Kto odpowiada za napad w „Miasteczku wolności” w Warszawie?

Nieznani sprawcy w Akcji
Ustalenie okoliczności tego zajścia sprzed Sejmu będzie dla policji szczególnym wyzwaniem.
Jeśli policja nie dołoży szczególnych starań do wyjaśnienia okoliczności zajścia w „Miasteczku Wolności”, muszą pojawić się skojarzenia ze znaną z czasów PRL metodą „nieznanych sprawców”.
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Jeśli policja nie dołoży szczególnych starań do wyjaśnienia okoliczności zajścia w „Miasteczku Wolności”, muszą pojawić się skojarzenia ze znaną z czasów PRL metodą „nieznanych sprawców”.

Stowarzyszenie Solidarnie w Akcji poinformowało o nocnym napadzie na należący do OSA namiot w tzw. Miasteczku wolności u zbiegu ulicy Wiejskiej i Matejki w Warszawie. To stamtąd OSA od miesięcy prowadzi pod gmachem Sejmu pikietę konstytucyjną.

Zabrakło funkcjonariuszy

Z niedzieli na poniedziałek do „Miasteczka” wtargnąć miało przynajmniej dwóch mężczyzn. Nocował tam lider OSA i znany działacz opozycji ulicznej Maciej Bajkowski. „Kiedy zaczął się budzić, bo poczuł, że ktoś zrywa mu saszetkę z pieniędzmi, został wielokrotnie uderzony pięścią w twarz. Zalany krwią rzucił się w pogoń za bandytami” – relacjonuje na swoim portalu OSA. I dodaje, że policja ma wszcząć śledztwo w sprawie napadu, pobicia (Bajkowski stracił dwa zęby) i kradzieży ok. 6 tys. zł.

Równocześnie OSA zauważa, że choć okolice „Miasteczka wolności” od początku są obstawione okrągłą dobę, tym razem funkcjonariuszy jakoś nie było. Policja temu zaprzecza. Nie mówi wprawdzie wprost, że zadymiarz Bajkowski sam się okradł i pobił, ale zarzuca mu, iż o zajściu powiadomił napotkany patrol zbyt późno.

Czytaj także: Kilkaset osób ukaranych za działania przeciw PiS

Policja nie reaguje, gdy atakowana jest opozycja

Tyle że nie jest to pierwszy w ostatnich latach przypadek, kiedy policja nie reaguje na sytuacje wymierzone przeciwko manifestującej na ulicach opozycji. Wielokrotnie bagatelizowała wystrzeliwanie rac w trakcie przemarszów nacjonalistyczno-kibolskich – mimo wielu zgłoszeń od kontrdemonstrantów. Więcej: zdarzało się, że funkcjonariusze pozostawali bierni, gdy dochodziło do fizycznej agresji tzw. narodowców wobec osób sprzeciwiających się propagowaniu w Polsce skrajnie nienawistnych ideologii.

Nie mówiąc oczywiście o tym, że sama łamie prawo podczas interwencji wymierzonych w protesty Obywateli RP czy OSA – dowodem wyroki sądów, stwierdzających nieuzasadnione rozbijanie spontanicznych zgromadzeń, legitymowanie, zatrzymywanie czy używanie środków przymusu (tu symbolem stało się skucie Władysława Frasyniuka podczas niedawnego doprowadzania go wczesnym rankiem przed oblicze prokuratora).

Czytaj także: Dlaczego PiS nie zdelegalizuje ONR?

„Nieznani sprawcy”, metoda z czasów PRL

Jeśli policja nie dołoży szczególnych starań do wyjaśnienia okoliczności zajścia w „Miasteczku wolności”, muszą pojawić się skojarzenia ze znaną z czasów PRL metodą „nieznanych sprawców”, używanych wtedy przez władzę do nękania demokratycznej opozycji. W wersji łagodnej (rozbijanie wykładów Towarzystwa Kursów Naukowych pod koniec lat 70. przez działaczy prorządowych organizacji młodzieżowych) były to bojówki sympatyków, chronione jednak przez milicję i bezpiekę. W wersji twardej – operacje (zwykle pobicia opozycjonistów) samych funkcjonariuszy aparatu przemocy za akceptacją bądź na rozkaz przełożonych.

Rozpoczął się zatem test, czy policjantom służącym w państwie PiS zależy na tym, by nie zyskać wizerunku podobnego do tego, jakie mieli w czasach PRL funkcjonariusze milicji, SB czy ZOMO. Test ten obejmuje również ich zwierzchników.

Czytaj także: Wysyp zarzutów wobec polityków opozycji

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj