Recenzja płyty: Piotr Rubik, "Opisanie świata"
Jeśli Chuck Norris w jednym z dowcipów zgrał Internet na dyskietkę, to Rubik jako pierwszy zmieścił na jednej płycie wszystko: orkiestrę, chór, solistów, elektryczne instrumenty, 110 artystów.
Jeśli Chuck Norris w jednym z dowcipów zgrał Internet na dyskietkę, to Rubik jako pierwszy zmieścił na jednej płycie wszystko: orkiestrę, chór, solistów, elektryczne instrumenty, 110 artystów.
Porządna produkcja i brzmienie, ale czy to wystarczy w wyścigu o uszy i serca fanów?
Płytę „Smile” grupa The Beach Boys nagrywała w latach 1966–67, próbując przebić Beatlesów.
Nowa płyta L.U.C’a to powrót do gier i zabaw sprzed fascynacji wojenno-historycznych.
Na płycie mamy sześć przebojów śpiewanych kiedyś przez Adę Rusowicz z Niebiesko-Czarnymi i sześć autorskich kompozycji Ani.
Wszystkich czekających wyłącznie na ostre, hardrockowe kawałki czeka niespodzianka – na płycie nie brakuje również folkowo zabarwionych ballad.
Skąd te dzikie okrzyki entuzjazmu, jakimi powitano płytę „Bad as Me”?
Trójmiejski zespół Kobiety od początku XXI w. udowadnia, że muzyka spoza tzw. głównego nurtu nie musi gwałcić przez uszy i szokować antyestetyką.
Cała płyta – mimo komicznych wtrętów – jest bardziej poważną próbą zmierzenia się z rzeczywistością niż trzy poprzednie.
Ta płyta to nostalgiczna wyprawa w czasy melodyjnego, szlachetnego śpiewania.
Znajdziemy tu elementy klasycznego country, ale też jest i rock z lekkim bluesowym aromatem.
Muzyczni anarcho-punkowcy z Łodzi zrobili nie lada niespodziankę.
Młodzieńcza twórczość Pendereckiego przeżywa wielki powrót na estrady: stała się sensacją koncertów Europejskiego Kongresu Kultury we wrocławskiej Hali Stulecia oraz tegorocznej Warszawskiej Jesieni.
Pod względem formy utwory te niosą szalone koncepcje nawiązujące do nauki i filozofii, włącznie z Pitagorasem i jego muzyką sfer.
O kolejny krok naszej zagranicznej Polki zupełnie się nie boję.
Ta blues-rockowa płyta prezentuje Chubby’ego nie tylko jako dobrego wokalistę, ale również niezwykle sprawnego gitarzystę.
Album przenosi nas w czasy Armstronga, nowoorleańskiego radosnego akustycznego grania i dawnych jazz-bandów.
Płyta w całości nie tworzy opowieści tak sugestywnej, wciągającej jak choćby „mówione” płyty Laurie Anderson.
Kolejna podróż muzyczna w stronę nieco spranych wspomnień z lat 80.?
Ta muzyka to „roots” czy, jak kto woli, „americana”.