Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Projekt Hail Mary”. Trochę optymizmu (chociaż) w kinie i kosmosie

„Projekt Hail Mary” „Projekt Hail Mary” mat. pr.
Grający główną rolę Ryan Gosling to aktor, który niemal automatycznie budzi zaufanie. No i z Rockym tworzą naprawdę niezapomniany duet.

Podczas tegorocznego rozdania Oscarów prowadzący galę Conan O’Brien mówił, że w niespokojnych, trudnych czasach potrzebujemy także filmów, które niosą ze sobą optymizm. „Projekt Hail Mary”, adaptacja świetnej powieści Andy’ego Weira, idealnie wpisuje się w ten trend. Nadzieja, którą niesie, może wydawać się cokolwiek naiwna, ale jest odświeżająca.

Jak ocalić Ziemię

Główny bohater filmu, biolog Ryland Grace (Ryan Gosling), budzi się na pokładzie statku kosmicznego. Nie pamięta, jak tu trafił, w ogóle przeszłość jest dla niego wielką niewiadomą. Szybko okazuje się, że jest jedynym członkiem załogi, który przeżył podróż przez kosmiczną przestrzeń, wkrótce też odkrywa, jakie ma przed sobą zadanie do wykonania. Tu najlepiej byłoby postawić kropkę, „Projekt Hail Mary” to jeden z tych filmów, które nawet poruszając się w ramach dobrze rozpoznanego gatunku, potrafią zaskakiwać. Ale skoro zwiastuny i tak były naszpikowane spojlerami, jeszcze kilka fabularnych szczegółów można zdradzić bez szkody dla seansu.

Grace został wysłany z misją, która ma ocalić Ziemię. Słońce zaczęło szybko tracić energię, globalna temperatura spada, co może skończyć się zagładą dla połowy ziemskiej populacji. Okazuje się, że przyczyną są astrofagi, pasożyty żywiące się energią gwiazd, i tylko jedna z nich – Tau Ceti, odległa od Układu Słonecznego o 12 lat świetlnych – wydaje się wolna od niebezpieczeństwa.

Ziemskie narody decydują się wspólnie wysłać załogę, która może odkryć rozwiązanie problemu: Grace znalazł się w grupie astronautów szykujących się do podróży. Tyle że sam astronautą nie jest, więc gdy budzi się na pokładzie statku „Hail Mary”, musi nie tylko znaleźć sposób na wykonanie zadania, lecz przede wszystkim na przetrwanie. Zyska nieoczekiwanego sojusznika, osobnika obcej cywilizacji (nada mu imię Rocky), którego planeta też cierpi na skutek wygaszania gwiazdy.

Czytaj też: Kino może edukować? Gore Verbinski: Jeśli po seansie ktoś odłoży na chwilę telefon, wygrałem

Od Lego do kosmosu

Za kamerą „Projektu Hail Mary” stanęli Chris Miller i Phil Lord, twórcy m.in. „Lego Przygody” oraz „21 Jump Street”. To ich pierwszy reżyserski projekt od ponad dekady, choć po drodze wyprodukowali i napisali kilka istotnych filmów, m.in. oscarową (i przełomową pod względem wizualnym) animację o Spider-Manie. To oni pracowali też nad filmem o Hanie Solo z cyklu „Gwiezdne wojny – historie” i pozostaje jedynie żałować, że nie było im dane wprowadzić w życie swojej wizji do końca (realizację przejął Ron Howard, a rezultat był, delikatnie mówiąc, niezbyt satysfakcjonujący).

„Projekt Hail Mary”, bardzo mocno oparty na naukowych podstawach (Andy Weir, który wcześniej napisał m.in. „Marsjanina”, słynie z bardzo drobiazgowego researchu, który robi podczas pracy), mógł się wydawać czymś, do czego stylistyka kina Lorda i Millera niespecjalnie pasuje, lecz udało im się zgrabnie połączyć twardą SF z elementami komedii (zdecydowanie mniej błazeńskiej niż ich wcześniejsze dokonania), a nawet klasycznego buddy movie.

Bardzo starannie zrealizowany, wizualnie imponujący – to także zasługa mocnego ograniczenia efektów komputerowych na rzecz praktycznych efektów specjalnych – film nie jest pozbawiony wad. Rozkręca się nieco zbyt długo, w pierwszej połowie momentami siada tempo, które w finale dla odmiany za bardzo przyspiesza, ale to wszystko wynagradza naprawdę niezły humor i sporo prawdziwych emocji.

Grający główną rolę Ryan Gosling to aktor, który niemal automatycznie budzi zaufanie, na dodatek potrafi to wykorzystać w swojej roli. No i z Rockym tworzą naprawdę niezapomniany duet. Niby nie ma nic dziwnego w wiarygodnych interakcjach żywych aktorów i kukiełek – „Muppety” są tego przykładem idealnym – ale „ożywić” na ekranie istotę, która wygląda jak krzywo ociosany kamienny blok na czterech nogach, to już spora sztuka.

Czytaj też: „Piep*zyć Mickiewicza” po raz trzeci. Jak z żenadą? Ta seria uczy się na błędach

Ocalenie z przypadku

Narracje o pierwszym kontakcie to osobna, bardzo rozbudowana gałąź fantastyki naukowej: nierzadko zdarzały się wśród nich także takie, które stawiały nacisk na porozumienie, a nie konflikt między ludzką a obcą cywilizacją. Lecz na ich tle „Projekt Hail Mary” i tak wydaje się propozycją wyjątkową: spotkanie człowieka i obcego jest przypadkowe, lecz zamiast wrogości następuje niemal natychmiastowe porozumienie (nawet jeśli trzeba pokonać sporo przeszkód w komunikacji).

Grace i Rocky muszą współpracować, żeby osiągnąć założony cel, a ten jest nadrzędny wobec jakiegokolwiek innego problemu. Jest więc w „Projekt…” wpisana szlachetna naiwność dawnych filmów science fiction w stylu „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” Spielberga: od niezłomnego zaufania potędze nauki po jeszcze bardziej niezłomną wiarę w to, że dobra wola jest w stanie przezwyciężyć dzielące nas bariery.

I mowa nie tylko o parze przypadkowych bohaterów, lecz także o ziemskim wątku, gdzie zwaśnione kraje potrafią jednak zdecydować się na współpracę. W czasach kolejnych konfliktów – lokalnych i globalnych – być może ta zgoda jest większą fantastyką niż podróż przez kosmos z prędkością światła.

Kulturalnie polecamy:

• Nowy film Park Chan-wooka „Bez wyjścia”, czyli makabryczną groteskę o tym, jak nowoczesny kapitalizm zmienia się w bratobójczą rywalizację. „To już nie jest starcie biednych z bogatymi, lecz desperackie gryzienie się po kostkach menedżerów o identycznych aspiracjach wyrażonych liczbą kredytów do spłacenia”, pisze Janusz Wróblewski.

• Zbiór esejów Zadie Smith „Żywa i martwa”. Choć w tomie znalazły się rozmaite teksty, nie zawsze na najwyższym poziomie, na jaki stać brytyjską pisarkę, można wśród nich znaleźć prawdziwe perły – szczególnie te poświęcone gigantom literatury, takim jak Joan Didion czy Philip Roth.

• Płytę Ralpha Kamińskiego „Góra”, kolejny intymny, a zarazem imponujący rozmachem album w jego dorobku. „Wciąż blisko mu do tradycji polskiej piosenki, między jej literackością a festiwalowością”, ocenia Bartek Chaciński.

Kulturalnie ostrzegamy:

• Przed serialem „Kobiety niedoskonałe”, który co prawda obsadę ma imponującą – główne role grają Elisabeth Moss, Kerry Washington i Kate Mara – lecz na tym kończą się jego atuty. Jak notuje Aneta Kyzioł, to serialopodobny twór pełen banałów i uproszczeń.

• Przed nowym krążkiem Harry’ego Stylesa „Kiss All the Time. Disco, Ocasionally”, bo choć to porządnie wyprodukowana muzyka, to raczej świadczy o artystycznym zastoju brytyjskiego artysty, brakuje jej świeżości i lekkości.

• Przed filmem „Alpha”, który próbuje opowiadać o odrzuconych outsiderach, łącząc surowy realizm społeczny, cielesny horror i sakralną estetykę. Reżyserka Julia Ducournau należy do najciekawszych autorek francuskiego kina, tym razem jednak się potknęła.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną