłuszeństwa zasadzie darwinowskiej.

Bez względu na to, czy są to czyny świętych, czy pospolitych bandytów?

Tak, to bardzo istotna uwaga. Antropolog musi przyznać, że istnieje pewne głębokie pokrewieństwo między uczynkiem Mohammeda Atty, wbijającego pełen pasażerów odrzutowiec w bryłę nowojorskiego wieżowca, a uczynkiem Maksymiliana Kolbe, ofiarującego siebie na powolną śmierć w oświęcimskim bunkrze w zamian za ocalenie życia bliźniego. Pierwszy akt był wedle naszych norm moralnych nikczemny, drugi godny czci, lecz oba były całkowicie ponadzwierzęce, czysto człowiecze.

Mówiło się, że terroryści rozbijający samoloty o wieże WTC zrobili to dla zysku w postaci wiecznej szczęśliwości w muzułmańskim raju.

To się nie broni, ponieważ w raju pan nie oczekuje szczęśliwości w postaci tej jedynej nagrody, która w darwinizmie się liczy, mianowicie sukcesu rozrodczego. Żadna religia nie obiecuje rozrodu w zaświatach.

No tak, ale przychodzi biolog redukcjonista i powiada: Panie, to są pozory, co pan plecie, w gruncie rzeczy to wszystko jest ukryty egoizm, pana zachowanie i tak zawsze zgodne jest z dyktatem genów.

Moim zdaniem tak nie jest. Ale nawet gdyby tak było, to jest to bardzo ponury światopogląd, który odziera nas z wszelkiej iluzji, że jesteśmy jednostkami zdolnymi do szlachetności, bezinteresowności. Oczywiście także do nikczemności.

Chce pan powiedzieć, że może lepiej zachować tę iluzję?

Może lepiej. Jeśli prawdą jest, że każdy z nas jest zaprogramowany na dwa sposoby: po pierwsze przez geny, które nas wyposażają w predyspozycje do zachowań egoistycznych zmierzających do sukcesu reprodukcyjnego, po drugie przez zachowania kulturowe, które mogą (choć nie muszą) być z tamtym zaprogramowaniem sprzeczne i jeśli człowiek byłby zdeterminowany bez reszty przez jeden i drugi program, to gdzie byłoby miejsce na wolność woli, na ludzką zdolność wyboru między dobrem i złem? Jest taka tajemnicza strefa ziemi niczyjej, na której istnieje ludzka wolność wyboru, która nie poddaje się ani jednemu, ani drugiemu determinizmowi. Ani biologicznemu, ani kulturowemu. Determinizm kiepsko pasuje do opisywania ludzkiego świata.

I na tym skrawku człowiek jest najbardziej człowiekiem?

Tak, tu leży moim zdaniem istota człowieczeństwa. Mogę iść w życiu tropami szympansa, bociana lub jaszczurki, tzn. słuchać obowiązującego w przyrodzie dyktatu zasady darwinowskiej, ale nie muszę. Bo w mojej ludzkiej mocy jest zadrwić sobie z tego dyktatu i obrać drogę terrorysty, świętego albo wolontariusza.

Zostawmy dyskretny półmrok

Wygląda na to, że jesteśmy gatunkiem pozostającym w jakimś dramatycznym rozdarciu?

Jesteśmy istotami dwoistymi, wewnętrznie rozdartymi pomiędzy świat przyrody a świat niedający się bez reszty zinterpretować w kategoriach przyrodniczych, świat tajemniczy. Co więcej, oba elementy owej dwubiegunowości są wzajemnie antagonistyczne. Myślę, że owa dysharmonia zaprogramowań jest głęboką i nieusuwalną właściwością ludzkiej kondycji i cechą nadającą jej wymiar tragiczny.

Tajemniczy obszar ziemi niczyjej nie poddaje się eksploracji naukowej?

Jeśli nawet kiedyś by się poddał, można, trochę z głupia frant, zapytać, czy warto go badać? Mówię to już nie jako naukowiec, ale jako dywersant. Może warto człowiekowi pozostawić pewne iluzje? Gdyby tę strefę do końca rozświetlono, unicestwiono by pewnie fundamenty funkcjonowania ludzkiego społeczeństwa, np. pojęcia norm moralnych, odpowiedzialności jednostki za własne czyny, a zatem winy, kary, nagrody. Naukowiec powie: Badać, bo celem nauki jest poznanie. Ale trzeba się serio zastanowić, czy pewnych prawd nie należałoby schować do szuflady? Czy człowiek nie powinien pozostać istotą, która na temat siebie samego i innych ludzi ma pewne ułudy, pewne wierzenia i przekonania, których nie chce zniszczyć?

Chce pan powiedzieć, że może nie wszystko warto wiedzieć?

No, to jest pytanie-dynamit. Odpowiem tak. Postępu wiedzy nie da się oczywiście zatrzymać. I chwała Bogu, bo przecież pożytki z niej ogromnie górują nad niebezpieczeństwami. Ale ja osobiście z pewną melancholią rozmyślam o świecie, w którym – z tego, co dziś jeszcze postrzegamy jako tkwiącą w zachowaniach ludzkich TAJEMNICĘ – nie pozostanie nic albo prawie nic. W kierunku unicestwienia tej tajemnicy zmierza przecież współczesna neurobiologia, inżynieria genetyczna, także tzw. psychologia ewolucyjna, usiłująca wyjaśnić podłoże większości ludzkich zachowań schematem darwinowskim, co czyni często przekonująco. Ale człowiek „zatłumaczony na śmierć” wstawi sam siebie w świat już kompletnie inny od tego, w którym rozegrały się całe dotychczasowe dzieje naszego gatunku, łącznie z dziejami najnowszymi. Świat, z którego wydarta będzie, na przykład, unikalnie ludzka sfera sacrum. Ten świat nadchodzi szybko, na naszych oczach, i będzie już nie-ludzki, po-człowieczy. Pisze o nim np. Francis Fukuyama w swym sławnym „Końcu człowieka”. Czy będzie w tym świecie jeszcze miejsce dla odwiecznych ludzkich dylematów, którym od zawsze karmiła się sztuka i literatura? Miejsce dla przyszłego „Kuszenia św. Antoniego” albo przyszłej „Zbrodni i kary”?


prof. Tadeusz Bielicki (76 l.), absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, stypendysta Fundacji Rockefellera, od 7 lat przewodniczący Wydziału Nauk Biologicznych PAN. Wielki autorytet w dziedzinie antropologii, visiting profesor w Washington State University i w teksańskim University of Teras, członek Nowojorskiej Akademii Nauk, wiceprzewodniczący European Anthropological Association. Jest współautorem Deklaracji w sprawie Ras i Rasizmu UNESCO.

Profesor Bielicki to twórca polskiej szkoły antropologii społecznej. Zajmuje się głównie biologicznymi i biomedycznymi konsekwencjami nierówności społecznej. Jego zdaniem środowisko społeczne w znacznie większym stopniu wpływa na dobrostan człowieka niż środowisko fizyczne. Jest autorem wielu prac badawczych na temat społecznych uwarunkowań wzrastania i dojrzewania, otyłości, a także społecznych i regionalnych zróżnicowań przedwczesnej umieralności dorosłych. Profesor należy również do inspiratorów badań z pogranicza antropologii fizycznej i wychowania fizycznego. Od wielu lat ściśle współpracuje z Zakładem Antropologii AWF w Warszawie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj