Rozmowa z Tedem

Tede: Masz swoje zdanie, to je mówisz
Z Tedem, pionierem warszawskiego hip-hopu, rozmawiamy o tym, jak bardzo zmienił się świat tej muzyki. I jak wygląda z perspektywy ławeczki przed sklepem jego firmy PLNY.
Tede, czyli Jacek Graniecki. Hip-hopowiec i biznesmen w jednym.
Kuba Dąbrowski/Polityka

Tede, czyli Jacek Graniecki. Hip-hopowiec i biznesmen w jednym.

- Miałem 16 lat i musiałem być krnąbrnym gówniarzem. Na pewno jeździłem na deskorolce i robiłem jakieś głupoty - mówi Tede.
Zz/BEW

- Miałem 16 lat i musiałem być krnąbrnym gówniarzem. Na pewno jeździłem na deskorolce i robiłem jakieś głupoty - mówi Tede.

Tede: - Poznałem media. Wiem, jak wyglądają i czego po nich oczekiwać. Byłem jedną z pierwszych osób, które się zaczęły w kontekście hip-hopu pojawiać.
Tomasz Kaniewski/BEW

Tede: - Poznałem media. Wiem, jak wyglądają i czego po nich oczekiwać. Byłem jedną z pierwszych osób, które się zaczęły w kontekście hip-hopu pojawiać.

Ładny sklepik. I widzę, że spory ruch mimo wczesnej pory?
Tede (Jacek Graniecki): Dziś rocznica śmierci Notoriousa B.I.G., a ja mam okolicznościową koszulkę – zaraz się zaczną schodzić, bo lekcje się skończyły.

A co ty robiłeś 20 lat temu?
Miałem 16 lat i musiałem być krnąbrnym gówniarzem. Na pewno jeździłem na deskorolce i robiłem jakieś głupoty. Najpierw miałem kontakt nie z hip-hopem, ale z samym rapem, mówieniem tekstu do beatu. Pierwszy raz fristajlowałem już w ósmej klasie. Na zimowisku, po wypiciu Amolu, którego skrzynkę przywiózł tata koleżanki, wówczas dystrybutor tego specyfiku. Pod Beastie Boys lecących z magnetofonu. Dopiero w wieku lat bodaj osiemnastu lat usłyszałem polski hip-hop w postaci nagrania Volta w Radiu Kolor. A ponieważ mam taką przypadłość, że często na długo kojarzę kawałek z konkretną sytuacją i miejscem, to potrafiłbym ci dokładnie powiedzieć, w którym miejscu chodnika na esendzie [SND – Służew Nad Dolinką - przyp. aut.], idąc od mojego bloku do muru z graffiti, usłyszałem ten kawałek. Jak słucham swoich kawałków, to często pamiętam, który gdzie pisałem.

Za chwilę z tym samym Voltem nagrywałeś.
Puściłem na imprezie w Hybrydach Voltowi [DJ 600V – przyp. aut.] z walkmana swoje nagrania zrobione pod jego beaty - zainteresowało go to, że wykorzystałem jego muzykę. Dzień później nagrywałem już w jego studiu na Gocławiu swoje pierwsze dwie zwrotki do kawałka, który mieli nagrany z Marianem [Jan Mario - przyp. aut.], kolejnego dnia wróciłem poprawić coś, bo się źle nagrało, ale w międzyczasie Volt i Marian już zmienili swoje zwrotki – i tak zostałem członkiem zespołu Ein Killa Hertz.

I powstał legendarny „Wyłącz mikrofon”?
Tak, to w tym kawałku zmienialiśmy zwrotki. Co ciekawe w oryginalnej wersji tego kawałka na basie gra Macio Moretti, czyli Maciora ze Starych Singers. Spotkałem go ostatnio na targach muzycznych w Pałacu Kultury i wspominaliśmy stare czasy.

Volt mówił kiedyś, że ten pierwszy kawałek to był od razu pierwszy diss, atak na konkurentów, których jeszcze nie było zbyt wielu. W tekście było "wyłącz mikrofon, nie masz nic do powiedzenia".
Wtedy inspiracją dla większości kawałków były fragmenty cudzych utworów – w tym wypadku użycie sampla z utworu KRS-One'a „Turn off your mic you got nothing else to say”. Tu nie było konkretnego adresata. Zresztą wtedy wychodziliśmy z założenia, że każdy poza nami jest kiepski.

Ale mieliście świadomość tego, że także poza Warszawą hip-hop rozwija się błyskawicznie?
Pamiętam oczywiście Wzgórze Ya-Pa 3 i Liroya, czyli hip-hop z Kielc. Pamiętam też, jak dzwoniłem do audycji Volta w Radiu Kolor, kiedy ci goście ze Wzgórza byli w studiu. A już wtedy byłem nagrywającym raperem. Mieliśmy świadomość, że są inne ekipy.

Gdzie poza radiem spotykało się ówczesne środowisko hip-hopu w Warszawie?
Na imprezach w Hybrydach, Alfie, czasem gdzieś na mieście w ciągu dnia. Nie było telefonów komórkowych, więc dzwoniło się do kogoś na domowy, matka odbierała i zostawiało się jej wiadomość, że będziesz w danym miejscu o tej i o tej godzinie. To było fenomenalne, bo były miejsca, gdzie ci ludzie się spotykali i jeśli chciałeś kogoś zobaczyć, to wiedziałeś, że tam ci się uda. Szedłeś w piątek do klubu Alfa i wiedziałeś, że tam będzie, bo tam za każdym razem byli wszyscy stali goście plus kolejni nowi. Byli wśród nich ludzie, których dotąd rozpoznaję, chociaż nie wiem czasem, jak mieli na imię – znamy się od kilkunastu lat. I cały czas mówimy sobie cześć, chociaż nawet nie piliśmy nigdy razem browaru.

A kiedy nastąpił moment, że wychodziłeś z domu i mówiłeś rodzicom: „Idę na imprezę hiphopową”?
U mnie w domu nastąpiło to już wtedy, gdy byłem na studiach i wydaliśmy płytę Warszafskiego Deszczu. Matka z ojcem słyszeli przez ścianę, że co tam mruczę za ścianą. Notabene z tego właśnie wynikały różnice w języku między tym, co wówczas, i tym, co teraz. Stary, to było stonowane i nie było przekleństw, bo matka była za ścianą, rozumiesz?
Moi starzy traktowali to jako hobby, fanaberię, matka mówiła, żebym nie brzdąkał. Dopiero w momencie, kiedy wyszła płyta, zrozumieli, że to nie jest jakieś hobby i jest to coś więcej niż brzdąkanie. I zaczęli o tym rozmawiać – tyle że ja, gdy jeszcze mieszkałem z rodzicami, nie miałem z nimi kontaktu. Podobno w ogóle kontakt z rodzicami ma się wtedy, gdy się wyprowadzisz. Musiałem ich przekonywać, że to sprawa kulturowa, gdy rzuciłem studia na poziomie licencjatu.

Ale i tak długo na tych studiach wytrzymałeś. Czy to dzięki nim jest ci teraz bliżej do mediów?
Poznałem media. Wiem, jak wyglądają i czego po nich oczekiwać. Byłem jedną z pierwszych osób, które się zaczęły w kontekście hip-hopu pojawiać. Ale to wynikało też z tego, że ja byłem w stanie coś powiedzieć, a nie mówić tylko „kurwa” i „chuj”. Stąd ja. Zapraszali też innych, ale z tamtymi nie zawsze wychodziło. A zderzenia ze znajomymi ze studiów, owszem, są. Najbardziej mnie zdziwiło, gdy się dowiedziałem – chyba nawet z „Polityki” - że twarzą serwisu Pudelek.pl jest mój dobry znajomy z oślej ławki na dziennikarstwie Rafał Werczyński. Spotkaliśmy się po wielu latach.

Dużo masz takich zaskakujących odkryć w życiu codziennym po tych kilkunastu latach?
Owszem. Szedłem sobie na przykład dzisiaj od metra – bo ja wbrew obiegowej opinii bardzo lubię środki masowego transportu i przez całą zimę nie jeżdżę samochodem - i poza tym, że jakiś chłopak mnie zaczepił na Marszałkowskiej, ktoś tam chciał autograf, to koło Wilczej jakaś pani mówi do mnie „O jejku, to pan!”. A babka, no nie wiem, ale sześćdziesiona była. I mówi: „Bardzo pan ma fajne te piosenki”. I ja opiździałem – bo nie powiedziała, że fajny mam ten program, albo że mnie widziała w „Pytaniu na śniadanie”. Tylko że fajne piosenki – siłą rzeczy musiała skojarzyć mnie właśnie z tym.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną