Oszlifowany diament
Daniel Lopatin, oszlifowany diament. Niszowy twórca zawładnął masową wyobraźnią
Kilkanaście lat temu Daniel Lopatin przyjeżdżał do Polski jako postać muzycznej awangardy. Występował w kompletnym mroku w dawnej fabryce kosmetyków na krakowskim Unsoundzie, a potem grał w tamtejszej gigantycznej Hali Ocynowni ArcelorMittal swoją przeróbkę utworu Lutosławskiego dla miłośników muzyki współczesnej podczas festiwalu Sacrum Profanum. Dziś, ciągle pod szyldem Oneohtrix Point Never, zagra swoją muzykę elektroniczną rodem jakby z lat 70. i 80. na osobnym, autorskim koncercie w warszawskiej Stodole. Ale będzie tu witany bardziej jak gwiazda niż kiedykolwiek dotąd. Co się zmieniło?
W muzyce samego Lopatina – niezbyt wiele. Urodzony w 1982 r. w Bostonie, w rodzinie umuzykalnionych rosyjskich emigrantów żydowskiego pochodzenia, od dzieciństwa miał do dyspozycji syntezatory ojca. I sprzęt mniej więcej w jego wieku – syntezatory przełomu ery analogowej i cyfrowej – towarzyszy mu do dziś. A jego muzyka kojarzy się z powidokami z dzieciństwa, z kolorowej, lecz nieco rozmazanej rzeczywistości taśm VHS, starej telewizji czy gier wideo. Przełomowa płyta „Rifts” (2009 r.) niosła archaiczną muzykę syntezatorową, „Replica” (2011 r.) – wycięte i zmiksowane motywy z reklam z lat 80. Na innych słychać było też fascynację muzyką z gier wideo. Ta bazująca na sentymentach działalność nie miała w sobie nic przebojowego, ale do tego stopnia trafiła w kiełkującą modę, że po kilku latach o współpracę z Lopatinem zabiegały gwiazdy takie jak The Weeknd czy Charli XCX, a on sam mógł zaprosić na swoje albumy Jamesa Blake’a czy Rosalíę. Ale to tylko połowa tej historii. OPN mógłby zostać producentem pracującym dla gwiazd i schować się za ich plecami, tymczasem zaczął zdobywać publiczność filmową.
Kino było dla niego ważną inspiracją muzyczną od początku. Przede wszystkim motywy syntezatorowe Johna Carpentera, reżysera popularnych horrorów i thrillerów („Coś”, „Ucieczka z Nowego Jorku”, „Halloween”), którego z czasem doceniono także jako kompozytora. Lopatin przeniósł się zresztą do Nowego Jorku, by studiować scenariopisarstwo, a już po pierwszych muzycznych sukcesach mówił jasno, że interesuje go opowiadanie historii dźwiękiem. „Moja muzyka może być strukturalnie filmowa, nie będąc przy tym ścieżką dźwiękową” – chwalił się na łamach magazynu „The Wire” 13 lat temu.
Niedługo później poznał Josha Safdiego, tworzącego z bratem Bennym opisywany niedawno na naszych łamach filmowy duet. Josh opowiadał „New Yorkerowi”, jak przypadkiem trafił na muzykę Lopatina, pracując w sklepie z płytami DVD na Manhattanie, po czym zapragnął go poznać: „Okazał się bardzo głębokim człowiekiem, u którego każde słowo mogło być żartem”. Bo Lopatina interesuje połączenie tego, co bystre i mądre z dowcipem (jedna z jego ulubionych książek to „Doskonała próżnia” Stanisława Lema). Jego muzyka znalazła się w przełomowym, dobrze przyjętym przez krytykę i publiczność filmie „Nieoszlifowane diamenty”. Pasowała też do kolejnych filmów Safdich, włącznie z „Wielkim Martym” Josha, za którego fantastyczny soundtrack Lopatin zebrał garść nominacji do prestiżowych nagród.
To kolejny przypadek, gdy kino robi z niszowego twórcy bohatera masowej wyobraźni. Tak było z Hildur Guðnadóttir – awangardową wiolonczelistką z Islandii, nagrodzoną Oscarem za muzykę do „Jokera”. Albo z Danielem Blumbergiem (zeszłoroczny Oscar za „Brutalistę”), znanym z kręgów muzyki improwizowanej skupionych wokół londyńskiego Cafe OTO. Podobnie z Jerskinem Fendrixem, też bywalcem Cafe OTO, który był nominowany do Oscara w tym roku za muzykę do „Bugonii”. Nieoszlifowane talenty niszowych scen regularnie wygładza sukces kinowy.