Kultura

Kino wojennego niepokoju

Nowe kino wojenne

„Hurt Locker” Kathryn Bigelow zdobył w ubiegłym roku aż 6 Oscarów, w tym statuetkę dla najlepszego filmu. „Hurt Locker” Kathryn Bigelow zdobył w ubiegłym roku aż 6 Oscarów, w tym statuetkę dla najlepszego filmu. Courtesy Everett Collection / materiały prasowe
Ani w dokumencie, ani w filmie fabularnym, ani w serialu TV nie zobaczymy dziś heroicznego obrazu wojny. W ogniu rozmaitych oskarżeń czasem błyśnie szlachetna postać, ale rzadko.
„Armadillo Wojna jest w nas”, Janusa Metza Pedersena.materiały prasowe „Armadillo Wojna jest w nas”, Janusa Metza Pedersena.
Metz Pedersen z gracją porusza się po filmowych konwencjach.materiały prasowe Metz Pedersen z gracją porusza się po filmowych konwencjach.
„Na gorąco” Briana De Palmy. Historia zgwałconej przez amerykańskich żołnierzy irackiej nastolatki.Courtesy Everett Collection/materiały prasowe „Na gorąco” Briana De Palmy. Historia zgwałconej przez amerykańskich żołnierzy irackiej nastolatki.
„Podróż powrotna” Rossa Katza. Patetyczny telewizyjny film nominowany do Złotego Globu.Courtesy Everett Collection/materiały prasowe „Podróż powrotna” Rossa Katza. Patetyczny telewizyjny film nominowany do Złotego Globu.

Wchodzący na ekrany naszych kin dokument Janusa Metza Pedersena „Armadillo. Wojna jest w nas” opowiada o afgańskim konflikcie, ale nie poprzestaje na reporterskiej sprawozdawczości. Filmowy obraz chłopców malowanych i ich wytęsknionej wojenki okazuje się opowieścią o ponowoczesnej kulturze i współczesnym człowieku, którego wyobraźnia zbudowana jest z kulturowych przekazów, utkana z filmowych klisz i wypełniona medialną pulpą. Duński reżyser żongluje konwencjami, by pokazać, że szklane ekrany, w których odbijają się wojny i traumy naszych czasów, kłamią i mamią.

Kiedy prezydent Richard Nixon opisywał fiasko wojny w Wietnamie, przekonywał, że za jej negatywną ocenę wśród amerykańskich obywateli odpowiedzialne są media, które relacjonowały kolejne bitwy, ale nie odpowiadały na podstawowe pytanie „Po co walczymy?”. Widzowie mieli więc wrażenie moralnej bezzasadności wojny. Pierwsza „telewizyjna wojna Ameryki” została przegrana. Pokazała jednak, że w świecie oplecionym przez medialne sieci sposób relacjonowania konfliktu jest nie mniej istotny dla jego ostatecznego rozstrzygnięcia niż batalistyczne starcia.

W filmie „Armadillo...” reżyserska zabawa cytatami służy temu, by pokazać, jak łatwo ulegamy indoktrynacji, jak media zapraszają nas do krwawej wojennej łaźni, jednocześnie zapewniając nam sterylne warunki seansu. Metz Pedersen z gracją porusza się po filmowych konwencjach – posługuje się ikonografią kina militarystycznego, nawiązuje do estetyki gier wideo, pacyfistycznych dramatów i... filmów SF rozgrywających się w postapokaliptycznych scenografiach. Towarzysząc duńskim żołnierzom, opowiada o tym, jak wojna budzi w nich najniższe instynkty, ale nie pozwala sobie na ideologiczne uproszczenia.

Nie jest to zjawisko szczególnie powszechne wśród twórców dokumentów opowiadających o wojnach w Iraku i Afganistanie. Zwłaszcza pierwszy z tych konfliktów w oczach dokumentalistów jawi się jako wojna moralnie skompromitowana. Gdy w 2004 r. Michael Moore, najgłośniejszy dokumentalista ostatniej dekady, nakręcił swój „Fahrenheit 9.11”, uruchomił lawinę podobnych produkcji. Zjadliwie antybushowski film Moore’a nagrodzono canneńską Złotą Palmą, co tylko potwierdziło, że w nowym dokumencie istnieje zapotrzebowanie na cokolwiek propagandowe opowieści.

Skąd przyleci kula?

W następnych latach amerykańskie kino dokumentalne zostało zdominowane przez wojenne tematy. „Irak w kawałkach” Yahya Sinno i Jamesa Longleya w 2007 r. zdobył nominację do Oscara, a już rok później wśród pięciu filmów nominowanych do tej nagrody aż trzy opowiadały o wojnie w Iraku i jej politycznych korzeniach. „Chmury nad Bagdadem” Audrey Marrs i Charlesa Fergusona, „Operacja: powrót do domu” Richarda Robbinsa oraz „Kurs do krainy cienia” Alexa Gibney i Evy Orner rzucały oskarżenia wobec administracji George’a W. Busha, pokazywały, jak władza manipulowała opinią publiczną, jak w imię walki z terroryzmem łamano prawa człowieka, a dla politycznych i ekonomicznych interesów wysyłano na front Bogu ducha winnych młodych ludzi.

Moralna jednoznaczność, która stała się domeną pacyfistycznych dokumentów, na szczęście obca jest twórcom fabuł o amerykańskich wojnach ostatniej dekady. Twórcy nowego kina wojennego zamiast rozdawać razy i szukać winnych, pokazują dramatyzm wojny, w której przeciwnik jest nieznany, motywacje – niejasne, a szlachetne ideały patriotyzmu okazują się niewystarczającym uzasadnieniem dla krwawej, wojennej codzienności. Zdają się zgadzać z Samuelem Huntingtonem, który w „Kim jesteśmy?” zauważał, że walka z terroryzmem przypomina zimną wojnę: źródło zagrożenia łatwo jest nazwać, ale trudno odnaleźć.

Twórcy najdoskonalszych wojennych dokumentów ostatnich lat, „Armadillo...” oraz „Wojny Restrepo” Sebastiana Jungera i Tima Hetheringtona (zabitego niedawno podczas ostrzału libańskiej Misraty), pokazują wojnę jako stan ciągłego zagrożenia. Towarzysząc żołnierzom, wystawiają się na niebezpieczeństwo. Wiadomo, że zagrożenie nadejdzie, nie wiadomo jedynie, skąd i kiedy wystrzelona zostanie kula. Dramat współczesnych wojen polega bowiem na tym, że nie ma wyraźnych granic, brak podziału na dobrych i złych, zabijanie nie ma moralnego uzasadnienia. André Malraux, artysta, któremu wojaczka nie była obca, pisał: „Walczyć, walczyć z wrogiem, który się broni, z wrogiem zbudzonym, co za ulga”. Uczestnicy współczesnych wojen nie mogą czuć tej samej ulgi, gdyż ich wróg jest amorficzny, niemal niewidzialny.

Inne stany moralności

Głównym oskarżonym w filmowych procesach staje się więc wojna jako taka. To ona zmusza do okrucieństwa i budzi najniższe instynkty. Aby obnażyć wojenne mechanizmy dehumanizacji, autorzy kina wojennego chętnie pokazują nadużycia zachodnich wojsk wobec cywilów i jeńców.

W „Bitwie o Irak” Nick Bloomfield opowiadał więc o masakrze cywilów w miejscowości Haditha, zaś Brian De Palma w nieudanym „Na gorąco” pokazywał historię irackiej 15-latki zgwałconej przez amerykańskich żołnierzy. O brutalności wojaków z misji stabilizacyjnej mówił dramat „W stanie zagrożenia” Philipa Haasa, a także brytyjskie „Znamię Kaina” Marca Mundena. Twórcy nowego kina wojennego chętnie wsłuchują się w głos opinii publicznej i sięgają po te tematy, które zajmują łamy najpoczytniejszych dzienników.

W Stanach Zjednoczonych, gdzie wciąż pamięta się o masakrze z My Lai w Wietnamie (amerykańscy żołnierze wymordowali tam kilkuset cywilów), dziennikarze i filmowcy patrzą na ręce politykom i wojskowym decydentom. Pytania o etyczny wymiar wojny i jej psychologiczne konsekwencje są jak najbardziej zasadne.

 

Filmowcy nie mają wątpliwości – dziś nie ma już wojen sprawiedliwych. Sami pokazują różne oblicza konfliktów, skupiając się na ich ofiarach. Prócz wstrząsających obrazów o irackich i afgańskich cywilach uwagę twórców przyciągają także ich oprawcy. Zniszczeni przez wojnę, z połamanymi moralnymi kręgosłupami okazują się interesującymi postaciami.

W poruszających „Braciach” Susanne Bier portretowała żołnierza, który po uwolnieniu z rąk talibów mierzył się z wojenna traumą, a oscarowy „Hurt Locker. W pułapce wojny” Kathryn Bigelow był opowieścią o zniewoleniu przez wojnę, która pociąga i zarazem niszczy.

Współczesne kino wojenne z natury jest antywojenne. Nie może być inne. Po tym, jak twórcy amerykańskiej kontrkultury opisali przed laty wojnę w Wietnamie, czyniąc z niej jeden z kulturotwórczych mitów, nie da się mówić o wojnie w oderwaniu od tamtej, silnie pacyfistycznej tradycji. Daniell C. Hallin w książce „The Uncesored War: The Media and Vietnam” pisze, że filmowe opowieści o wojnie wietnamskiej przyjmują optykę niezależnego dziennikarstwa, jednocześnie odrzucając polityczną i nacjonalistyczną lojalność. Nie inaczej jest także z nowym kinem wojennym, którego twórcy starają się unikać moralizatorskich tonów. Dziś nie można już opowiadać o jakimkolwiek militarnym konflikcie bez nieufności wobec jego uczestników i ich motywacji. Pokazał to choćby Sam Mendes w „Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej”, filmie będącym ironicznym cytatem z klasyki antywojennego kina.

Ku pokrzepieniu

Wbrew temu, co można by wywnioskować z amerykańskich filmów wojennych, opinia publiczna za oceanem wcale nie jest jednogłośna w ocenie militarnych działań swojej armii. O ile liberalne Hollywood jednym głosem potępia inwazję na Irak, pokazuje nadużycia władz i mówi o okrucieństwach amerykańskich wojsk, o tyle w telewizyjnych produkcjach pojawia się również inne, bardziej konserwatywne spojrzenie na wojenną rzeczywistość.

Dowodem na pluralizm małego ekranu był telewizyjny film „Podróż powrotna” Rossa Katza nominowany przed rokiem do Złotego Globu. Opowieść o doświadczonym wojaku (Kevin Bacon), który eskortuje trumnę z ciałem zmarłego żołnierza do jego rodzinnego miasta, trącała wszystkie struny amerykańskiego patriotyzmu. Patetyczny film o lojalności, odwadze i ojczyźnie, choć estetycznie nieznośny, okazał się sukcesem.

Bo gdy kino, nastawione na międzynarodową publiczność, niekoniecznie przyjazną amerykańskiemu imperializmowi, jak ognia unika propagandowych tonacji (z wyjątkami – m.in. „Helikopter w ogniu” Brytyjczyka Ridleya Scotta), telewizje chcą trafiać także do republikańskiej publiki przywiązanej do patriotycznych ideałów. W serialu „Jednostka” kręconym przez państwową CBS widzowie przez kilka lat śledzili więc losy dzielnych żołnierzy, którzy w różnych częściach świata wypełniali niebezpieczne misje, zaś w „Poślubionych armii” – zaprzyjaźniali się z żonami dzielnych wojaków.

W konserwatywnej telewizji Fox Jack Bauer z serialu „Przez 24 godziny” niemal w każdym odcinku gwałcił prawa człowieka, torturował, zabijał i robił, co mógł, by tylko ratować Amerykę przed widmem terroryzmu, a wątek militarnego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Azji ku zdziwieniu i oburzeniu części fanów pojawił się nawet w „Słowie na L”, liberalnym serialu o grupie lesbijek.

Patrząc na rosnące słupki oglądalności, włodarze telewizyjni nie chcą rezygnować z widzów, którzy nie podzielają negatywnych ocen irackiej i afgańskiej wojny, tych, którzy wolą w nich widzieć emanację narodowej siły i szlachetności.

Gdy po zamachu na WTC wieczorem 11 września 2001 r. George Bush wrócił do Gabinetu Owalnego, jego doradca z CIA Cofer Black miał powiedzieć o zbliżającej się wojnie: „Kiedy z nimi skończymy, po ich trupach będą łaziły muchy”. Buńczuczna zapowiedź jednego z amerykańskich jastrzębi była tyleż okrutna, co niezaskakująca. Nawet liberalne amerykańskie media rozumiały powszechną żądzę zemsty. Nie bardzo jednak wiedziano, przeciw komu skierować jej ostrze.

Nowe kino stara się opowiedzieć o tym dramacie, o ponowoczesnej wojnie, w której wróg nie ma podniesionej przyłbicy, jest nieokreślony, nieuchwytny. Współczesny film próbuje opowiedzieć o etycznych dylematach, psychologicznych konsekwencjach i kulturowych pozostałościach wojen. Fakt, że udaje się to bardzo rzadko, pokazuje, że gatunkowe formuły wypracowane przez klasyczne kino wojenne dawno już uległy wyczerpaniu, a nowe się kształtują. W dużej mierze, dzięki takim filmom jak „Armadillo...”.

Polityka 20.2011 (2807) z dnia 10.05.2011; Kultura; s. 66
Oryginalny tytuł tekstu: "Kino wojennego niepokoju"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną