Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Czy Puszcza Karpacka naprawdę istnieje? Nawet bardzo

Dzika Puszcza Karpacka Dzika Puszcza Karpacka Adam Lawnik / EAST NEWS
Kierownictwu Lasów Państwowych należą się kwiaty. Dzięki śmiesznemu lapsusowi i udawaniu, że Puszcza Karpacka nie istnieje, zainteresowanie nią wzrosło o rzędy wielkości – mówi dr Antoni Kostka.
Dr Antoni KostkaArch. pryw. Dr Antoni Kostka

JĘDRZEJ WINIECKI: – Czy Puszcza Karpacka naprawdę istnieje?
ANTONI KOSTKA: – Według niektórych klasyfikacji mamy tylko jedną prawdziwą puszczę, według innych kilkanaście. To spór czysto semantyczny. Każdy sięga po takie kryteria, jakie są mu wygodne. Tym, którzy teraz z ferworem twierdzą, że czegoś takiego jak Puszcza Karpacka nie ma, nie przeszkadza stosowanie nazwy Puszcza Notecka w kontekście głośnego zamku w Stobnicy, do budowy którego podobno dopuścili ekolodzy. Wtedy mówią o Puszczy Noteckiej, choć to plantacja sosny i przeciwległy kraniec przyrodniczego spektrum w porównaniu z Karpacką.

Dlaczego jest o niej głośno?
Kierownictwu Lasów Państwowych należą się kwiaty. Dzięki śmiesznemu lapsusowi i udawaniu, że Puszcza Karpacka nie istnieje, zainteresowanie nią wzrosło o rzędy wielkości. Ale sytuacja w Karpatach niepokoi od lat. Trzy dekady temu nie było organizacji, która np. inwentaryzowałaby stare drzewa. Nie było też zainteresowania mediów. A wycinka co roku utrzymuje się na podobnym poziomie. Drastycznie zmienił za to społeczny odbiór tego, co się dzieje w lesie.

Bez leśników lasom byłoby lepiej?

W jakim kierunku?
Konflikt w Puszczy Białowieskiej w 2017 r. doprowadził do uaktywnienia się w całym kraju setek inicjatyw leśnych, także niezaangażowani obywatele nabrali wrażliwości. Na tej fali przypomniano sobie, co się dzieje w południowo-wschodniej Polsce. Puszczę Karpacką można rozszerzać na całą polską część Karpat albo obszar na wschód od Krynicy – Bieszczady, Beskid Niski i Pogórze Przemyskie. Na nim się koncentrujemy, działamy tam od 15 lat, jesteśmy weteranami walki na rzecz utworzenia Turnickiego Parku Narodowego.

Dlaczego nie powstał?
To jeszcze historia z końca poprzedniego wieku. W 1995 r. utworzono Magurski Park Narodowy w Beskidzie Niskim i według plotek ówczesny minister środowiska Stanisław Żelichowski miał do podpisu jeszcze dwa dokumenty, wybór między dwoma przedsięwzięciami z regionu. Uznał, że fundusze na ewentualny Turnicki Park Narodowy powędrują na arboretum w Bolestraszycach, swoją drogą piękne. Niestety był to ostatni dogodny moment. Niebawem Lasy Państwowe krzepły po okresie swojej wielkiej smuty lat 90. – równocześnie złotej dekadzie polskich parków narodowych – i przystąpiły do kontrataku. W 1999 r. udało się jeszcze tylko powiększenie parku bieszczadzkiego, potem w Karpatach było już za późno. Dziś problemem jest to, jak Lasy Państwowe gospodarują na obszarach najcenniejszych.

Jak się uchowały?
Pogórze Przemyskie i Bieszczady obfitują w miejsca strome, gdzie ciężko było doprowadzić drogi. Tak w regionie pozostał ekologiczny ruszt, na którym rozpięty jest otaczający go las gospodarczy. Póki co ruszt jeszcze istnieje i na nim można oprzeć biologiczną odbudowę puszczy, korzystając z możliwości dyspersyjnych wielu gatunków puszczańskich i reliktowych. Ich zdolność do rozprzestrzeniania się jest na tyle duża, że przeniosą się na sąsiednie obszary. O ile także te miejsca zostawi się w spokoju.

Dlaczego Lasy Państwowe tego nie robią?
Są niewolnikami paradygmatu leżącego u podstaw ich funkcjonowania. Nazywają to trwałą, zrównoważoną wielofunkcyjną gospodarką leśną. Opiera się ona na nieco ideologicznym założeniu, że wszystkie funkcje lasu, w tym produkcję drewna i ochronę przyrody, da się pogodzić na tym samym fragmencie lasu. Jeśli jest technicznie możliwe, by na jakąś górę wjechać maszyną, to ona tam dotrze, by udowodnić, że da się tam gospodarować.

A da się?
Za tym idzie masa argumentów popieranych przez niektórych naukowców. O tym, jak gospodarka leśna sprzyja ochronie przyrody. Nie widzą tu konfliktu między nią a aspektami przyrodniczymi. Uznają, że gospodarka sprzyja różnorodności biologicznej. Wytoczyliśmy proces Lasom Państwowym o jeden fragment lasu przylegający do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Chcemy zatrzymać cięcia ze względu na gawrujące niedźwiedzie. W odpowiedzi słyszymy, że gospodarka leśna wspiera tworzenie mozaiki środowisk, zwiększanie bazy żerowej i w sumie niedźwiedzie mają się lepiej. A gdyby leśników nie było, niedźwiedziom byłoby gorzej. Słyszymy też, że bez leśników nieuchronnie doszłoby do uproszczenia i zubożenia drzewostanu.

Nie wydaje się pan przekonany.
Leśnik nie powoduje, że zachodzi fotosynteza. W przeciwieństwie do innych obszarów Polski we wschodniej części naszego odcinka Karpat mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową. Dawniej zalesienie było niskie, z 35 wzrosło do ponad 70 proc. Typowa tablica propagandowa w okolicy pokazuje niemieckie zdjęcie lotnicze z okresu wojny, dawne pola, łąki i zabudowę, oraz zdjęcie dzisiejsze z dominującym lasem. Podpis: zawdzięczamy to pracy leśników. Po pierwsze, prawie każdy teren w naszym klimacie pozostawiony przez 80 lat staje się lasem. Jedynymi sprawcami są komuniści i przesiedlenie przez nich ludzi w ramach akcji „Wisła”. Po drugie: argumentuje się, że lasy, które rosły tu przed wojną, były intensywnie eksploatowane. Z tym też można się zgodzić, gospodarowano nawet gorzej niż teraz. Ale to nie znaczy, że puszcza nie zabliźniła ran. Po dziesiątkach lat wyrósł cenny, zasługujący na ochronę drzewostan.

Mieszkańcy okolic projektowanych parków podchodzą bardzo nieufnie do ich idei.
Turnicki powstałby wyłącznie na gruntach leśnych należących do skarbu państwa. Miejscowości i siedziby ludzkie znajdowałyby się wyłącznie w otulinie, a przepisy mówiące o tym, jaką działalność można w niej prowadzić, nie są bardziej restrykcyjne niż obecnie obowiązujące z mocy systemu Natura 2000. Ochrona lasów Karpat musiałaby jednak obejmować więcej działań, w tym poszerzenie parku bieszczadzkiego. W przypadku powołania turnickiego chodzi, w wersji niezbędnego minimum, o 18 tys. ha parku. W pierwszym kroku postulujemy też rezerwat o nazwie Reliktowa Puszcza Karpacka o powierzchni 8 tys. ha, jego dokumentację złożyliśmy do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska już kilka lat temu. Powołanie tego rezerwatu – w przeciwieństwie do parku – mogłoby się odbyć jedną decyzją dyrektora RDOŚ, nie potrzeba żadnych konsultacji z miejscowymi gminami.

Co sądzą?
Bircza jest zdecydowanie na nie. A np. Ustrzyki Dolne to inna historia, rządzi tam opozycyjny burmistrz, co w okolicy jest ewenementem. Kłopot w tym, że zwolennicy powoływania parków milcząco zakładają, że to oazy wiecznego szczęścia i że w parkach świetnie się dzieje. A tak nie jest. Mają dużo na sumieniu, są bardzo słabe w integracji otoczeniem. Prosty przykład: jeśli łąki w ich obrębie są koszone, jak nad Biebrzą lub w parkach górskich, to w pierwszej kolejności pożytki powinni czerpać najbliżsi mieszkańcy. A zarabiają zamożni miastowi z drugiego końca kraju.

Parki narodowe a wybory

Czy jest miejsce w kampanii wyborczej na parki narodowe?
Postulat, by gminom odebrać weto w sprawie parków, jest nie do zrealizowania, żadna partia nie weźmie tego na swój sztandar. Zwłaszcza opozycja, walcząca z PiS-em w imię decentralizacji i demonopolizacji władzy. Owszem, prawo to jest absurdalne, bo nikt się nie pyta gmin, czy można przez ich teren zbudować rurociąg albo autostradę, a park narodowy jest takim samym zasobem strategicznym. Wydamy pod koniec maja białą księgę parków narodowych, wskazując, gdzie powinny powstać i co trzeba zrobić, by się udało. Potrzebne są zmiany podatkowe i wiarygodne programy rozwojowe, które by przekonały społeczności lokalne.

Odprawy dla drwali, jak kiedyś dla górników?
Na Pogórzu Przemyskim przypomina się, że w latach 90. mieszkańcom okolic Magurskiego Parku Narodowego obiecano świetlaną przyszłość. Tymczasem zamożność gminy Krempna radykalnie nie wzrosła, nadal jest tak sobie. Wiadomo jaka nieufność towarzyszy objęciu parkową ochroną całej Puszczy Białowieskiej, nie przełamała jej oferta bardzo poważnych funduszy obiecanych m.in. samorządom. Pieniądze są, wystarczyłoby, żeby miliony przeznaczane na deficytową gospodarkę leśną w nadleśnictwach z miejsc, które można objąć nowymi czy powiększonymi parkami przeznaczyć właśnie na nie. Sens gospodarki leśnej w Karpatach jest wątpliwy, skoro tylko nadleśnictwo Cisna ma 12 mln rocznego deficytu. Z drugiej strony partie opozycyjne składają obietnice idące dalej niż jeden park. Polska 2050 i Platforma Obywatelska wskazują, że w ciągu dekady mają zamiar objąć ochroną i wyłączyć z intensywnej gospodarki 20 proc. polskich lasów, obszar rzędu 1,5 mln ha. Tyle musimy też wyznaczyć, by spełnić cele unijnej strategii różnorodności biologicznej.

PO i Polska 2050 dają coś, co i tak będzie odgórnie narzucone?
Od strategii do narzucania jest bardzo daleka droga. Na dodatek pierwsze miesiące funkcjonowania strategii nie napawają optymizmem, żaden kraj nie przesłał w porę swoich propozycji chronionych obszarów, większość chce dłuższego czasu do namysłu, Polska zapowiedziała, że w ogóle nie zrobi żadnej listy, bo to nie jest obowiązkowe. Są jeszcze inne inicjatywy, w tym prawo o odbudowie zasobów przyrodniczych. Tu upatruję większych szans na zmiany, bo rzecz powinna zostać przełożona na dyrektywy, o ile też nie zostanie storpedowana. Jest jeszcze strategia leśna, czyli zestaw wskazówek i konieczność wdrożenia jednolitego monitoringu lasów.

Stąd bierze się lament Solidarnej Polski o zamachu Unii na lasy?
Jeszcze z czegoś innego. Z drobnego faktu, że jedna – uwaga! – z komisji Parlamentu Europejskiego przyjęła propozycję wysłania listu do innej komisji, by rozpocząć prace nad włączeniem leśnictwa do działu kompetencji dzielonych między Unią a państwami członkowskimi. Czyli traktować je jak rolnictwo, energetykę, transport i ochronę przyrody. I teraz jest problem, bo skoro ochrona jest dzielona, a leśnictwo nie, to występują kolizje. Za włączeniem leśnictwa do kompetencji dzielonych poszłyby pieniądze z dopłat i funduszy, więc Unia powinna mieć narzędzia do weryfikacji, jak te środki są wydane. Jeśli wyobrażamy sobie, że wdrożenie nowych strategii będzie wiązało się z wypłacaniem rekompensat np. dla prywatnych właścicieli lasów, których w Europie jest znacznie więcej niż u nas, to trzeba mieć system kontroli, taki obowiązuje przecież w rolnictwie. Sporo państw się temu sprzeciwia, w tym Austria i Szwecja, gdzie liczni właściciele lasów prywatnych zrzeszeni są w organizacjach lobbystycznych i o zmianach słyszeć nie chcą.

Rozmawia pan regularnie z leśnikami. Co panu mówią?
Są grupą wykształconą i mają kompetencję kulturową do rozumienia otaczającej ich rzeczywistości społecznej. Bardzo byłbym ciekaw, jaki jest rozkład sympatii politycznych wśród 26 tys. zatrudnionych w Lasach Państwowych. Obstawiam, że Zjednoczona Prawica nie cieszy się tam większym poparciem niż w społeczeństwie. Ci, z którymi się stykam, woleliby mieć spokój i by nie wciągać ich w grę zaproponowaną przez Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarną Polskę. Za PiS-u to jeszcze było pół biedy. Teraz górę wzięła frakcja radykalna, od leśników słyszę, że są zażenowani. Refleksję budzi, że idea zemsty na posłance Magdalenie Filiks wyszła z kręgów Lasów, przebierańców hańbiących mundur leśnika.

Obowiązuje przewidywanie, że to Konfederacja, jako niezbędny koalicjant, będzie decydować o kształcie przyszłego rządu. Jaki mają pomysł na lasy?
Nie chwalą się swoimi refleksjami. Na marginesie pojawia się pytanie, dlaczego to ruchy konserwatywno-narodowe nie stoją w forpoczcie ochrony rodzimej przyrody. Korzenie tego ruchu tkwią w ideach konserwatywnych. W Polsce jej pionierami byli narodowcy, jak Gwalbert Pawlikowski, o poglądach dziś mocno kontrowersyjnych. Z czasem się odwróciło. Dziś ochronę przyrody na sztandarach ma głównie lewica. Ta sama, która pół wieku temu domagała się kopalni i fabryki w każdym powiecie, dymiące kominy były dla niej synonimem postępu. Wtedy konserwatyści chcieli spokojnej, sielskiej wsi. Polityki unijne są zbieżne z postulatami lewicy, a konserwatyści – o ile można w Polsce ich tak nazwać – poglądów albo nie mają, albo skrzyknęli się pod biblijnym hasłem czynienia sobie ziemi poddaną. Na forach poświęconych przyrodzie wystarczy rzut oka na awatar. Flaga albo znak husarii wskazuje, że delikwent na pewno popiera pakiet leśno-kościelno-myśliwski, wprzęgnięty przez obecną władzę w realizację konserwatywnego projektu.

***

Dr Antoni Kostka – z wykształcenia geolog i biolog, przez wiele lat przedsiębiorca, od 7 lat pracuje społecznie na rzecz Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze, organizacji zajmującej się ochroną polskich lasów.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną