Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Polski pawilon sensacją Biennale na Malcie. Tak się promuje współczesną sztukę

Polski pawilon Omena Art Foundation otrzymał nagrodę dla najlepszego pawilonu na biennale. Polski pawilon Omena Art Foundation otrzymał nagrodę dla najlepszego pawilonu na biennale. Alex Dolny / mat. pr.
Malta kojarzy się z zabytkami i wypoczynkiem. Teraz chce się kojarzyć także ze sztuką współczesną. Malta Biennale właśnie ruszyło – i dzięki pewnemu osobliwemu pomysłowi bije rekordy frekwencji. Korzysta na tym także polska sztuka.

Zasługi w dziedzinie malarstwa ten mały wyspiarski kraj ma umiarkowane, choć momentami spektakularne. Składa się na nie maltański epizod Caravaggia (dwa jego wspaniałe dzieła wiszą w miejscowej katedrze i aby je zobaczyć, trzeba zapłacić 15 euro) oraz rozsiane po kraju obrazy bardzo płodnego barokowego mistrza Mattii Prettiego, który był Włochem, ale na Malcie spędził większość swego długiego życia. Czy to jednak wystarczający tytuł, by stanąć do międzynarodowego wyścigu o uwagę artystów, miłośników sztuki i krytyków? Tym bardziej że na świecie organizuje się około 250 cyklicznych imprez dedykowanych sztuce, a w samej Europie – poza legendarnym Biennale Sztuki w Wenecji – potęgą są Documenta w Kassel, Biennale w Stambule i w Berlinie czy wędrujące po różnych miastach Manifesta.

Czytaj też: Tęcza wraca na plac Zbawiciela. Będzie afera? Politycy prawicy mogą zacierać ręce

Siła tradycji

A jednak wydaje się, że impreza na Malcie ma szansę nie tylko przetrwać w tej konkurencji, lecz także wyraźnie się rozwijać. Bardzo szybko zbudowała bowiem własną tożsamość – ciekawą i atrakcyjną dla wszystkich potencjalnych zainteresowanych. Otóż organizatorzy biennale postawili na wartość najbardziej w ich przypadku oczywistą: tradycję. Od artystów oczekuje się więc, że zajmą się przede wszystkim budowaniem mostów między przeszłością a teraźniejszością, opowieścią o wartościach uniwersalnych i nieprzemijających, o mądrościach, które możemy czerpać z historii. Można oczywiście pytać, czy w dzisiejszych czasach nie należy raczej patrzeć w przyszłość i ostrzegać przed jej – coraz poważniejszymi – zagrożeniami. Zapewne, ale tym zajmują się z grubsza wszystkie pozostałe światowe biennale. Maltańczycy zaś postawili na nauki płynące z przeszłych wieków. I mają do tego prawo i odpowiedni potencjał.

Z tym osadzeniem w kulturowym dziedzictwie wiąże się pewien dość zaskakujący formalny zabieg, który wydaje się jednym z głównych atutów imprezy i sprawia, że trafne w tym przypadku jest określenie „niepowtarzalna”. Otóż wszystkie wystawy odbywają się w zabytkowych obiektach, głównie w stolicy – Valletcie – i w nieodległym, uroczym Birgu. Zatem zwiedzający otrzymują w pakiecie wstęp do różnych najważniejszych miejsc historycznych: Pałacu Wielkiego Mistrza Zakonu Maltańskiego, pałacu Wielkiego Inkwizytora, strzegącego niegdyś miasta od strony morza fortu St Elmo, Arsenału i kilku muzeów, w tym Archeologicznego i Morskiego. To tak, jakby nowoczesne artystyczne instalacje poumieszczać na warszawskim (niestety, istniejącym tylko w wyobraźni) biennale w Zamku Królewskim, Pałacu na Wodzie czy Pałacu w Wilanowie. Jakoś trudno to sobie wyobrazić.

Co ciekawe, na potrzeby sztuki współczesnej nie zaadaptowano osobnych pomieszczeń, ale niejako „wpisano” ją w te wnętrza na zasadzie artystycznych interwencji, co buduje dodatkowe napięcia interpretacyjne i ciekawe skojarzenia. A przy tym wymaga uważności, bo łatwo coś pominąć. Na przykład nieco ukrytą, wyśmienitą pracę Maurizia Cattelana, tego samego, który niegdyś narobił tyle zamieszania w naszej stołecznej Zachęcie pracą „La nona ora”, przedstawiającą Jana Pawła II przygniecionego meteorem.

Efekt jest taki, że wszyscy turyści, którzy kupują bilety, by obejrzeć ten czy ów pałac, niejako mimowolnie są wciągani w obcowanie ze współczesną sztuką. I na odwrót. Kto kupi bilet na biennale, ten przy okazji może „zaliczyć w pakiecie” kilka znaczących zabytków. Nic dziwnego, że organizatorzy mogą się pochwalić imponującą liczbą 250 tys. widzów na pierwszej edycji imprezy.

Policzyłem. Ostatnie biennale weneckie odwiedzało każdego dnia 3,3 tys. osób. Tymczasem dopiero raczkujące i szerzej nieznane maltańskie – niemal tyle samo, czyli 3,1 tys.

Czytaj też: Polska inwazja na europejskie muzea. Czekają nas wystawy od Sztokholmu po Madryt

Polska górą

Owa oryginalna koncepcja wyraźnie podoba się artystom, którzy dzięki niej mogą liczyć na masowego odbiorcę. Według informacji podawanych przez organizatorów chęć udziału w tegorocznej imprezie zgłosiło 3200 artystów z całego świata. Wybrano około setki, wśród nich kilka gwiazd – poza wspomnianym Cattelanem także m.in. Santiago Sierra czy grupa Guerrilla Girls. Poza tym udostępniono miejsce 29 pawilonom narodowym i tematycznym.

Wprawdzie nikt z polskich artystów nie został zakwalifikowany do tzw. wystawy wiodącej (nie mam jednak wiedzy, czy ktoś próbował), za to w kwestii „pawilonowej” jesteśmy – podobnie jak w kwestii lokalnej turystyki – rzec można potęgą. Wśród zaledwie ośmiu pawilonów narodowych, w towarzystwie m.in. Hiszpanii, Chin czy Francji, znalazł się także nasz polski, przygotowany pod egidą Instytutu Adama Mickiewicza i noszący tytuł „Archiwum wahań” (praca Weroniki Zalewskiej).

Natomiast drugi pawilon, tematyczny, powstał z kolei pod auspicjami prywatnej Omena Art Foundation i nosi tytuł „Redefining. Polish-Ghanaian Textile Narratives”.

Jak wypadliśmy? Rzec można, że rewelacyjnie. Pawilon fundacji otrzymał nagrodę dla najlepszego pawilonu na biennale! Prezentuje prace dwóch artystek z Polski (Marta Nadolle – laureatka Paszportu „Polityki” – oraz Eliza Proszuk) oraz jednej z Ghany (Mansa Doku), które poprzez przestrzenne obiekty z tkanin opowiadają o takich kwestiach, jak emancypacja, relacje między tym, co publiczne a prywatne, idiom domu i pamięć o nim itd. Ekspozycja została przygotowana bardzo starannie, z rozmachem i idealnie wpisuje się w poetykę maltańskiej imprezy, zorientowanej na rozrachunki z przeszłością zarówno na poziomie jednostkowym, jak i społecznym.

Mnie osobiście bardziej do gustu przypadła nasza ekspozycja narodowa. Składają się na nią dwie, równolegle prowadzone narracje filmowe. Pierwsza, w konwencji fikcyjnego teleturnieju, podejmuje refleksję nad kwestią prawdy i fałszu, jednoznaczności ocen, a szerzej – przystosowywania się do zestandaryzowanych wymogów współczesnej kultury korporacyjnej, kariery, mechanizmów zdobywania wiedzy itd. Druga pokazuje świat opierający się na tradycji, niejednoznaczności, wątpieniu, niepewności i uczuciu. Ich zderzenie to równocześnie pytanie dla widza: która droga wydaje się właściwa? „Archiwum wahań” stawia nas w ciekawy i zaskakujący sposób wobec wielu problemów współczesnego świata. Wydaje się, że ta praca idealnie wpasowałaby się w uważnie badające puls dzisiejszego świata biennale weneckie. A to już za niecałe dwa miesiące!

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną