Klasyki Polityki

Nabrani

To mit, że miękkie narkotyki nie szkodzą

Liść marihuany Liść marihuany Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Nowy obyczaj – „łagodnego grzania” – zdążył spowszednieć i zbanalizować się.
Co piąty polski nastolatek spróbował marihuany, co dziesiąty amfetaminy, co piętnasty – heroiny.Piotr Małecki/Forum Co piąty polski nastolatek spróbował marihuany, co dziesiąty amfetaminy, co piętnasty – heroiny.

Co piąty polski nastolatek spróbował marihuany, co dziesiąty amfetaminy, co piętnasty – heroiny. W Warszawie dane są jeszcze bardziej szokujące: 40 proc. uczniów trzecich klas liceów przynajmniej raz zapaliło marihuanę, co czwarty używał amfetaminy, co ósmy zapalił heroinę – alarmuje Instytut Psychiatrii i Neurologii. Alarmować trzeba, bo ten nowy obyczaj – „łagodnego grzania” – zdążył spowszednieć i zbanalizować się. Poszło tym łatwiej, że dużo mniej rzuca się w oczy. Nie jest to bowiem narkomania „ludzi od Kotańskiego”, typu: obdrapana brama, wrak człowieka wbijający strzykawkę w siną nogę, kompot na melinie. Te używki są niejako luksusowe, estetyczne – towarzyszące zabawie (jak marihuana) czy mobilizujące umysł do nauki i pracy (jak amfetamina). Na naszych oczach stały się łatwo dostępne, niczym pizza na telefon. Zrodziły swoistą podkulturę, która ma swój język, swój system kodów i aluzji czytelnych dla wtajemniczonych. Przypala się, grzeje, wrzuca i snifuje w warszawskich klubach i na dyskotekach w zabitych dechami wsiach. „Miękki narkoman” jest czysty, dobrze ubrany, jest... normalny, żaden margines. Uczeń, student, młody naukowiec, biznesmen, pracownik modnej agencji reklamowej czy renomowanej firmy prawniczej. I właśnie dlatego, że tak łatwo się maskować – przed rodzicami, otoczeniem – „miękkie grzanie” jest szczególnie niebezpieczne. Niebezpieczne jak mit, że „miękkie nie szkodzi”, nie uzależnia, nie truje. Ot, trochę dopingu i rozrywki, towarzyski weekendowy obyczaj.

Andrzej
34 lata, prawnik:

Moi rodzice mają działkę na totalnym zadupiu. Rzadko już tam jeżdżą, więc gdy kumpel zaproponował, że się przejedzie do Amsterdamu i kupi nasiona trawy, to się długo nie wahałem. Nie ma to jak własna uprawa. U dilera cholera wie, co kupisz. Podobno szprycują trawę jakąś chemią, dodają heroiny do wody. Fakt, że często jak przypalaliśmy kupne, to łapaliśmy cienkie klimaty, jakieś paranojki w stylu, że nikt mnie nie lubi, łeb walił, no chujówka. A jak sam zasadzisz, to wiesz co masz. No i ta przyjemność jak rośnie, doglądasz swoje maleństwa. Trzeba tylko w pewnym momencie wyrwać facetów, to znaczy męskie krzaki, które mają kulki z nasionami. Bo jeśli zapłodnią żeńskie, to po ptakach. Numer polega na tym, że nie wiesz, które są męskie, a które żeńskie, dopóki się nie pojawią te cholerne kulki. Trzeba pilnować.

W sumie mieliśmy – po wyrwaniu chłopaków – osiem krzaków, ja z dziewczyną i trzy znajome małżeństwa. Taki nomen omen joint venture sobie zrobiliśmy. Jedna para dała kasę na nasiona, a to nie jest taka tania sprawa, bo naprawdę dobre kosztują. My wybraliśmy z holenderskiego katalogu specjalny szczep na chłodne kraje. Połączyli chyba meksykańską trawę, taką o sile bomby atomowej, z przemysłowymi konopiami syberyjskimi. Szło o to, żeby krzaki szybko dojrzały w czasie krótkiego północnego lata. Druga para pojechała na zakupy do Amsterdamu, trzecia wniosła know-how, a my daliśmy ziemię. Rodzicom powiedziałem – jak już były krzaczory po półtora metra – że to ziółka lecznicze . Z tych ośmiu krzaków mieliśmy palenia na dwa lata, a nie palimy mało. Plus wszyscy znajomi, którzy przychodzili w gości. Boże, pięknie było. Sama radość, żadnych paranojek, złych klimatów, nieustająca śmiechawa.

Miejscowym we wsi, gdy się pytali, też mówiłem, że to ziółka dla babci. Niby pokazywali w „Wiadomościach” gliniarzy, jak kasują uprawy, ale chyba nikt nie przełożył moich ziółek na dragi z telewizji. Gliny w każdym bądź razie mnie nie odwiedziły. To było kilka lat temu. Więcej nie próbowałem, żeby nie kusić licha. Teraz kombinujemy, żeby ściągnąć z Holandii sprzęt do hodowli w wodzie. Pod lampką w mieszkaniu, pełen kultur. Krzak kurdupel na pół metra, a jarania z tego na kolejne dwa lata. W ostatnie wakacje wpadłem na działkę. Spotykam chłopaków, z którymi pogrywałem w piłkę. Mówią, że w D. (wieś gminna) koleś z C. (powiat) otworzył knajpę. Pytam, jak jest w knajpie. A oni: „Zajebiście. Zimny browar z kranu za dwa pięćdziesiąt, no i co sobotę, jak są tańce, można kupić skuna”. Zatkało mnie. „No trawę. Co ty? Z miasta jesteś i skuna nie znasz?” Myślałem, że padnę. Chłopy od pługa oderwane jointy jarają. Żniwa na haju, coś pięknego.

Daniel
28 lat, socjolog, badania rynku:

Dawniej na Legii – a zawsze z kumplami siedzimy na otwartej trybunie, czyli wśród najgorszej żulii – uważaliśmy z jaraniem. Proste chłopaki, proste klimaty, po bożemu grzeją wódę, a trawa – to studenciki czy pedały. Więc spotykaliśmy się najpierw w knajpie, przypalaliśmy na zapas i zupełnie wyjęci z kontekstu szliśmy na stadion. Jak przed meczem z Hajdukiem Split chorwaccy kibice obrócili się na trzy cztery i pokazali gołe dupy, stadion zamarł, a my, totalnie najarani, dostaliśmy histerycznego ataku śmiechu. O mało nie doszło do linczu. A dzisiaj... Z której strony zawieje, zawsze pachnie trawą.

Ale co tam Legia. Idę z dziewczyną do klubu, a tam poseł, którego kojarzę z telewizji, siedzi z kumplami i joincik krąży w koło. Bez krępacji. Do szkoły mojego brata – jest w pierwszej gimnazjum – przyjechała telewizja. Pani dziennikarka pyta zebraną na boisku dzieciarnię, czy u nich w szkole są narkotyki. Łapie jednego łebka do kamery, a ten mówi, że skąd, że to porządna szkoła. Wszyscy się śmieją. Dziennikarka pyta, dlaczego się śmieją. A oni, że nic takiego, wesoło im. Pewnie że im wesoło, bo połowa z nich już przypala.

Robert
30 lat, biznesmen:

Lubię czytać w gazetach o tym, jak szkolą policjantów na wykrywanie narkotyków. Akurat. Kiedyś mi odbiło. W biały dzień wziąłem z kumplem kwasa. Zupełnie odjechaliśmy. Wsiedliśmy w samochód i dalej zwiedzać Warszawę. No i nas dupnęli. Nie wiem czemu, gdyż jechaliśmy powolutku, bo już 50 na godzinę wydawało się nam prędkością ponaddźwiękową. Dokumenty proszę. A mojemu kumplowi odwaliło zupełnie z miłością do całego świata, gliniarzy wliczając. Daje papiery takiemu spasłemu, wąsatemu i mówi: „Ależ proszę, misiu”. Gliniarz się zjeżył. „Jaki, kurwa, misiu?! Wysiadać!”. Kumpel wysiada i dalej swoje: „Ale o co chodzi misiu?” i bałwan próbuje gliniarza głaskać po policzku. Ten wpadł w szał. Aż się potem dziwiłem, że nie spuścili nam łomotu. „Piliście?”, pyta. „Ależ skąd misiu – ciągnie kumpel – przecież to zabronione. Ja tylko kwasa wziąłem”. A tamten nic, zero reakcji. Każe dmuchać w balonik. No to dmuchamy, trzeźwi jak świnie i nic. Wzięli nas więc na pobranie krwi. Też nic. Puścili – a i kumpel już się trochę uspokoił – myśląc pewnie, że trafili na jakichś totalnych pojebów. Po kwasie już nie jeżdżę, ale po trawie proszę bardzo. Nieraz mnie zatrzymywali. Nigdy niczego nie wyczuli.

Joanna
24 lata, studentka:

Przyjaciel zrobił u mnie oblewanie magisterki. Było radośnie i głośno, sąsiedzi zadzwonili po policję. Przyjechało pięciu. Byli kompletnie naspidowani. Amfetamina aż z nich parowała. Oczka im latały, patrzyli się po bokach, cali naładowani, czuło się, że chcą sobie ulżyć i komuś przyłożyć. Na szczęście mieliśmy kasę. Zrobiliśmy zrzutkę, dorzuciliśmy dwie flaszki i sobie poszli.

Ewa
21 lat, studentka:

Poniedziałek na wydziale to głównie rozmowy, kto i jak się w weekend nastukał. Ludzie potrafią o tym gadać przez wszystkie przerwy między zajęciami. Potem omawiamy plany na następny weekend. Dosyć ciekawe, jak na studentów kierunku humanistycznego prestiżowego uniwersytetu.

Janek
19 lat, maturzysta:

Trawa jest do zabawy, a amfetamina do nauki. Przynajmniej dla mnie. Niektórzy kumple ciągną amfę i rozrywkowo, no bo wiadomo, po amfie jest 12 godzin non stop szybkiej jazdy, ale ja wolę kontemplacyjnie i śmiechawkowo, czyli normalnie sobie przypalić. Klasówka czy egzaminy to inna sprawa. Była śmieszna historia z ojcem kolegi. Siedzieliśmy w trójkę i nagle jego stary przeglądając gazetę mówi: „Co tak ciągle piszą, że ta amfetamina taka niebezpieczna. Jak byłem na studiach, zbliżały się egzaminy i trzeba było się uczyć po nocach, to mama kolegi, lekarka, wypisywała nam na nią recepty. Można było kupić w aptekach, tylko że się inaczej nazywała”.

Raz spróbowałem grzybów, ale to był marny pomysł. Kolega powiedział, że rosną dziko nad rzeką i że jest po tym świetny trip. Narwaliśmy i się objedliśmy. Czekamy, czekamy, nic. Eee, myślimy, ktoś nas wypuścił. Rozjechaliśmy się do domów. I to była ostatnia rzecz, jaką pamiętam z następnych trzech dni. Kumple mnie widzieli, jak chodziłem po Starym Mieście gadając do kogoś obok, tylko że nikogo tam nie było. Poszedłem do babci – miałem klucze, a jej nie było w domu – i wyszedłem zostawiając otwarte drzwi. Kiedy wróciła z działki, były zaplombowane. Wywaliłem pół swojego pokoju przez okno.

Maciek
29 lat, dziennikarz:

Zbliżały się święta, jechaliśmy ze znajomymi do Zakopca. I trzeba było zrobić zakupy. Zadzwoniłem do dilerów, takich studentów, umówiliśmy się pod McDonaldem. Przyjeżdżam, a tam co metr ktoś znajomy. Czasem ludzie, których rok nie widziałem. Patrzymy się na siebie i wszyscy półuśmiechy, no bo nikt nie przyszedł na Big Maca. Kiedyś chłopaczki handlowały wszystkim po trochu, aż zarobili i włożyli w coś legalnego, a teraz to się porobiła jakaś specjalizacja. Od trawy jeden, od amfy drugi, jeszcze jeden od czegoś innego. Ale pełen komfort, na telefon z dostawą do domu i szybciej niż pizza.

Rafał
27 lat, pracownik reklamy:

Nie ma cudów. Jak jest czwarta rano, a towarzystwo na imprezie rozgadane i bardzo żywotne, to wiadomo, że wszyscy są naspidowani. Dlaczego biorą? Co za idiotyczne pytanie. To jak ze wspinaniem się na szczyty gór. Po co? Bo są. Dlaczego biorę dragi? Bo są. I są super. Każdy na swój sposób. Może poza heroiną. W brałna nie mam zamiaru się bawić. Wystarczy mi widok zmulonych kolesi na osiedlu. I paru znajomych siostry. Oni co prawda nie walą w żyłę, tylko palą, ale to jednak jazda po równi pochyłej. A coraz więcej dzieciarni w to idzie. Kiedy byłem na Dalekim Wschodzie, spróbowałem opium, podobne klimaty. No i miałem osiem godzin absolutnej nirwany.

Owszem, brałem kiedyś też do roboty. Jak się zbliżał termin, a ja byłem głęboko w lesie, to leciała amfa. Trochę za często to się zaczęło powtarzać, więc przystopowałem. Natomiast paru kolegów w firmie nadal jedzie konsekwentnie na amfie. To widać, słychać i czuć. Skoro wypełniają świetnie swoje obowiązki, to przecież nikt nie zwróci im uwagi.

Po ciężkim tygodniu, gdy przychodzi weekend, walę sobie koks. Że drogo? Fakt, dwie bańki za torebkę, ale stać mnie teraz na to, no i nie ma długiego zejścia jak po amfie. Dla mnie to czysta przyjemność: kokaina, kumple, gorzała i dobra muzyka. I wszystkim się gęba nie zamyka. Stany euforyczne. Gorzej, jak mnie czasem coś najdzie i zaczynam sobie zapisywać przemyślenia po koksie, które wydają mi się szalenie odkrywcze. Kiedy to czytam następnego dnia, aż mnie parzy rumieniec wstydu: albo totalny bełkot, albo żenujące truizmy.

Czasem idziemy z dziewczyną potańczyć do klubu i łykamy sobie ecstasy. Raczej od święta. Jak na mój gust – za długi ten odjazd. To chyba dzieciaki wolą, mają parę, żeby tańczyć pół doby. To chemiczne pokolenie. Ostatnio objadłem się ecstasy. Pojechałem do znajomych do Włoch. Wzięli mnie do dyskoteki, a później do takiej dyskoteki bis, którą otwierają rano, właśnie dla tych, co są tak nagrzani, że nie mają jeszcze dosyć. Właśnie byliśmy w takim stanie.

Teraz idą wakacje i zrobię sobie kilkumiesięczną przerwę. Od 1 maja do 1 września absolutnie nic, nawet alku. Nie ma w tym żadnej ideologii, po prostu dla higieny osobistej, podczyszczę sobie organizm. Rowerek, pływanie. 5 września kumpel ma trzydziestkę. Świetna okazja, żeby zainaugurować nowy sezon.

Robert
30 lat, konsultant handlowy:

Heroina zawsze mi się bardzo źle kojarzyła, że to taki narkotyk z prawdziwego zdarzenia: szybko uzależnia i pakuje człowieka w wielkie kłopoty. Paliłem raz na jakiś czas trawę, chociaż coraz mniej było z dawnych klimatów, kiedy grass był czymś elitarnym – przynajmniej mnie się tak zdawało – przepustką do wysublimowanego świata. Widziałem, jak powoli zaczynają palić wszyscy dookoła i nie chodzi mi tylko o krąg znajomych ze studiów czy z pracy, lecz o dresiarski motłoch na moim osiedlu.

Kiedy oglądałem „Pulp Fiction” i słyszałem to słynne już dzisiaj zdanie „heroina wraca i to wraca w wielkim stylu”, myślałem, że to taki filmowy tekst, a już na pewno bez przełożenia na polskie realia. Nie dziwiłem się, kiedy mój o siedem lat młodszy brat strasznie się tym podniecał. Pamiętałem doskonale, kiedy sam jako kajtek oglądałem „Odlot” Formana, jak bardzo mnie kręciły wszystkie odnośniki do trawy. Fakt, że między innymi pod wpływem tego filmu chciałem przypalić, ale już na przykład po obejrzeniu „Hair” tego samego reżysera i znanej sceny odlotu po LSD wcale mnie do kwasów nie ciągnęło. Nie widziałem więc nic niebezpiecznego w ekscytacji brata. A on tak krążył i krążył wokół tematu, aż w końcu przyznał się, że „popala” – jak to ujął – heroinę i jest mu z tym zajebiście, że kto tego nie spróbował, nic nie wie o prawdziwym szczęściu i pięknie. Próbowałem mu perswadować, ale wyśmiewał mnie, mówił, że zdziadziałem, nie wiem, co się teraz nosi. Czułem się kretyńsko, wyobrażałem sobie, jak bym reagował, gdyby parę lat wcześniej nasi rodzice zechcieli mnie tłumaczyć szkodliwość marihuany. Śmiałbym się w duchu, mój brat śmiał mi się w twarz. Nie wiedziałem, co robić.

Przez następne kilka miesięcy panowało takie udawanie. Brat wiedział, że heroina to dla mnie o jeden most za daleko, więc nie wracał do tematu, a ja wiedziałem, że on nie zaniechał prób. Nie wiem, na co liczyłem. Pocieszałem się, że są przecież ludzie, którzy próbowali heroiny i nie pociągnęło to za sobą tragicznych konsekwencji. Spróbowali i tyle. Aż kiedyś w nocy zadzwonił. Płakał, w zasadzie szlochał i pytał, czy może przyjechać. Po pół godzinie trzymałem go w ramionach, cały się trząsł, odchodził od zmysłów, był przerażony jak zaszczute zwierzę. To było straszne.

Piotr
23 lata, brat Roberta, student:

Robert zaczął wtedy wydzwaniać po wszystkich znajomych – a był środek nocy – żeby coś zrobić. Udało mu się załatwić detoks. Lekarz mu powiedział, że samo odtrucie organizmu niczego nie załatwi, tyle tylko, że następnym razem wystarczy mi mniejsza dawka, żeby odlecieć. Przekonał go, że trzeba wziąć się za moją popieprzoną głowę. A ja na szczęście byłem na to gotów. Szczerze mówiąc dlatego, że siedziałem już po uszy w długach, w tym u dilerów. Zwyczajnie bałem się, że ktoś mnie zmasakruje. A Robert wziął na siebie wszystko, w tym rozmowę z rodzicami, którzy – śmieszne i smutne – przez cały czas niczego nie wyczuli. Zobaczyłem ich dopiero, kiedy przyjechali do ośrodka. Minął prawie rok i chyba mam to za sobą. Na wszelki wypadek nie piję nawet piwa, bo wiem, co może być potem. Po trzech browcach zajaram jointa. Jak zajaram, to napiję się wódki, a jak napiję się wódki, to zacznę szukać brałna.

Jacek
32 lata, urzędnik państwowy:

Po maturze w ramach nagrody pojechałem do Holandii do znajomych rodziców. Ludzie po pięćdziesiątce, on prawnik, ona nauczycielka. Poznali mnie ze znajomymi swoich dzieci. Ci wzięli na nocny wypad. Wylądowaliśmy w coffe-shopie. Pytają, czy paliłem kiedyś stuff. Ja, że jasne, mając na myśli to badziewie, które zrywaliśmy na osiedlu pod szkołą. No i przypaliliśmy. Ja stosowałem znaną mi wówczas metodę, to znaczy jak najdłużej trzymałem dym w płucach, oczy mi mało z orbit nie wyskakiwały. Tamci patrzą na mnie jak na idiotę i pytają, co się dzieje, a ja, że chcę, żeby mocniej podziałało. Oni – uśmiech pełen politowania – przyjechał koleś z dzikiego kraju. Pół godziny później leżałem na chodniku przed knajpą. Wsadzili mnie do taksówki, odwieźli do moich gospodarzy i zostawili pod drzwiami. Następnego dnia moralniak nie z tej ziemi, no i trochę strach, bo to przecież znajomi rodziców. No więc spędzam dzień cichutko, aż przychodzi wieczór. W telewizji leci „Rambo”, oglądamy w trójkę, aż tu ona mówi: „Jacku, jeżeli palisz trawę albo hasz....” Ja taki zupełnie malutki: „Błagam, nic już nie mówcie, bardzo przepraszam...” Ona: „Daj mi dokończyć. A więc jeśli palisz coś i to zwłaszcza coś holenderskiego, czyli szczególnie mocnego, i to faktycznie po raz pierwszy w życiu, to powinieneś to robić w oswojonym miejscu i z ludźmi, których znasz i lubisz. Na przykład tu i teraz”. I mówiąc to podchodzi do kominka, bierze pudełeczko, wyciąga fajeczkę i hasz. Miałem naprawdę bardzo głupią minę. Przyjaciele moich rodziców!!! Ale to co dla moich staruszków było science fiction, to dla ich holenderskich znajomych czymś oczywistym. Myślę o momencie, kiedy mój sześcioletni syn podrośnie i za ileś tam lat będę mógł sobie z nim przypalić. Śmiechawa z własnym dzieckiem, to jest to.

Jędrzej
33 lata, biznesmen:

Kilka tygodni temu spotkałem kumpla z dawnych lat. Wyglądał jak śmieć. Próbowałem się zorientować, co robi, bez skutku. Kiedy byliśmy w liceum, włóczyliśmy się całą paczką po mieście, grzaliśmy jabole po trawnikach i przypalaliśmy jakieś zrywane siano. Wydawało nam się, że to trawa. Mieliśmy się za punkowców i chyba nawet w jakimś sensie byliśmy, mieliśmy wszystko gdzieś. Wszyscy z PRL-owskiej klasy średniej, rodzice inteligenci, drobni urzędnicy, jeden rzemieślnik. I jakoś tak poszło, że połowa się zeszmaciła, wylądowała gdzieś na krawędzi rynsztoka, jeden koleś – choć nie bezpośrednio z naszej paczki – przedawkował jakieś gówno. Reszta zmieniła punkowskie skóry na garnitury i sobie radzi, nawet całkiem nieźle. Dwóch w ogóle odstawiło wszystko, jeden nawet piwa nie bierze do ust. My w trójkę uprawiamy wariant weekendowy, to nawet za mocno powiedziane, raz na trzy, cztery tygodnie damy trochę czadu. Dlaczego tamtym poszło źle, a nam lepiej? Cholera wie, to chyba kwestia charakteru, psychiki, jakichś predyspozycji. Jeden się piwem zniszczy, drugi może brać cokolwiek i wie, gdzie jest nieprzekraczalna granica.

Ewa Szmerdt-Sisicka
specjalista psychiatra uzależnień:

W 1995 r. do poradni uzależnień na Dzielnej w Warszawie zgłosiło się 600 pacjentów pierwszorazowych powyżej 18 roku życia. W 1998 r. już 1300. W 1999 r. – 1800. W I kwartale 2000 r. – 900.

Zdecydowana większość to heroiniści. Trzeba przestać się oszukiwać: to czubeczek góry lodowej, tylko ci, którzy się zorientowali, że mają jakiś problem. Żyjemy w epoce „Hera GSM”, narkotyk dostarczany jest szybciej niż pizza na zamówienie telefoniczne. Ostatnie lata zmieniły obraz narkomana. W mediach pokutuje nieporozumienie, nazwijmy to narkomanem Kotańskiego: brudny menel, który chce tylko dać w żyłę i odlecieć.

Dzisiejszy narkoman jest czysty, dobrze ubrany, niewyróżniający się w grupie. Może to być student, młody naukowiec, biznesmen, pracownik znanej firmy. Potrafi się doskonale maskować, najbliższe otoczenie nie zdaje sobie sprawy, że jest uzależniony. O ile, rzecz jasna, nie zażywa narkotyków wraz z tymi bliskimi. Nowoczesny narkoman w przeciwieństwie do „starego” może mieć cel w życiu, który chce osiągnąć i do którego często dąży właśnie za pomocą narkotyków, na przykład amfetaminy. Kolejnym mitem jest to, że dobry dom, dobra rodzina ustrzegą przed niebezpieczeństwem. To zgubne złudzenia. Jakże często rodzice nie zdają sobie sprawy, że ich grzeczne dziecko przynosi do domu piątki zdobyte dzięki amfetaminie, a potem idzie na prywatkę do koleżanki, gdzie pali marihuanę.

Gdybym została teraz wychowawczynią klasy w liceum, pewnie nie poznałabym, którzy uczniowie biorą narkotyki, ale nauczyciel, który przebywa z młodzieżą na co dzień, może wyczuć zmianę zachowań.

Nie tak dawno temu, kiedy słyszałam w telewizji, że w jakiejś dzielnicy aresztowano kilku dilerów, wiedziałam, że następnego dnia czekać będzie pod przychodnią grupka młodych z tejże dzielnicy, zdecydowanych na terapię, bo pozbawionych narkotyku. Nic takiego nie ma już miejsca dzisiaj. Jednych dilerów aresztują, natychmiast znajdują się inni. Najwyżej ceny idą trochę w górę. W jednym ze znanych mi 10-piętrowych bloków mieszka trzech handlarzy heroiną. I wszyscy jakoś utrzymują się z interesu.

Największa szkodliwość trawy polega na powszechnym przekonaniu młodych ludzi o jej nieszkodliwości. Stąd już niedaleko do palenia heroiny. Wydaje im się, że to palenie, i to palenie. A potem bardzo szybko jest już za późno. Wyjątkowo złą robotę wykonują przedstawiciele popkultury. Oswajają narkotyki, pokazują, że to coś normalnego. A są autorytetami dla nastolatków, którzy stoją na rozstajach życiowych dróg, borykają się z problemami egzystencjalnymi, nie są jeszcze ukształtowani. Gdy w tym momencie w ich życie wchodzi narkotyk, może się to skończyć katastrofą. To dla mnie niepojęte, że ludzie z pierwszych stron gazet przyznają się do brania narkotyków i jeszcze przedstawiają to w pozytywnym świetle. Oczekuję, że w którymś momencie jakiś rodzic wystąpi na drogę sądową przeciwko idolowi swego dziecka.

Łucja Łuczywo
autorka pracy magisterskiej „Dynamika trajektorii uzależnień. Socjologiczne studium młodocianych heroinistów” napisanej pod kierunkiem dr. Wojciecha Pawlika na Wydziale Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW:

Ci, których badałam, łamali kolejne bariery, szukali kolejnych nowości, których chcieli spróbować. Wszyscy zaczynali od trawy, a później przekraczali kolejne bariery, nie wiedząc nawet kiedy. Panował wśród nich ogólny entuzjazm, jeśli chodzi o narkotyki. Im więcej bierzesz, tym bardziej słabnie twój kontakt ze światem zewnętrznym. Zaczynasz sobie dobierać towarzystwo pod kątem narkotyków. Wydaje ci się, że wszyscy w ogóle biorą. Inni, którzy naprawdę biorą, pomagają ci zracjonalizować i zneutralizować twoje branie. Bierzesz amfę tygodniami, miesiącami i nic się nie dzieje. Wydaje ci się, że wszystko można. I wtedy wkracza heroina. Ale żadnego dawania w żyłę, tylko się pali, więc wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą. Do momentu, kiedy wszystko jest już poza kontrolą.

Fatalna jest polityka prewencyjna. U nas się tylko straszy. Mówi się w telewizji, że można się uzależnić od pierwszego razu. A potem widzisz, że ten i ów spróbował, i nic. I uznajesz, że wszystko co mówią oficjalnie o narkotykach to kłamstwo.

Tomasz Harasimowicz
specjalista terapii i profilaktyki uzależnień:

Paradoksalnie mimo skali zjawiska narkotyki cały czas są tematem mitycznym i tabu. Rodzice wciąż odrzucają możliwość, że ich dziecko mogłoby po nie sięgać. A narkotyki są wszędzie; pełen przekrój społeczny i instytucjonalny. Nie ma w Warszawie takiego miejsca, żeby w promieniu 500 metrów nie można było ich kupić, a nawet jeśli, to wystarczy zadzwonić. Są powszechne acz nielegalne. Być może przyjemność połączona z ryzykiem zwiększa przyjemność. Ośmiu na dziesięciu moich pacjentów trafia z problemem heroinowym. 95 proc. spośród nich zaczynało od marihuany. Kiedy ja mówię o marihuanie, natychmiast ktoś mnie kontruje, że bardziej szkodliwy alkohol, a jest legalny. Ja się nie chcę bawić w takie przepychanki. Chcę mówić o trawie, a ona jest szkodliwa. Jeżeli ma się tego świadomość, a ma się ochotę zapalić, trzeba się liczyć z ryzykiem.

Przełomem był 1989 r. Dzisiaj sieć sprzedaży narkotyków to najbardziej profesjonalny system handlowy w kraju. Można kupić wszystko, a narkotyki stały się modne, nawet na przyjęciach 40-latków pojawiła się – w ramach próbowania nowych emocji – kokaina. W młodzieżowych grupach rówieśniczych wypada mieć narkotyki. Ich posiadanie daje pozycję w grupie, a o to chodzi każdemu dziecku. Dochodzi do tego, że dzieci chodzą z torebkami z mąką udając, że to narkotyki, żeby przyszpanować przed znajomymi. Narkotyki stały się częścią blichtru współczesnej Polski, przynależą – choćby brzmiało to paranoicznie – do stereotypu o sukcesie.

Nastąpił niebywały wzrost spożycia narkotyków w środowiskach, o których można było sądzić, że zorientowane są na inne cele – karierę, wzbogacenie, dom z ogródkiem, sukces.

Narkotyki w popkulturze? Uważam, że artyści nie powinni, bardziej lub mniej świadomie, promować narkotyków i zachowań z nimi związanych. Artystycznie niczemu to nie służy. Mówią, że w ten sposób oddają rzeczywistość, ale odbiorcami przekazu są potencjalni konsumenci. Dla nich to może być potwierdzenie, że tak powinna wyglądać rzeczywistość. Takie puszczanie oka jest niedopuszczalne, bo sugeruje, że narkotyki są bezpieczne i akceptowane.

Profesor Jerzy Vetulani
farmakolog, zastępca dyrektora do spraw naukowych Instytutu Farmakologii Polskiej Akademii Nauk, kierownik jego Zakładu Biochemii:

Przez tysiące lat narkotyków używano w sposób zrytualizowany, w celach religijnych, obrzędowych. Jednak zmiana nastąpiła w momencie, kiedy narkotyków zaczęto używać w celach rekreacyjnych, rozrywkowych. Drugim czynnikiem stało się doskonalenie samych narkotyków, stawały się coraz silniejsze. Klasycznym przykładem jest historia kokainy. Przez wieki górale w Andach żuli liście koki tak jak my dzisiaj pijemy kawę, by się lekko pobudzić. W ubiegłym wieku korsykański lekarz Angelo Mariani wpadł na pomysł, by dodawać liście koki do wina, tworząc w ten sposób Vin Mariani, ożywczy napój znacznie lepszy od dzisiejszego Red Bulla. Vin Mariani podbiło Europę i Amerykę, a jego twórca otrzymał nawet order od papieża. Następnym krokiem było wykrystalizowanie kokainy do wąchania – środka bardzo silnego i uzależniającego – aż wreszcie stworzenie cracku, kokainy do palenia, narkotyku szalenie niebezpiecznego. Z kolei przed II wojną pojawiły się środki syntetyczne jak amfetamina. Dopiero po wojnie zorientowano się, że to substancja uzależniająca. Kiedy studiowałem, cały mój rocznik zażywał przed egzaminami kupowaną legalnie w aptece amfetaminę.

Dlaczego ludzie sięgają po narkotyki? Człowiek już tak jest skonstruowany, że odczuwa potrzebę pobudzania układu nagrody w mózgu. Układ ten mówi nam, co mamy robić, by było nam dobrze. Stąd czynności reproduktywne wiążą się z przyjemnością – seks, jedzenie, agresja, ryzyko. Ludzie, którzy mają słaby układ nagrody, próbują kompensować. Na przykład seksem, ale ile można? A chemia cofa efekt zmęczenia, przyjemność otrzymuje się za nic. W poszukiwaniu przyjemności zwierzęta i ludzie nie znają umiaru. Ludzie też ciągle poszukują nowego i na to nie ma rady, dzięki temu człowiek zszedł z drzewa. Natomiast trzeba być człowiekiem dojrzałym emocjonalnie, by świadomie próbować narkotyków. Młody, nieukształtowany, który nie potrafi powiedzieć „nie” i postawić sobie granicy, może eksperymentować za szybko i za dużo. A narkomania jest nieodwracalna. To trwała choroba mózgu. Zmiany raz wywołane, pozostają. Taki człowiek już zawsze inaczej będzie reagować, inaczej się zachowywać.

*

Krótki słowniczek dla laików

Ludzie, zwłaszcza młodzi, biorący narkotyki wykazują się imponującą pomysłowością w tworzeniu nazw używek i opisów konsumpcji. Charakterystyczna jest na przykład kariera nazwiska bogu ducha winnego warszawskiego dilera Peugeota Zdzisława Białego. W niektórych kręgach młodzieżowych „Zdzisław Biały” oznacza kokainę lub amfetaminę (bo są to proszki koloru białego). Z kolei James Brown (piosenkarz amerykański) to określenie heroiny (zwanej „brown sugar”, dosłownie „brązowy cukier” – istnieje zewnętrzne podobieństwo substancji) ze względu na brzmienie nazwiska jak i gusta artysty.

amfa – amfetamina

blanty (blunty, baty, bataty, batony) – jointy, czyli skręcane papierosy z dodaną marihuaną lub haszyszem

brown sugar – heroina

buch – jedno zaciągnięcie się, zwłaszcza heroiną (patrz: mach)

dragi – narkotyki

fifa, fifka – podobna jak ta do papierosów, tyle że z zakrzywioną do góry końcówką, w którą nabija się trawę lub haszysz

gie, giety – gramy (miara przy zakupie detalicznym większości narkotyków)

grzać – spożywać (grzać fifę – trawę w tejże fifie; grzeje się też wódkę, heroinę)

hasz (także gruda, plastelina) – haszysz

helena, hera – heroina

jarać – palić, w domyśle – trawę, rzadziej heroinę; ujarać się – silnie poczuć działanie trawy (haszyszu) po jej wypaleniu; ktoś jest ujarany

koks – kokaina

kopcić lufę – palić fifkę (ale jestem skopcony)

kreska – usypana linia amfetaminy bądź kokainy, którą następnie przez rurkę (np. zwinięty banknot) wciąga się do nosa; wciągnąć kreskę, zapodać kreskę

kwasy – papierki nasączone LSD; kwasa można zjeść, wrzucić, zarzucić

mach – jedno zaciągnięcie się trawą bądź haszyszem (także: buch)

marysia, marycha – marihuana

naczesać się (był niezły sczes); nastukać się – wprowadzić się w stan upojenia alkoholowego bądź narkotycznego

opalanie fify – czynność polegająca na podgrzewaniu pustej fifki, ale z pozostałym w środku osadem z wypalonej trawy (haszyszu); gdy smoła „puści” dym można się zaciągnąć i ujarać

piguły – ecstasy

przypalić – zapalić (trawę, jointa, browna)

skun – wzmocniona genetycznie odmiana marihuany, skun może być czachojebcą, czyli działać silnie i negatywnie na głowę

snifować – wciągać amfetaminę bądź kokainę

spid – amfetamina bądź kokaina (zgodnie z angielskim źródłosłowem – speed to szybkość, prędkość); naspidować się, być naspidowanym.

spalić batona (blanta) – wypalić skręta z marihuaną lub haszyszem

splif – skręt z trawą

śmiechawa – niepowstrzymany chichot po marihuanie

trawa (grass) – marihuana

tripy – kwasy; stripować się – źle się poczuć po narkotykach; stripowany – ktoś mający paranoję wskutek działania narkotyku albo po prostu spięty, niewyluzowany; tripująca może być atmosfera, czyli stresująca, utrudniająca wyluzowanie się

usmażyć się – ujarać się

zejście – depresyjny stan, kiedy przestają działać spidy

ziele, zioła – marihuana

Co jest co?

Marihuana – narkotyk otrzymywany z konopi indyjskich, bliskich krewnych pokrzywy.

Haszysz – bliski krewny marihuany, otrzymuje się go z żywicy konopi zagęszczonej substancją wiążącą i następnie sprasowanej w kostki.

Marihuanę i haszysz zalicza się do tzw. narkotyków miękkich.

Amfetamina – pobudzający narkotyk syntetyczny otrzymany w 1887 r. od lat 20. testowany na ludziach.

Kokaina – otrzymuje się ją z przetworzonych liści krzewu koki.

Kokaina i amfetamina należą do narkotycznej rodziny stymulantów (tzw. speedów).

LSD – to przypadkowo odkryty w 1943 r. syntetyczny środek psychodeliczny.

Ecstasy – syntetyczny narkotyk należący do grupy amfetamin halucynogennych (łączy pobudzenia z lekkim zniekształceniem percepcji).

Heroina – produkt półsyntetyczny otrzymywany w wyniku rafinacji i przetwarzania opium, które z kolei otrzymuje się z komory nasiennej maku.

Wszystkie poza marihuaną i amfetaminą należą do grupy narkotyków twardych.

Banalna rzeczywistość

Moda na narkotyki może powodować, iż niektórzy przyznają się do ich używania, mimo że nie mieli z nimi do czynienia. Młodzież bardziej jest skłonna przesadzać w opisie swoich doświadczeń z narkotykami, niż je ukrywać. Dominującymi motywami sięgnięcia po narkotyk są ciekawość, poszukiwanie nowych wrażeń, nuda. Odmowa skorzystania z okazji zazwyczaj nie wiąże się z odrzuceniem czy innymi restrykcjami towarzyskimi. Jeśli np. na prywatce pojawia się narkotyk, to używają go tylko niektórzy, inni pozostają przy alkoholu. Przyjęcie narkotyku nie nobilituje, zaś odmowa nie usuwa nikogo na margines. W zasadzie do narkotyku nikogo się nie namawia, inaczej niż bywa to w przypadku alkoholu. Okazjonalne używanie narkotyków zazwyczaj nie spotyka się z potępieniem młodych ludzi. Nie jest ono w ogóle ujmowane w kategoriach etycznych, nie stanowi problemu moralnego. Narkotyki stały się tak powszechne, że ich używanie dawno straciło walor nobilitujący. Ktoś, kto ma za sobą przeżycia wywołane narkotykiem, nie jest już postrzegany jako osoba owiana mgiełką tajemniczości, kontestator tradycyjnych wartości czy romantyczny straceniec. Narkotyki stały się elementem banalnej rzeczywistości, powszechnie dostępnym tak jak alkohol, używanym w zasadzie instrumentalnie. Młodzież w zasadzie nie identyfikuje narkotyków z subkulturami młodzieżowymi.

Barbara Fatyga, Janusz Sierosławski, „Uczniowie i nauczyciele o stylach życia młodzieży i narkotykach. Raport z badań jakościowych”. Instytut Spraw Publicznych. Warszawa 1999 (badania z maja–czerwca 1999 r.)

Druh Sławek rozprowadza towar

Co druga piosenka zespołów hiphopowych słuchanych przez nastolatków jest o marihuanie („tych kilka słów, które umiem rymować to: sadzić, palić, zalegalizować”). Na listach przebojów nie tak dawno królowała piosenka Kultu „Kiedy nie ma dzieci”: „trasa bardzo dobrze znana /od jednego baru do baru/poznajcie tych albo owych/i mamy troszeczkę kataru/jeśli wiesz o czym ja mówię”. Autor zapewne mówi o kokainie, a na okładce płyty cały zespół dziękuje „niebiańskiej Helenie”, czyli – jak zwróciła uwagę w swej pracy o młodych heroinistach Łucja Łuczywo – heroinie. Teksty popularnego T.Love pełne są narkotycznych wątków, Kora w telewizji mówiła, że o ile papierosy są beznadziejne, to trawa – proszę bardzo. W jednej ze stacji radiowych jest „Klub dyskusyjny u Jarka”, czytelna aluzja do marihuany. W tej samej rozgłośni „Druh Sławek rozprowadza świeży towar”, teoretycznie chodzi o muzykę. W hinduskich sklepach można przebierać w fajkach do palenia trawy, w kioskach Ruchu – kupić specjalne fifki. W średnim, ale chętnie oglądanym teraz przez młodzież filmie „Chłopaki nie płaczą” akurat najbardziej sugestywne i dowcipne są sceny przypalania. Podobnie jak w kultowych zagranicznych filmach heroinowych: „Pulp Fiction” i „Trainspotting”.

A tymczasem gdy socjolodzy przedstawiają najnowsze szokujące dane o spożyciu narkotyków wśród młodzieży, dyrektorka jednego z renomowanych warszawskich liceów stwierdza na łamach prasy: „Nie było sytuacji, by do szkoły przyszło dziecko pod wpływem narkotyków”. To mógłby być znakomity żart w stylu przywołanych powyżej filmów.

Polityka 20.2000 (2245) z dnia 13.05.2000; Raport; s. 3
Oryginalny tytuł tekstu: "Nabrani"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Lekarka: Polska odwróciła się od pacjentek

„Osoby, które argumentują ten wyrok troską o życie i rodzinę, kradną czas kobietom. Decyzja trybunału sprawi, że te z nich, które chciały być matkami, nigdy nimi nie będą. A nas stawia w sytuacji nieetycznej” – mówi Kaja Filaczyńska, inicjatorka listu otwartego do TK, pod którym podpisało się niemal tysiąc lekarek i lekarzy.

Mateusz Witczak
23.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną