Notatnik polityczny. Nawrocki zamknięty w klatce z Trumpem. To ryzykowna inwestycja prezydenta
Wszystko to wygląda jak scenariusz filmu familijnego o nastolatku, który na skutek niesamowitego splotu okoliczności zostaje prezydentem USA i organizuje huczne urodziny, o jakich zawsze marzył. Nad Białym Domem przelatują startujące ze specjalnych ramp motocykle; na trawniku stoi podświetlana scena z ringiem, historyczne wnętrza zostały przerobione na rozgrzewkową siłownię, a przed prezydentem-dzieckiem prężą się w blasku reflektorów sławni siłacze.
Gdzieś w tle tego widowiska toczą się natomiast negocjacje dotyczące wojny i pokoju, prowadzone przez dyplomatów według instrukcji kapryśnego pryncypała. W środku tego wszystkiego jest polski prezydent Karol Nawrocki, który na urodziny kolegi Donalda poleciał z własnym wojownikiem, polskim zawodnikiem MMA Janem Błachowiczem, co uwieczniono słodką fotografią obu panów na płycie lotniska.
Brzmi to jak współczesna adaptacja bajki Janusza Korczaka o królu Maciusiu, ale dzieje się naprawdę, a rolę prezydenta-dziecka odgrywa 80-letni Donald Trump. Z kolei polski prezydent Karol Nawrocki w relacje z jubilatem zainwestował wszystkie żetony swojej politycznej pozycji. Mniej zabawny jest fakt, że na szali tej relacji leży bezpieczeństwo Polski, obecność wojsk amerykańskich w naszym kraju, a co za tym idzie – potencjał odstraszania Rosji przed ewentualną agresją.
Fascynacja Nawrockiego Trumpem wydaje się szczera i bezpretensjonalna, a budowa wewnętrznego autorytetu prezydenta za pomocą jego wyjątkowych, osobistych relacji z głównym lokatorem Białego Domu wygląda na konsekwentną realizację strategii wizerunkowej i wewnątrzpaństwowej. Nie ma w tym też nic dziwnego i zdrożnego; pamiętamy przecież, że w starych, przewidywalnych czasach mocne związki między przywódcami Polski i USA byłyby przyjmowane z powszechnym, ponadpartyjnym entuzjazmem. Szkopuł jednak w tym, że przewidywalne czasy się skończyły, a inwestycja w relacje z Trumpem to polityczny hazard.
Czy można liczyć na USA?
Według opublikowanego niedawno badania przeprowadzonego na zlecenie European Council On Foreign Relations odsetek Polek i Polaków postrzegających Stany Zjednoczone jako sojusznika spadł od listopada 2024 r. o 7 pkt proc. i wynosi obecnie tylko 24 proc. Jesteśmy raczej skłonni postrzegać USA po prostu jako partnera – tak sądzi 52 proc. badanych. Jednocześnie zaledwie 38 proc. z nas jest w różnym stopniu przekonanych, że Stany Zjednoczone przyjdą nam z pomocą, jeśli zostaniemy zaatakowani; co najmniej sceptycznie podchodzi do takiego scenariusza 53 proc.
Bardziej skłonni jesteśmy liczyć na pomoc przynajmniej niektórych krajów europejskich – takie przekonanie wyraża 49 proc. Polek i Polaków przy 45 proc. sceptyków.
Jednym słowem, teza o chroniącej Polskę amerykańskiej potędze militarnej społecznie rezonuje coraz słabiej. Dodając do tego niechęć wobec Trumpa, podzielaną przez wyborców koalicji rządowej, i uogólniony dystans do USA, podzielany przez wielu zwolenników obu konfederacji, budowanie siły politycznej na relacji z prezydentem USA niekoniecznie musi być nad Wisłą politycznym samograjem.
Zwłaszcza że nikt tak naprawdę nie wie, co siedzi w głowie Donalda Trumpa, jakie decyzje podejmie i w którą stronę skręci w geopolitycznym chaosie. Dziś w powietrzu wisi oparta na jego „specjalnych relacjach” z Karolem Nawrockim obietnica przysłania do Polski dodatkowych 5 tys. żołnierzy, ale szczegółów wciąż nie znamy; nie wiemy nawet, czy miałaby to być obecność stała czy rotacyjna.
Podobnie nie znamy ciągle całościowej strategii dotyczącej obecności wojsk USA w Europie, poza ogólnym faktem, że ma być ich mniej. Prezydencki minister Marcin Przydacz mówi jednak o docelowej liczbie nawet 15 tys. żołnierzy amerykańskich w Polsce – jeśli taki scenariusz by się ziścił, Nawrocki mógłby ogłosić swój wielki sukces.
Ale czy się ziści, nie wiadomo. Tak jak nie było wiadomo, jaki był właściwie długofalowy plan wojny USA z Iranem (i czy w ogóle istniał), która po kilku miesiącach zdaje się właśnie kończyć de facto porażką Amerykanów.
Administracja Trumpa nie zrealizowała praktycznie żadnego z politycznych celów: nie doprowadziła do zmiany władzy w Teheranie, nie unicestwiła irańskiego programu nuklearnego ani nie osłabiła pozycji reżimu ajatollahów w regionie. Podobnie nie mamy pojęcia, jak zareaguje Trump na bardzo dziś prawdopodobną klęskę Republikanów w jesiennych wyborach połówkowych do Kongresu. Czy wpadnie w panikę? Zacznie na oślep wykonywać chaotyczne ruchy w polityce krajowej i międzynarodowej? Jaką ostatecznie zajmie pozycję dotyczącą wojny w Ukrainie? Po trzykroć nie wiadomo.
Dziś Karol Nawrocki z dużą pewnością siebie bryluje za oceanem, strofuje Donalda Tuska, że sojuszniczych relacji „nie buduje się obrażaniem lidera USA”, a prowadzona przez obecny rząd polityka „raczej przeszkadza, niż pomaga” w relacjach z Waszyngtonem. W otoczeniu polskiego prezydenta dominuje przekonanie, że bliskie relacje z Trumpem będą wzmacniać status wewnętrzny Karola Nawrockiego oraz grać na siłę całej prawicowej opozycji w wyborach parlamentarnych w 2027 r.
Ryzyka polityczne zamknięcia się w klatce MMA z prezydentem USA są bagatelizowane. Jednak lekceważenie kompletnej nieprzewidywalności Trumpa może (choć oczywiście nie musi) mieć przykre konsekwencje. Do wyborów w Polsce został rok i aż strach pomyśleć, co do tego czasu wymyśli jeszcze Trump. A może wymyślić coś takiego, że dzisiejsze polityczne złoto zza oceanu szybko zmieni się w polityczny tombak.
A poza tym...
A poza tym Prawo i Sprawiedliwość rozpoczęło w niedzielę w Kaliszu odkrywanie swojego programu wyborczego. Wśród propozycji mamy wsparcie dla pracujących emerytów, wyjście z unijnego systemu handlu emisjami i przede wszystkim skokowe podwyższenie kwoty drugiego progu podatkowego aż do 180 tys. zł. W ten sposób PiS o 40 tys. zł przebił dotychczasową ofertę Polski 2050.
Nie bardzo zresztą wiadomo, po co (poza rzuceniem w eter efektownej liczby), bo dla nieźle zarabiającej klasy średniej projekt partii Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz jest wystarczający: zyskałyby na nim osoby zarabiające od 12,5 tys. zł brutto w górę. W tę kategorię podatkową wpada dziś prawie 2,5 mln Polek i Polaków, więc przychylność wyborcza tak dużej grupy jest owocem, po który warto próbować sięgnąć. Pytanie jednak, czy PiS potrafi jeszcze opowiedzieć o sobie wiarygodnie jako o reprezentancie interesów średniaków.
Zwłaszcza że w Kaliszu raziła milcząca nieobecność polityka, który jest twarzą społeczno-gospodarczą PiS i właśnie do klasy średniej chciał trafiać, popychając partię do centrum. Mowa oczywiście o Mateuszu Morawieckim, który na zaproszenie Marka Jakubiaka gościł w weekend na Mazurach, a o konwencji programowej firmowanej przez Przemysława Czarnka nawet nie wspomniał w swoich mediach społecznościowych. Choć znalazł czas, by podzielić się swoimi typami na piłkarski mundial.
Jak widać, jeden poziom w Prawie i Sprawiedliwości rośnie nieustannie: to poziom międzyfrakcyjnej miłości.