Jarosław Kaczyński kontra Antoni Macierewicz

Zimna wojna w PiS
Zmuszony do odejścia z PiS Bartłomiej Misiewicz to symbol buty i nepotyzmu obecnej władzy. Ta zawrotna kariera nie byłaby możliwa, gdyby nie protekcja Antoniego Macierewicza. I choć wobec samego ministra nie wyciągnięto konsekwencji, jego pozycja została mocno podważona. Czy upokorzenie szefa MON to początek długiej „wojny na górze”?
Prezes Jarosław Kaczyński i minister obrony narodowej Antoni Macierewicz podczas obchodów siódmej rocznicy katastrofy smoleńskiej.
Kacper Pempel/Reuters/Forum

Prezes Jarosław Kaczyński i minister obrony narodowej Antoni Macierewicz podczas obchodów siódmej rocznicy katastrofy smoleńskiej.

W akcję odstrzelenia Misiewicza zaangażowano rządowe media, do Jacka Kurskiego poszła dyspozycja, żeby szykował do „Wiadomości” materiał o nim.
Archiwum WP

W akcję odstrzelenia Misiewicza zaangażowano rządowe media, do Jacka Kurskiego poszła dyspozycja, żeby szykował do „Wiadomości” materiał o nim.

„Ucho prezesa”, Misiewicz w tanecznym szale, po prawej: Andrzej Duda, zwany tu Adrianem.

„Ucho prezesa”, Misiewicz w tanecznym szale, po prawej: Andrzej Duda, zwany tu Adrianem.

audio

AudioPolityka Juliusz Ćwieluch Anna Dąbrowska Malwina Dziedzic - Zimna wojna w PiS

Prezes Kaczyński cierpliwie znosił „ekstrawagancje” Antoniego Macierewicza, których uosobieniem był pulchny 27-latek z podwarszawskich Łomianek, bez wyższego wykształcenia i choćby minimalnego doświadczenia współmiernego do przyznanych mu uprawnień (POLITYKA 5). Zawrotna kariera pisowskiego Dyzmy raziła nawet polityków partii rządzącej i w jawny sposób negowała mit „dobrej zmiany”. Okresowo ukrywany, z przytupem powracał po kilku miesiącach i unaoczniał pozycję ministra Macierewicza, którego decyzje wydawały się nie do ruszenia, nawet przez prezesa PiS. – W sprawie z Misiewiczem zaczęły się pojawiać najbardziej karkołomne hipotezy. Jedna z nich mówiła o związkach, takich męsko-męskich, druga o jakichś kwitach, hakach, trzecia – według mnie najbardziej prawdopodobna – że to problem charakteru. To miłość własna Macierewicza powodowała, że za wszelką cenę próbował demonstrować, ile znaczy i że nikomu nie ulega – twierdzi nasz rozmówca z klubu PiS.

Kaczyński kilkukrotnie dawał Macierewiczowi szanse, aby sam rozwiązał sprawę swojego protegowanego, i nie krył przy tym, co sądzi o awansowaniu niedawnego pomocnika aptekarza na tak eksponowane stanowiska w MON. Jednak Macierewicz ostentacyjnie to ignorował. Aż prezes PiS w końcu powiedział: dość. I postanowił pokazać ministrowi obrony jego miejsce w szeregu.

Konferencja, na której Jarosław Kaczyński poinformował o zawieszeniu Misiewicza w prawach członka partii, miała tak naprawdę jednego adresata – szefa MON i jednocześnie wiceprezesa PiS. Nie bez przyczyny prezes wspomniał o swoich statutowych uprawnieniach, które dają mu możliwość podejmowania takich decyzji w okresie między posiedzeniami komitetu politycznego partii. Również skład komisji powołanej do wyjaśnienia sprawy awansów Misiewicza nie pozostawiał złudzeń. Joachim Brudziński, Mariusz Kamiński, Marek Suski i Karol Karski to pretorianie prezesa, „pluton egzekucyjny” – jak mówią niektórzy. Już następnego dnia odstrzelili Misiewicza. To pierwsze ostrzeżenie dla Antoniego Macierewicza.

Prośby

Sprawę trzeba było rozstrzygnąć szybko, bo Wielkanoc za pasem, a władza nie mogła sobie pozwolić, aby przy świątecznym stole suweren dyskutował o ogromnej pensji dla pupila ministra. – To miało być załatwione inaczej, ale się nie udało – mówi poirytowany jeden z najważniejszych polityków PiS. Dodaje, że prezes działa w myśl ewangelicznej zasady: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy”, a jak to nie zadziała, to upomnij go przy świadkach, jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. – I tak właśnie prezes najpierw prosił w cztery oczy, potem wysyłał publicznie sygnały ostrzegawcze. A Antoni Macierewicz obiecywał, że zajmie się sprawą, że będzie prezes zadowolony. Aż wreszcie Jarosław zdecydował się na krok ostateczny – relacjonuje polityk PiS.

Ostatni „powrót Misiewicza” nastąpił szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. W poniedziałek, kiedy pisowcy obchodzili rocznicę katastrofy smoleńskiej, wyszło na jaw, że Misiewicz, wciąż jeszcze pełniący obowiązki szefa gabinetu politycznego szefa MON, został pełnomocnikiem zarządu PGZ do spraw komunikacji. Wiadomo, że skierował go tam resort obrony. We wtorek rano szef komitetu wykonawczego PiS, pierwszy wiceprezes Joachim Brudziński, wziął jeszcze Misiewicza w obronę. „Jakby przeanalizować sukces zdolności wypromowania nazwiska Misiewicza, to Bartłomiej Misiewicz przejdzie do historii europejskiego PR” – mówił w TVN24. I dodawał, że „nie jest zwolennikiem tego, żeby wyrzucić na zbity pysk, wszystko wskazuje na to, że zdolnego, młodego człowieka”.

Ale do wieczora sytuacja zmieniła się diametralnie: „Fakt” ujawnił, że Misiewicz wylądował w PGZ z pensją 50 tys. zł. – Prezes oszalał, wypuścił z ręki marchewkę i został mu tylko kij, którym postanowił pogonić Misiewicza i tym samym kijem schłostać Macierewicza – mówi jeden z polityków PiS. Dodaje, że kto zna Kaczyńskiego, ten wie, że na sprawy zarobkowe jest szczególnie wyczulony, osobiście i wizerunkowo. Jemu samemu niewiele potrzeba, uważa, że sporo zarabia, i potrafi się tym podzielić. Działacz z Nowogrodzkiej opowiada, że Kaczyński kiedyś oddał potrzebującej kobiecie część swojej poselskiej pensji, a innym razem, aby kogoś poratować, wyjął z kieszeni kilkaset złotych. Był zbulwersowany informacjami o pensji młodego protegowanego Macierewicza. I choć podobno nie było to aż 50 tys. zł, to jednak kwota miała być na tyle wysoka, że partia postanowiła jej nie ujawniać. – Prezes wiedział też, że nasz elektorat naprawdę wkurzy się na tę pensję Misiewicza; to był wielki, mierzalny konkret – słychać w PiS. I było to równie ważne jak poczucie Kaczyńskiego, że Macierewicz robi, co chce.

Groźby

Prezes był zdeterminowany, aby załatwić Misiewicza przed świętami. Plan A polegał na tym, że Misiewicz pod naporem komisji sam odda legitymację partyjną. I tak się stało – opowiada polityk bliski prezesowi. Czy był jeszcze plan B? – Tak, jeśli nie odszedłby dobrowolnie, prezes był gotów zarządzić pilne posiedzenie komitetu politycznego, jeszcze przed świętami, i przegłosować wyrzucenie protegowanego Macierewicza.

O ile zgodnie ze statutem prezes PiS sam może zawiesić kogoś w prawach członka partii, to już usunięcie z partii musi przegłosować 34-osobowy komitet polityczny. – To był Wielki Czwartek, ale komitet był już w gotowości, aby zjechać na Nowogrodzką – mówi jeden z jego członków. Kaczyński był spokojny o wynik głosowania, ale chciał załatwić sprawę szybszą ścieżką, miał dość tego spektaklu.

W miniony czwartek o 11 w salce na drugim piętrze w siedzibie PiS, nad gabinetem prezesa, stawił się Misiewicz, a godzinę później – Macierewicz, i to bez zwyczajowego już spóźnienia, co odnotowano w partii. Kaczyńskiemu zależało, aby kamery zarejestrowały Macierewicza, który tłumaczy się przed partyjną komisją. – To było trochę działanie terapeutyczne dla prezesa, miało też wstrząsnąć Macierewiczem i pokazać, że nie jest żadnym nadprezesem – mówi polityk PiS. Choć Kaczyński był w tym czasie na Nowogrodzkiej, nie spotkał się z przesłuchiwanym ministrem. Jeden z najważniejszych polityków PiS zwraca uwagę, że w komisji siedział Mariusz Kamiński, koordynator służb specjalnych: – I właśnie to, co on przyniósł ze sobą na posiedzenie, zaważyło o tym, że Misiewicz zdecydował się oddać legitymację. Nie było to żadne honorowe pożegnanie, tylko odejście ze strachu przed ujawnieniem pewnych nieopisanych przez media faktów. To nic przestępczego, ale proszę mi wierzyć na słowo, że miałby się czego wstydzić.

Szczucie

W akcję odstrzelenia Misiewicza zaangażowano też rządowe media. Jeszcze w środę na Woronicza, do Jacka Kurskiego, poszła dyspozycja, żeby szykował do „Wiadomości” materiał o Misiewiczu. Zaraz po informacji o pomnikach smoleńskich i dobrych wiadomościach gospodarczych widzowie usłyszeli o „twardej decyzji prezesa PiS”, którego cierpliwość się skończyła. Przypomniano słowa Kaczyńskiego o tym, że „do władzy nie idzie się dla pieniędzy”. A jeszcze we wrześniu ub.r. reporterka TVP1 Ewa Bugała zamieszanie wokół Misiewicza opisywała jako „polityczną nagonkę” na człowieka, który mimo młodego wieku ma „istotne doświadczenie”. W czwartek „Wiadomości” cytowały decyzję komisji: „Misiewicz nie ma kwalifikacji do pełnienia funkcji w sferze administracji publicznej, w spółkach Skarbu Państwa czy innych sferach życia publicznego”. – Proszę mi wierzyć, że te ostre sformułowania, w obliczu tego, co ujawniło się podczas posiedzenia naszej komisji, nie są sformułowaniami na wyrost – przekonuje Marek Suski. Jego zdaniem PiS pokazał, że osoby, które mają nawet tak cenionych przez prezesa patronów jak Macierewicz, nie mogą łamać zasad.

Politycy z obozu władzy, z którymi rozmawialiśmy, zastanawiają się nad kolejnym krokiem Macierewicza. Joachim Brudziński podczas dziesięciominutowego briefingu po posiedzeniu komisji aż sześć razy wymienił nazwisko prezesa. Dwa razy powtórzył też, że „premier, prezes Jarosław Kaczyński wykazuje się bezwzględną konsekwencją w eliminowaniu wszelkich patologii”. To wyraźny sygnał, gdzie jest ośrodek władzy w PiS i że czas pobłażliwości prezesa się skończył.

W klubie w Sejmie Macierewicz nie ma swojego zaplecza politycznego. Myślę, że dostał wyraźny sygnał, że prezes jest najważniejszy, a on jest tylko jednym z sześciu wiceprezesów. Nie sądzę, aby podważał decyzje komisji i dalej wstawiał się za Misiewiczem – mówi Robert Telus, poseł, z tego samego okręgu wyborczego co Macierewicz. Przepytywani przez nas politycy partii rządzącej twierdzą, że to było ostatnie ostrzeżenie dla Macierewicza, i jeśli minister się uspokoi, to zachowa stanowisko: – A jeżeli nie, to ręka prezesowi nie zadrży, a Beata z ulgą ogłosi jego dymisję. Jeden z przedstawicieli PiS zdradza, że w gotowości jest przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych: – Marek Opioła siedzi jak na szpilkach, bo jakiś czas temu dostał sygnał, że mógłby zastąpić Macierewicza. Ma dobre relacje z ośrodkiem prezydenckim, mógłby przywrócić normalność i konstytucyjny układ sił między MON a prezydentem.

Zastraszenie

Osoby znające kulisy relacji pomiędzy Antonim Macierewiczem a Andrzejem Dudą są wręcz onieśmielone zmianą postawy prezydenta, który przyzwyczaił wojskowych do tego, że „ciągle jeszcze nie jest zaniepokojony”. Wojskowi od dawna próbowali na wszelkie sposoby zainteresować głowę państwa stanem armii i kadrową masakrą, która się tam odbywa. Co nie było łatwe, bo szef resortu wydał zakaz kontaktów wyższej kadry oficerskiej z prezydentem bez jego wiedzy i zgody.

Kiedy dowódca generalny niejako podstępem zaprosił Dudę na doroczną odprawę w dowództwie, minister Macierewicz uważnie słuchał, który z oficerów zdecydował się zabrać głos i zgłosić krytyczne uwagi. Każdy z trzech śmiałków stracił stanowisko i to w przeciągu zaledwie kilku tygodni. Wśród odważnych znalazł się gen. Tomasz Drewniak, inspektor sił powietrznych. Gen. Drewniak mocno zaangażował się w próbę przyciągnięcia uwagi prezydenta do spraw wojskowych. W połowie zeszłego roku zaproponował, żeby Agata Duda została matką chrzestną nowo dostarczonych samolotów szkolnych Bielik. Uroczystość została zaplanowana na koniec listopada 2016 r. Prezydentowa miała dostać pamiątkową odznakę, prezydent – kombinezon pilota i odbyć pierwszy lot maszyną. Wszystko było w zasadzie dopięte na ostatni guzik. Kilka dni przed uroczystością Drewniak stracił stanowisko. Andrzej Duda nie wykonał żadnego gestu w jego obronie. A odejście generała zniknęło w tłumie innych.

Trudno się dziwić, że po takiej lekcji mało kto z wojskowych chciał ryzykować kontakty ze zwierzchnikiem sił zbrojnych. W efekcie o rezygnacji szefa sztabu generalnego prezydent dowiedział się mniej więcej wtedy, kiedy reszta społeczeństwa, czyli pod koniec zeszłego roku. Antoni Macierewicz oficjalne pismo w tej sprawie miał na biurku już na początku czerwca 2016 r. Odchodzący ze stanowiska dowódcy generalnego gen. Różański pismo ze swoją rezygnacją przygotował w dwóch egzemplarzach. Jeden dla prezydenta, drugi dla ministra. Kiedy w resorcie dowiedzieli się, że Różański będzie próbował osobiście przekazać pismo Dudzie, Bartłomiej Misiewicz interweniował w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, żeby do takiego spotkania nie doszło.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną