Choroba antysemityzmu toczy Polskę nie od dziś

Czy Polacy to naród Sprawiedliwych?
Musimy mieć świadomość, że 1968 rok w Polsce to nie 1933 rok w Niemczech – mówi Stefan Sawicki z komisji przyznającej tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Yad Vashem
israeltourism/Flickr CC by SA

Yad Vashem

Agnieszka Zagner: – Od kiedy jest pan Żydem?
Stefan Sawicki: – Dowiedziałem się, kiedy miałem 12 lat. Moja starsza siostra wróciła właśnie z odwiedzin u naszej rodziny w Stanach i przekazała mi to w sekrecie. W domu się o tym wcale nie mówiło, rodzice uważali się za Polaków, którzy przeżyli wojnę, a nie Holocaust. Ich opowieści z tamtych czasów były pozbawione kontekstu żydowskiego. Urodziłem się już po wojnie w Wilnie, gdzie mieszkaliśmy do końca 1957 roku, rodzice mieli żydowskich przyjaciół, pamiętam też pewną panią z numerem na przedramieniu, którą spotkaliśmy na wczasach, a która opowiadała jakieś straszne rzeczy. Byłem jednak dzieckiem, nie wszystko kojarzyłem i rozumiałem. Takim przełomowym momentem był obóz harcerski, na który wysłali mnie rodzice z drużyną ze Śródmieścia. W tej grupie było dużo dzieci Żydów, podkreślam – dzieci, a nie Żydów – niektórzy Żydami stali się znacznie później.

Podobnie jak pan.
Tak, to przyszło z czasem. Jednak wtedy, jako 14-letni chłopiec, na obozie poznałem wielu kolegów bardziej obeznanych z tematem. Dość szybko znalazłem się na pierwszej linii dyskusji, choć bardziej niż o naszym pochodzeniu mówiliśmy o dalszych losach światowej rewolucji. Ale na co dzień w szkole na Saskiej Kępie funkcjonowałem w środowisku mocno zachowawczym, żyliśmy muzyką, modą, moi żydowscy koledzy i koleżanki byli wychowywani zupełnie poza tematem żydowskości, jakby ten temat miał nigdy się w ich życiu nie pojawić.

Dość brutalnie pojawił się w marcu 1968 roku. Wówczas wiele osób dowiedziało się o swoim pochodzeniu.
Ja to, co oni w marcu, przeżywałem jako 14-latek. W środowisku śródmiejskim, w którym wtedy się obracałem, dyskurs nie był wcale dominujący. Pokolenie naszych rodziców było mocno spolonizowane, to byli ludzie, którzy co najmniej trzykrotnie postanowili z Polski nie wyjeżdżać: był rok 1945, 1946, 1955–56… Niemała ich część miała udział w budowaniu Polski Ludowej, więc mieli dobre powody, by zostać. Oczywiście niektórzy mieli kompleksy, że może nie są do końca prawdziwymi Polakami, ale my, młodzi, takich kompleksów nie mieliśmy.

Ówczesne władze robiły wszystko, by te kompleksy podsycać. W 1968 roku okazało się, że Polacy w Polsce mogą zostać, Żydów nikt nie zatrzymuje.
Gomułka wprost zapraszał do wyjazdu… Stanęliśmy przed wyborem, ale to trwało dość długo. Nastroje antyizraelskie i antyżydowskie unosiły się w powietrzu od wielu miesięcy, od wojny sześciodniowej, wydarzenia z 8 marca 1968 roku nie były wielką niespodzianką. Zaskoczeniem było jednak to, co nadeszło wkrótce: czystka. Spodziewaliśmy się kolejnej kampanii politycznej, że na zebraniach partyjnych ludzie będą musieli się deklarować, a aktyw będzie potępiać. Tymczasem okazało się, że sprawy idą dalej – zaczęły się czystki etniczne w miejscach pracy. Z uczelni czy ze szkół nie relegowano jednak za pochodzenie, ale za udział w demonstracjach czy strajkach. Oberwać można było za samo wychylenie się, jeśli było się częścią establishmentu komunistycznego czy kulturalnego. Mój ojciec, który był lekarzem, żadnych konsekwencji nie poniósł. Oczywiście mówiło się w domu, że atmosfera była niedobra, ale nikt nie wyrzucił go z pracy. Pewnie gdyby był partyjny, straciłby legitymację. Mama, która też była bezpartyjna, ale pracowała w wydawnictwie, czyli była w tzw. froncie ideologicznym, została zwolniona ze stanowiska kierowniczego, ale nie wyrzucono jej z pracy.

Musimy mieć świadomość, że 1968 rok w Polsce to nie 1933 rok w Niemczech. Tak jak to, co dzieje się teraz, nie jest tym, co działo się w 1968 roku. Ja w marcu 1968 roku byłem na trzecim roku chemii. Na moim wydziale studiowało wielu kolegów pochodzenia żydowskiego, ale nikt z nas z tego powodu nie został wyrzucony ze studiów ani nikomu nie obniżono oceny. Gdybym należał do ZMS, pewnie by mnie z niego wyrzucono, ale znowu – mnie tam nie było.

Znikąd pana nie wyrzucono, ale z Polski pan wyjechał.
Tak, ale dość późno, pod koniec 1969 roku, pierwsze wyjazdy zaczęły się już po wojnie sześciodniowej. Miały różny charakter. Byli tacy, którzy wyjeżdżali z Polski, i tacy, którzy emigrowali. Przez emigrację rozumiem tu wymuszony wyjazd­, uniknięcie prześladowań, a wyjazd jest wyborem pozytywnym. Ci, którzy decydowali się na wyjazd, dziś mówią, że źle się tu czuli, że mieli samoświadomość, ale to nie zawsze jest prawda. Zdecydowana większość z nich była apolityczna. Wyjeżdżali, bo mieli poczucie, że Polska nie jest bezpiecznym miejscem. Za chwilę była Czechosłowacja, o której sądziliśmy, że skończy się takim rozlewem krwi jak Budapeszt 1956 roku. Żarty się skończyły. Ludzie często wyjeżdżali, bo inni wyjeżdżali, myśleli – skoro oni wyjeżdżają, to dlaczego ja nie, czy jestem od nich naprawdę mądrzejszy?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj