Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Notatnik polityczny. Rząd nie miał wyjścia, musiał coś zrobić. Dokąd dojedzie benzynowy ekspres Tuska?

Donald Tusk Donald Tusk Adam Chełstowski / Forum
To był ostatni moment na działanie rządu w sprawie cen paliw, by bezczynność Tuska i drożyzna na stacjach nie stały się dyżurnym tematem przy wielkanocnych stołach. Operacja została przeprowadzona bardzo sprawnie.

Zeszły tydzień to był paliwowy blitzkrieg rządu. Odrobina chronologii na początek, żebyśmy sobie uświadomili tempo działań.

Poniedziałek 23 marca – minister Maciej Berek pytany w Radiu „Zet” o interwencję na rynku paliw tłumaczy, że „spektrum narzędzi, którymi dysponujemy, jest ograniczone. Obniżenie VAT i akcyzy? Można różne rzeczy wykonać i te wszystkie rzeczy są w zamyśle i są przygotowane. Obserwujemy sytuację i nie podejmujemy działań pochopnie”.

Trzy dni później (w czwartek o godz. 14) Tusk informuje, że tego samego dnia na godz. 18 zwołał nadzwyczajne posiedzenie rządu, który zajmie się projektami ustaw mających obniżyć ceny paliw. Tuż po godz. 19 był już komunikat o przyjęciu obu projektów przez rząd. Tusk nazywa je zbiorczo CPN – „Ceny Paliwa Niżej”, nawiązując do dawnej sieci stacji benzynowych.

W czwartek wieczorem projektami zajmuje się Sejm. W piątek posłowie uchwalają obie ustawy, tuż potem bez poprawek akceptuje je Senat. By tak się mogło stać, marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska skróciła wizytę w Berlinie oraz zwołała dodatkowe posiedzenie Senatu.

W piątek wieczorem na pokładzie samolotu do Dallas ustawy podpisuje Karol Nawrocki. W sobotę oba akty są już opublikowane w Dzienniku Ustaw, w niedzielę wchodzą w życie. Cała operacja – od przyjęcia projektów przez rząd do opublikowania podpisanych przez prezydenta ustaw – zajęła niecałe 48 godzin.

Czytaj też: Sejm przyjął CPN. Paliwo stanieje, Tusk odrobił lekcję. Ale sztuczki podatkowe ropy nie wyczarują

Dziś rząd może triumfować, ale co dalej?

Co się znalazło w tym legislacyjnym pendolino? Obniżka VAT i akcyzy na paliwa oraz uprawnienie ministra energii do codziennego ustalania ceny maksymalnej na stacjach. Od wtorku 31 marca benzyna i olej napędowy mają kosztować o ok. 1,2 zł mniej, niż by kosztowały, gdyby rząd nie zrobił nic. Te 120 gr na litrze będzie kosztowało budżet niecałe 2 mld zł miesięcznie. To mniej więcej jedna trzecia kosztów programu 800 plus.

Tusk nie miał chyba wyjścia; ceny benzyny przez wojnę USA i Izraela z Iranem podskoczyły, grożąc wzrostem inflacji. PiS żądał działań rządu i miał za sobą zdecydowaną większość Polaków, którzy także domagali się, by rządzący interweniowali. To był ostatni moment, by bezczynność premiera i drożyzna na stacjach nie stały się dyżurnym tematem przy wielkanocnych stołach.

Operacja została przeprowadzona bardzo sprawnie. Obyło się bez przecieków medialnych, opozycja – poza Konfederacją, która głosowała przeciwko cenie maksymalnej – nie wydała z siebie głosu protestu, Nawrocki błyskawicznie zaakceptował plan.

Ale po tym efektownym zwycięstwie warto się zastanowić nad, co dalej. Bo z blitzkriegami różnie bywa w dłuższej perspektywie. Tusk już teraz wykorzystał większość dostępnych narzędzi, a rozciągliwość budżetu nie jest nieograniczona. Co jeśli kryzys paliwowy nie skończy się w ciągu miesiąca? Dwóch? Jeśli potrwa do końca roku?

Dziś rząd może triumfować, bo pokazał tak pożądane w tych czasach sprawność i sprawczość, ale przyszłość – za rok będziemy już w blokach startowych przed kampanią parlamentarną – pozostaje niepewna. Miliardów wydanych na CPN może dotkliwie zabraknąć gdzie indziej. A wtedy zagrożony będzie cały przekaz Tuska o rozwoju, kwitnącej gospodarce i awansie cywilizacyjnym do grupy G20.

Czytaj też: Czarnek, czyli taran Kaczyńskiego. Ma misję, jego liścik do Konfederacji nasączony był trucizną

A poza tym...

Nieoficjalna, acz ciekawa rozmowa z pewnym politykiem PiS pokazała, że kandydatura Przemysława Czarnka na premiera nie spotkała się z powszechnym entuzjazmem w partii. Mój rozmówca uważa ją wręcz za strategiczny błąd. Są bowiem – według niego – dwie drogi do zwycięstwa PiS. Pierwsza to obniżenie temperatury sporu, tak by schłodzić atmosferę polityczną, uśpić przeciwnika, zdemobilizować jego wyborców i wygrać swoim żelaznym elektoratem. Druga to poszerzenie bazy wyborczej PiS.

Czarnek jest zaś niekompatybilny z żadną z tych strategii. Ma ogromny elektorat negatywny i równie olbrzymi potencjał, by zachęcać do głosowania zwolenników obozu władzy. I nie lubią go wyborcy Konfederacji, co podobno wyszło PiS-owi już przed kampanią prezydencką, gdy Czarnek jako potencjalny kandydat został solidnie przebadany.

Pierwsze tygodnie z Czarnkiem jako kandydatem na premiera pokazują też, że ten polityk ma dość ubogi repertuar; jego podstawową umiejętnością jest wciskanie gazu do dechy. Ze swoimi tyradami o OZE-sroze, zidiociałym lewactwie i pustych łbach Czarnek przypomina raczej ożywiony pasek TVP za prezesury Jacka Kurskiego niż polityka, który doprowadzi do odrodzenia PiS.

Na razie głos mojego rozmówcy jest w PiS odosobniony, ale jeśli przed wakacjami nie będzie większych postępów sondażowych, to Jarosław Kaczyński może zacząć rozglądać się za nowym kandydatem na premiera.

Reklama

Czytaj także

null
Świat

Wet za wet. Wojna z Iranem zaczyna być droga. Ajatollahowie wcale jej nie przegrywają

Amerykanie szykują się do lądowej inwazji w pobliżu cieśniny Ormuz, Izraelczycy – w Libanie, Iran strzela na 4 tys. km, a wojna trwa już prawie miesiąc.

Łukasz Wójcik
24.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną