Co znalazłem w górach. Wstrząsające świadectwo ocalałych z katastrofy lotniczej w Andach wreszcie w polskim przekładzie
Szesnaście osób przeżyło zderzenie samolotu ze skałami andyjskiej kordyliery i przetrwało dziesięć zimowych tygodni na wysokości ponad 3500 m n.p.m. Śnieżne Bractwo to wyczerpujące, literackie świadectwo tej dramatycznej historii.
Los chciał, że nie poleciałem z nimi.
Pablo Vierci w latach siedemdziesiątych był uczniem katolickiego liceum Stella Maris w Montevideo. W owładniętym futbolową obsesją Urugwaju placówka wyróżniała się propagowaniem innej dyscypliny, która miała wzmacniać w uczniach ducha wytrwałości i wierności szlachetnym zasadom – rugby. Vierci, miłośnik historii i kina, nie należał ani do najlepszych, ani do najbardziej zapalonych rugbystów. Szybko zyskał lekko prześmiewczy przydomek „pisarz”. Kiedy w 1972 roku drużyna absolwentów, Old Christians, szykowała się do wyjazdowego meczu w chilijskim Santiago, młody Pablo nie znalazł się w składzie grupy. Pożegnał kilkunastu kolegów – wrócić do domu miała jedynie garstka.
W piątek trzynastego października 1972 roku urugwajski samolot zniknął z radarów, przelatując nad Andami na granicy Argentyny i Chile. Poszukiwania rozbitków trwały osiem dni. Po ich upływie służby ratownicze zawiesiły akcję, zdając sobie sprawę z bezlitosnego faktu – w historii katastrof lotniczych w Andach nie odnotowano ani jednego ocalenia. Co więcej, w górach wciąż trwała zima – szanse na przeżycie tak wielu dni na wysokości kilku tysięcy metrów nad poziomem morza uznano za zerowe. Niemal dwa miesiące później do chilijskiego podnóża gór dotarło dwóch pasażerów feralnego lotu. Twierdzili, że w górach na pomoc czeka nadal czternaście osób.
Żywiliśmy się ludzkim mięsem.
Samolot Fairchild FH-227D rozbił się o grań, a połowa kadłuba zjechała po śniegu do Doliny Łez, leżącej około 900 metrów poniżej szczytu niezdobytego wówczas czterotysięcznika Mount Seler. W październiku 1972 roku, pod koniec andyjskiej zimy, krajobraz, który ukazał się rozbitkom, przypominał śnieżną pustynię otoczoną skalno-lodowym horyzontem. Grupa szybko zorganizowała się w nowej rzeczywistości pod wodzą kapitana drużyny Marcelo Péreza – studenci medycyny opatrywali rannych, silniejsi wynosili ciała zmarłych z wraku, słabsi sortowali porozrzucane wszędzie bagaże w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby okazać się przydatne. Ci ostatni znaleźli osiem tabliczek czekolady, trzy słoiczki dżemu, puszkę małży, opakowanie migdałów, kilka daktyli i odrobinę suszonych śliwek. Upadek maszyny i pierwszą noc w Andach przeżyło dwadzieścia osiem osób. Potrzeby energetyczne na tej wysokości, przy tak niskich temperaturach, były ogromne, a jedzenie skończyło się po tygodniu, pomimo utrzymywania głodowych porcji. Ocaleli zaczęli zjadać bawełniane wypełnienia siedzeń i skórzane ubrania. Jedenastego dnia, gdy student politechniki Roy Harley zdołał naprawić przenośne radio, do grupy dotarły wiadomości z dołu – akcja poszukiwawcza została zawieszona do czasu grudniowej odwilży, gdy łatwiej będzie odnaleźć biały wrak na skalnym tle. Pomoc nie nadejdzie – jeśli mieli przeżyć, musieli zacząć zjadać ciała zmarłych.
Wątek kanibalizmu wstrząsnął mediami całego świata, kiedy po powrocie ocalałych informacje o szczegółach ich przeżycia zaczęły wydostawać się poza krąg najbliższych osób. Do dziś to najbardziej kontrowersyjny i wymagający największej delikatności temat związany z katastrofą. Wielu ocalałych postanowiło nigdy publicznie nie wypowiadać się na temat dwóch miesięcy spędzonych we wraku. Inni obrali zupełnie inną drogę, dzieląc się swoimi doświadczeniami w trakcie wykładów i prelekcji. Kiedy Pablo Vierci po niemal trzydziestu latach postanowił spisać historię swoich kolegów, postawił dwa warunki. Po pierwsze – musi sam udać się do Doliny Łez i spędzić w niej tyle czasu, ile tylko zdoła. Po drugie – w projekcie muszą wziąć udział wszyscy ocalali. Dzięki temu Śnieżne Bractwo jest najpełniejszym, najbardziej rzetelnym i szczerym świadectwem tego, co wydarzyło się w Andach. Największym atutem książki jest jej konstrukcja, balansująca między wnikliwym, reporterskim opisem wydarzeń końca 1972 roku a pierwszoosobowymi relacjami wszystkich szesnastu ocalałych. Vierci, jako szkolny kolega wielu z nich, nie tylko miał w sobie wystarczające pokłady empatii, by zrozumieć konieczność oddania głosu rozbitkom, ale także potrafił otworzyć ich serca i usta – również tych, którzy na trzydzieści lat zamilkli. Siła wynikająca z połączenia tych siedemnastu głosów sprawia, że Śnieżne Bractwo robi ogromne wrażenie. Netflixowa produkcja, która powstała na podstawie dzieła Vierciego, na poziomie zarówno informacyjnym, jak i emocjonalnym zdaje się być jedynie namiastką tego wstrząsającego świadectwa. Dramaturgiczne wymogi filmu, który mimo wszystko faworyzuje indywidualne punkty widzenia oraz tworzy bohaterów pierwszego i drugiego planu, zacierają najważniejszą cechę Śnieżnego Bractwa – jego wielogłosowy charakter.
Postanowiłem, że umrę w Wigilię Bożego Narodzenia.
Jeśli świadectwa ocalałych łączy jakiś wspólny element, to jest nim zgoda, że w „śnieżnym bractwie” nikt nie był ważniejszy – nie było bohaterów i statystów. Niezależnie od tego, czy należało się do „grupy kadłubowej”, czyli rannych, którzy nie byli w stanie wydostać się z wnętrza maszyny, czy do jednej z „grup ekspedycyjnych”, czyli tych, którzy kilkukrotnie próbowali przedostać się przez Andy do cywilizacji – przeżycie wszyscy zawdzięczają wszystkim. Drugim wątkiem jest przekonanie, że historia katastrofy nie może być wyłącznie historią ocalałych. O ile po powrocie szesnastu rozbitków media okrzyknęły losy pasażerów Fairchilda mianem Cudu w Andach, nie można zapomnieć, że przez 72 dni od rozbicia się samolotu obowiązywała nazwa Tragedia w Andach. Dla rodzin tych, którzy nie przetrwali, drugie określenie pozostało adekwatne na zawsze. Zresztą nie tylko dla nich. Nando Parrado, który przetrwał katastrofę, stracił na pokładzie matkę i siostrę – ta druga zmarła w jego objęciach dziewiątego dnia życia we wraku. Liliana Methol zmarła pod lawiną, która zasypała kadłub siedemnaście dni po katastrofie – jej mąż Javier przeżył. Mając usta na zewnątrz, a resztę ciała unieruchomioną przez śnieg, czuł ostatnie rozpaczliwe ruchy żony pod powierzchnią. Większość ocalałych pożegnała się z przyjaciółmi, których ciała zmuszeni byli jeść.
Śnieżne Bractwo to nie tylko zbiór wstrząsających danych na temat dramatu pasażerów i załogi lotu 571. To przede wszystkim pełen empatii, wnikliwy wgląd we wnętrza osób, które przeżyły, oraz pełen szacunku hołd dla tych, którzy zostali w Andach. Tekst wprowadza czytelnika w zawiły świat umysłu na skraju życia – pełnego rezygnacji i skłonności do impulsywnej brawury, ale też nadziei i nieograniczonej troski o swoich bliskich. Pod sensacyjną historią, pełną tragicznych i cudownych zwrotów akcji, kryje się opowieść o lojalności, szlachetności i nadludzkiej wrażliwości na innych. Nic dziwnego, że dla ocalałych najistotniejszym elementem tej historii jest wspólnota. Ci, którzy tracili wiarę i chęć do życia, motywowani byli przez tych, którzy akurat wspinali się na szczyt determinacji, by przetrwać. Role odwracały się nieustannie, a ci, którzy byli najsilniejsi jednego dnia, kolejnego mogli znaleźć się na krawędzi – przez nieprzemyślaną decyzję o wyprawie w góry lub niespodziewaną lawinę.
O locie Fairchilda powstawały już książki oraz filmy fabularne i dokumentalne, ale trudno wyobrazić sobie lepszą osobę do opowiedzenia tej historii niż Pablo Vierci. Absolwent Stella Maris, mieszkaniec dzielnicy Carrasco, człowiek, którego życie – jak w przypadku wielu osób z jego społeczności – dzieli się na „przed” i „po” katastrofie. Dzięki jego wyjątkowej pozycji Śnieżne Bractwo to nie tania sensacja ani relacja ciekawskiego widza. To bliska perspektywa – relacja spisana z czułością i troską zarówno o ocalałych, jak i o zmarłych. Napisana nie dla gapiów, lecz – jak głosi dedykacja – dla przyjaciół: przed, w trakcie i na zawsze.
Materiał płatny Wydawnictwa JK/Feeria.