Kraj

Lemongrass, poligon podsłuchowy w sercu Warszawy

Wnętrze restauracji Lemongrass Wnętrze restauracji Lemongrass Radosław Nawrocki / Forum
Lemongrass – jak twierdzą oficerowie kontrwywiadu – był „klasyczną instytucją przykrycia dla działalności wywiadowczej”. O kulisach tej działalności, a także o rosyjskich tropach w aferze taśmowej, pisze w książce „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami” dziennikarz „Polityki” Grzegorz Rzeczkowski. Zachęcamy do lektury jej fragmentu.
Okładka książki „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami”materiały promocyjne/Materiały promocyjne Okładka książki „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami”

17 czerwca 2019 r. ukaże się książka „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami” Grzegorza Rzeczkowskiego, dziennikarza „Polityki”, o kulisach afery podsłuchowej, która pięć lat temu wywołała jeden z największych kryzysów w historii III RP.

Książka dowodzi, że łańcuszek powiązań prowadzi do Rosji, a konkretnie do osób związanych z Kremlem i jego tajnymi służbami. Odsłania słabość państwa i niemoc jego instytucji, które skompromitowały śledztwo w sprawie podsłuchów, oraz bulwersującą rolę w tej sprawie ludzi bliskich PiS, którzy wykorzystali „rosyjskie” nagrania z restauracji do uderzenia w rząd RP. Marek Falenta był w tej rozgrywce tylko pionkiem.

Książka ukazuje się nakładem Wydawnictwa Arbitror w serii #ArbitrorFakty i pod patronatem „Polityki. Niżej jej fragment – o restauracji Lemongrass (dziś zamkniętej), w której spotykali się podsłuchiwani politycy PO i biznesmeni.

***

Podsłuchowym poligonem był Lemongrass, czyli – jak twierdzą oficerowie kontrwywiadu – „klasyczna instytucja przykrycia dla działalności wywiadowczej”. Znana swego czasu restauracja zajmująca cały parter zbudowanego w latach 60. budynku na rogu Al. Ujazdowskich i ul. Matejki. Lokal powstał przed uruchomieniem Sowy – z wykwintnym i drogim jedzeniem odstraszającym przypadkowego klienta, vip-roomami oraz stolikami, których „blaty miały uszy”. Jak twierdzą oficerowie polskiego kontrwywiadu, pierwsi zasadzili się tam Rosjanie, by zapolować na Amerykanów z położonej niemal naprzeciwko ambasady USA. Ale Amerykanie nie zamierzali czekać z założonymi rękami i sami podsyłali tam własne służby ochrony. W końcu restauracja stała się miejscem swego rodzaju pojedynku dwóch mocarstw w sercu Warszawy, kilka kroków od polskiego parlamentu.

Polski kontrwywiad nie był tym zachwycony, smakosze zresztą również. Lemongrass nie najlepiej ocenili m.in. krytycy kulinarni „Polityki”, Piotr Adamczewski i Andrzej Garlicki, przyznając jej trzy gwiazdki na pięć możliwych: „restauracja orientalna podająca dania chińskie, tajskie i wietnamskie. Zmieniono całkowicie wystrój wnętrz – ciemne stoliki, wygodne krzesła, nowocześnie i ładnie. Sprawna i miła obsługa. No i dobra kuchnia, nie wolno palić, ceny raczej wysokie. […] Rozumiemy, że płaci się za lokalizację na Trakcie Królewskim, ale czy przy tych cenach uda się zdobyć klientów?”. Najwyraźniej się nie udało, bo Lemongrass dość szybko zniknął z restauracyjnego krajobrazu stolicy. Pytanie, czy rzeczywiście o przyciągnięcie normalnych klientów chodziło. Czy może tylko o tych, których głosy po zarejestrowaniu miały jakąś wartość? Ci, którzy tam bywali, twierdzą, że rzeczywiście nie było to miejsce nastawione na klientów „z ulicy”. Głównie ze względu na ceny, ale również wyszukaną, azjatycką kuchnię, która nie każdemu przypadała do gustu.

Obie restauracje, czyli Lemongrass i Sowę, łączy coś jeszcze – powstały w miejscu innych, które nie cieszyły się renomą. Pod tym samym adresem, w tym samym lokalu co Lemongrass, działała słynna szczególnie w czasach PRL restauracja Ambasador. „Nieprzytulna, droga i o marnej kuchni” – pisali Adamczewski i Garlicki.

Czytaj także: Restauracje wysokiego ryzyka – tam spotykali się politycy z afery taśmowej

Podsłuchy wyciągane ze ścian

W aktach sprawy podsłuchowej można znaleźć informację, którą podczas przesłuchania w ABW miał usłyszeć Łukasz N., a którą przekazał później prokuratorowi. Wynika z niej, że podczas remontu przeprowadzonego przed otwarciem Lemongrass ze ścian „wyciągnięto podsłuchy”.

W czasach PRL było to miejsce, w którym ze względu na sąsiedztwo ambasady USA często kręcili się funkcjonariusze kontrwywiadu SB. Ale nie tylko. To właśnie w Ambasadorze spotykał się ze swoim oficerem prowadzącym Bogusław Kowalski, zarejestrowany przez SB jako TW „Mieczysław”, późniejszy poseł PiS, a przez chwilę nawet prezes PKP za rządów tej partii.

Zachowane w archiwum IPN akta przywołują nie tylko ducha tamtego miejsca, lecz także jego smaki. Wiadomo, że Kowalski zamawiał tam omlet za ówczesne 211 zł, schabowego z frytkami i bukietem surówek za 588 zł, na deser kremową wuzetkę, którą popijał cytronetą za 50 zł. Są tacy, którzy twierdzą, że w latach 90. do Ambasadora zaglądali ludzie związani z mafią pruszkowską, która współpracowała z mafią sołncewską.

Dziwny zbieg okoliczności. Później, czyli na początku XXI w., za rządów SLD (w latach 2001–2005), upatrzyła sobie ją tzw. grupa hakowa, składająca się z ważnych ludzi ówczesnej władzy, którzy gromadzili materiały kompromitujące swoich przeciwników. Także – jak usłyszałem – za pomocą podsłuchów instalowanych w Ambasadorze dzięki uprzejmości obsługi.

Czytaj także: Kto stał za kelnerami?

Rosyjski wywiad w polskiej restauracji

Właścicielem Lemongrass była firma Jasmin, której prezesem i większościowym udziałowcem był Andrzej Kisieliński, w latach 2000–2005 dyrektor finansowy polskiego oddziału rosyjskiego potentata paliwowego Łukoil. Kisieliński miał ciekawych znajomych – w spółce A., gdzie pełni funkcję prezesa i współwłaściciela, jego zastępcą jest Andrij Persona vel. Kononenko, również współudziałowiec, o którym głośno było kilka lat temu. „Persona reprezentował w Polsce interesy Siemiona Mogilewicza, powiązanego z jedną z największych na świecie mafii – sołncewską” – pisał o nim „Puls Biznesu” tuż po wybuchu afery podsłuchowej.

Więcej informacji na jego temat zebrali dziennikarze tvn24.pl Maciej Duda i Robert Zieliński. Wynikało z nich, że Persona pracował dla Mogilewicza, „organizując” dostawy gazu do Polski jeszcze na przełomie lat 90. i pierwszej dekady XXI w. (za pośrednictwem zarejestrowanej w Szwajcarii spółki RosUkrEnergo, którą Amerykanie podejrzewali, że jest pod kontrolą Siemiona Mogilewicza110). Cytowali również szefa ABW w latach 2002–2005 Andrzeja Barcikowskiego, który przyznał, że przed kontaktami z Andrijem Personą ostrzegał posłów i członków rządu na zamkniętym posiedzeniu Sejmu. „Z naszych informacji wynikało, że zajmuje się biznesem w branży paliwowej, związanym z Rosjanami i Ukraińcami. Wraz z innymi podobnymi osobami działał w sposób, który budził podejrzenia, że w rzeczywistości nie jest biznesmenem, a raczej osobą związaną z obcymi służbami wywiadowczymi” – stwierdził Barcikowski.

Podobną opinię usłyszałem od jednego z moich rozmówców ze służb: – Każdy jego adres, każda firma, niemal wszystko, czego się tknął, wpisywało się w sposób działania rosyjskiego wywiadu. Były to co najmniej próby podejść pod interesy z polskimi instytucjami państwowymi i spółkami skarbu państwa.

Czytaj także: Jak ludzie Kremla i rosyjskiej mafii znaleźli się w otoczeniu Macierewicza

Kto spłacił długi Lemongrass?

Lemongrass ruszył w 2008 r., trzy lata po tym, gdy pracę w Łukoilu zakończył biznesowy partner Andrija Persony, czyli wspomniany Andrzej Kisieliński. Restauracja została zamknięta na przełomie 2011 i 2012 r., choć kiedy dokładnie się to stało, trudno dziś ustalić. Na zdjęciach Google Street View widać, że w lipcu 2011 r. jeszcze działała. Dwa lata później lokal był już zupełnie pusty. I tak jest do dziś.

W dokumentach spółki złożonych do Krajowego Rejestru Sądowego można znaleźć informację, z której wynika, że Persona vel. Kononenko częściowo przynajmniej finansował działalność Lemongrass. Sprawozdanie za rok 2008 wprost mówi, że właściciel restauracji, to jest firma Jasmin, pożyczył od firmy Allovita – w której Persona był wiceprezesem i pośrednio udziałowcem – około 3 mln zł. Drugie tyle pożyczył Kisieliński. W sumie firma Jasmin jeszcze na koniec 2013 r. była zadłużona z tytułu pożyczek na 7,5 mln zł. Następnie dług zaczął szybko maleć, by rok później spaść do 2,8 mln zł, a w październiku 2015 r., czyli w momencie złożenia do sądu wniosku o zamknięcie firmy, zniknąć zupełnie. Kto spłacił te zobowiązania? I komu? Można się tylko domyślać.

Jesienią 2010 r. Kisieliński sprzedał Jasmin spółce Chemtank, która m.in. handlowała parafiną z Łukoilem. Wszystko więc pozostało w rodzinie. Zapytałem jednego z właścicieli Chemtanku, po co firmie handlującej materiałami ropopochodnymi firma, której działalność ograniczała się do prowadzenia jednej restauracji. Ale niewiele miał do powiedzenia. Odpowiedź właściwie ograniczała się do stwierdzenia, że bardzo ciężko mu sobie przypomnieć „wszystkie fakty”.

Ponad rok od zakupu firmy Jasmin, czyli w grudniu 2011 r., Chemtank postawił firmę w stan likwidacji. W sumie trudno się dziwić, skoro na koniec 2011 r. firma Jasmin wykazała stratę w wysokości 1,4 mln zł (rok wcześniej było to 857 tys. zł).

Czytaj także: Czy sprawa Falenty obali rząd PiS (i dlaczego nie)

Dwaj Rosjanie w obskurnym biurowcu

Dziwne jest co innego – że po ponad trzech latach, czyli w marcu 2015 r. Chemtank sprzedał gastronomiczną spółkę Rosjaninowi z Kaliningradu – Aleksandrowi Prokopience, do którego po czterech miesiącach jako właściciel jednego udziału dołączył inny mieszkaniec tego miasta Oleg Jeremiejew. To właśnie oni zamknęli firmę i prawdopodobnie spłacili jej długi. Jak wynika z dokumentów spółki, na pewno podzielili między siebie majątek Jasmin pozostały po jej likwidacji. Pierwszemu przypadło 4,5 tys. zł, drugiemu – 44 zł. Po co dwóm Rosjanom z Kaliningradu firma Jasmin, która w tym czasie zmieniła siedzibę z reprezentacyjnego adresu w sercu Warszawy na biuro w obskurnym biurowcu na łódzkich Bałutach? Skąd się wzięli w Warszawie? Jak w ogóle się dowiedzieli, że Jasmin jest na sprzedaż?

Fragment publikujemy bez przypisów znajdujących się w książce. Śródtytuły od redakcji.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama