Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Paszporty POLITYKI

Te duchy gdzieś są

Emi Buchwald dla „Polityki”: Potrzebujemy pierwiastka duchowości. Dziś nikt nie boi się zmór

Emi Buchwald Emi Buchwald Leszek Zych / Polityka
Fajnie czasami włożyć kij w mrowisko i zobaczyć, co się wydarzy – mówi reżyserka Emi Buchwald, laureatka Paszportu POLITYKI w kategorii film.
Polityka
Polityka
Partnerzy Paszportów POLITYKIPolityka Partnerzy Paszportów POLITYKI

JANUSZ WRÓBLEWSKI: – W wywiadach film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” nazywa pani „love story o rodzeństwie”. Można pomyśleć, że to komedia romantyczna.
EMI BUCHWALD: – Wątki komediowe na pewno tam są, romantyczne też. Ale zawsze dodaję, że mój film to dramedy z elementami metafizycznymi. Mówiąc „komediodramat”, ma się na myśli bardziej komedię niż dramat. A dramedy jest bardziej dramatem. Szanuję komedie, lubię pisać zabawne dialogi, ciągnie mnie jednak w stronę eksperymentu. Opowiadanie o bliskich więziach między braćmi i siostrami może wydawać się nietypowe. Bohaterowie filmu – czworo rodzeństwa po wkroczeniu w wiek dorosły – pozostają w relacjach ukształtowanych w dzieciństwie. Jakkolwiek wydawałoby się to skomplikowane, to przyjęłam założenie, że opowiadam o ludziach dobrych. W ich głowach pomaganie sobie nawzajem jest jedynym możliwym działaniem.

Ciężko im wyznaczyć granicę między wsparciem a toksyczną nadopiekuńczością.
Na ekranie ta granica zostaje zachwiana. Sama mam pięcioro rodzeństwa. Punktem wyjścia moich dotychczasowych filmów było zazwyczaj jakieś kształtujące doświadczenie. W „Nie ma duchów…” wracam do sytuacji, kiedy w naszych relacjach nastąpiło przesilenie. W filmie osobą buntującą się jest Franek. To on wprowadza zamieszanie i chaos, odsuwa się od reszty, bo potrzebuje odrębności, żeby poukładać sobie różne rzeczy w głowie. Dopiero gdy inni to zaakceptują, są w stanie spotkać się ponownie razem. Nie do końca wierzę w stuprocentową przemianę bohaterów, chociaż w klasycznym scenariopisarstwie stanowi ona podstawową zasadę: na początku ktoś jest jakiś, ale pod wpływem doświadczenia się zmienia. Ludzie nie są tak prości. Życie jest bardziej skomplikowane, szczególnie w relacjach.

Symbioza rodzinna to rzadki przypadek, częstszym doświadczeniem bywa odepchnięcie, lęk.
Niewykluczone. Ja wierzę we wspólnotowość i dlatego robię filmy. Praca na planie to działanie zespołowe. Moja rodzina żyła poza miastem, odcięta od wielu bodźców. Stworzyliśmy specyficzną komórkę społeczną opartą na intensywnych więziach, które cały czas trwają. Ewoluują, czasem inspirując. Mój poprzedni krótkometrażowy film „Piękna łąka kwietna” opowiadał o architekcie krajobrazu, który szuka ukojenia w naturze, a znajduje chaos. Łąka kwietna jest dzika, a on dostrzega w niej oazę spokoju. Więc może moi bohaterowie podążają za czymś nieuchwytnym, pięknym, co istnieje tylko w marzeniach.

Czytaj też: Tomasz Kisilewicz o tym, jak stworzyć rewolucyjną grę. „Potrzebny jest element ludzki”

Ma pani pięcioro rodzeństwa, czyli jest was sześcioro. A w filmie, który jest w dużej mierze autobiograficzny, bohaterów jest czworo.
Robiąc film inspirowany moimi rodzinnymi doświadczeniami, nie mogę opowiadać jeden do jednego. Mogłoby się to stać hermetyczne i dystansujące. Wychodząc od inspiracji konkretnymi, dobrze mi znanymi osobami, muszę to jakoś przetworzyć. Chcę robić kino autorskie, czyli tworzyć własny język opowiadania, niezależnie od tego, czy będę czerpać ze swojego życia, czy nie. Poza tym zrobiłam bardzo tani debiut z małą liczbą dni zdjęciowych. Skupienie się na więcej niż czworgu postaci w pierwszej, dodatkowo tak kameralnej, pełnometrażowej fabule byłoby dosyć ryzykowne. Musiałam pewne rzeczy skondensować.

Artystką w pani filmie jest dziewczyna o imieniu Jana. Eksperymentuje z dźwiękami, urządza wystawy, happeningi – to jest właśnie to przekształcenie, maska, pod którą się pani ukrywa?
Pewnie w jakiś sposób jestem w każdej z postaci. Jednak biorąc pod uwagę zainteresowanie sztuką, w jakimś sensie identyfikuję się z Janą. Podobnie jak ona mam pomysł na to, co chcę robić, jest we mnie dużo spokoju, mimo że czasami wchodzę w „tryb Emila”, bohatera „Pięknej łąki kwietnej”, charakteryzujący się impulsywnym, radykalnym działaniem. Z drugiej strony nie tylko mnie interesuje tworzenie. Mój starszy brat Kuba jest artystą grafikiem i wykładowcą Akademii Sztuk Pięknych. Odpowiada za oprawę graficzną filmu oraz jest autorem plakatu artystycznego. Poza tym projektuje książki i wystawy. Kiedy pisałam scenariusz, pracował nad swoją wystawą i książką „Wzornik alternatywnych symboli śmierci”. Napisałam do niej krótki tekścik – o tym, jak my jako dzieci postrzegaliśmy duchy. Moja młodsza siostra Sara projektuje, skończyła wzornictwo przemysłowe, tworzy kolekcje przedmiotów, wykorzystując współczesną technologię, np. druk 3D łączy z naturalnym tworzywem: kamieniem albo woskiem. Tymek, przednajmłodszy z moich braci, studiował animację w Łodzi, rysuje i pracuje jako montażysta wideo. Jonasz, najmłodszy brat, przygotowuje się do pracy jako artysta 3D. Najstarsza siostra Ania, z wykształcenia anglistka, pracuje jako trenerka pilatesu, dając nam wszystkim przestrzeń do rozwoju fizycznego, co jest w tym wszystkim najlepsze.

Skąd w pani filmie wziął się Tymek Rożynek, czyli raper Szczyl?
Bardzo lubię łączyć aktorów profesjonalnych z nieprofesjonalnymi. Może dlatego, że jestem też dokumentalistką i wierzę w prawdę, która bierze się z życia. Mój mąż Maciek Buchwald znał Szczyla, robił z nim kiedyś teledysk. Okazało się, że Tymek jest też najlepszym przyjacielem aktora Bartka Deklewy, o którym myślałam w kontekście postaci Benka. Wyglądali jak bracia, mieli wobec siebie dużo czułości, ale był w tym też jakiś element komediowy. Lubię być dobrze przygotowana do planu, ale później pozwolić, żeby rzeczy się działy. Ogólnie rzecz biorąc, jestem za obsadzaniem ciekawych ludzi, niekoniecznie znanych aktorów, bo tych mamy wszędzie. Interesują mnie osobowości, z którymi można coś razem wykreować, wnoszące swoją wrażliwość i wyjątkowość do mojego świata.

Rap to pani ulubiona muzyka?
Nigdy w życiu nie słuchałam rapu, kompletnie mnie nie interesował, mimo że jestem otwarta na bardzo różne gatunki muzyczne. Niedawno obejrzałam „Ofiarowanie” Tarkowskiego. Zaczęłam słuchać wykorzystanej tam tradycyjnej japońskiej muzyki fletowej. Pod koniec roku Spotify ocenił mój „wiek muzyczny” na osiemdziesiąt parę lat. Pewnie dlatego, że często słuchałam śpiewanych po łacińsku religijnych chórów kobiecych Hildegardy z Bingen, czyli rzeczy, które uspokajają Janę. Nie za bardzo lubię muzykę ilustracyjną w kinie. Zależało mi, żeby ścieżka dźwiękowa w moim filmie pełniła funkcję chóru z greckiej tragedii, który komentuje i lamentuje nad losem bohaterów, wydało mi się to zabawne. Poza tym mamy m.in. utwory Sufjana Stevensa i Yung Leana, za co jestem bardzo wdzięczna Jurkowi Kapuścińskiemu, producentowi. Przecież kompletnie nie było nas stać na tę muzykę, a Jurek stanął na głowie, żeby te piosenki znalazły się w filmie.

Czytaj też: Ant Łakomsk: Uprawianie sztuki napawa mnie trwogą. Boję się wiedzy, która za tym stoi

A wracając do rapu…
Wbrew pozorom w „Nie ma duchów…” nie ma utworów Tymka Rożynka. Jest za to kultowy kawałek „Serce” Syberii TDW, który stał się hymnem naszego planu, łączył ekipę we wspólnym przeżyciu. Piosenka towarzyszy Benkowi w czasie domówki z okazji jego urodzin i nawiązuje do podobnej sceny, którą kiedyś nagrałam w 18. urodziny mojego brata. Cierpiał z powodu nieszczęśliwej miłości i dorastania, śpiewając „My Cold Little Heart” Michaela Kiwanuki, a ja, stojąc w drzwiach, nagrałam filmik, dozoomowując telefonem blisko jego twarzy. Intuicyjnie zapisałam tę piosenkę w scenariuszu do podobnej sceny w filmie, ale uznałam, że jest zbyt popularna. I nie byłoby nas na nią stać. Zaczęłam więc szukać czegoś ze słowem „serce”. Mój mąż, od dziecka wielki fan rapu, puścił mi wtedy „Serce”. Od razu miałam ciary na plecach, wzruszyłam się. Jest w niej „sto lat”, duchy i serce właśnie.

Jak wychowanie w tak licznej rodzinie wpływa na postrzeganie rzeczywistości i relacje z rodzicami?
Możliwe, że będąc środkowym dzieckiem, miałam najwygodniej. Na starsze rodzeństwo zawsze wywierana jest większa presja. Bardziej się ich kontroluje, szuka ideału. Moi rodzice byli młodzi, mieli po dwadzieścia kilka lat, jak się urodziliśmy. Nie było im łatwo, ale ogarnęli to najlepiej, jak mogli. Dla mnie dom i rodzeństwo stanowiły bezpieczną przystań. W szkole nie czułam się sobą. Zachowywałam się jak nieśmiała dziewczynka, która nie zawsze potrafi coś sensownego powiedzieć albo zażartować. Z rodzeństwem mogłam mówić głupoty, a równocześnie przeżywać rzeczy, które mnie wzruszały, nie wstydziłam się.

Kiedyś decyzja o posiadaniu sześciorga dzieci nikogo nie dziwiła, ale dzisiaj…
Mama zawsze chciała mieć dużą rodzinę, opiekować się dziećmi. Przerwała studia, kiedy pojawiło się pierwsze dziecko. Rodzice nie mieli pieniędzy, więc zamieszkaliśmy w domu na wsi, po rodzinie babci. Mama zawsze chciała mieszkać w Warszawie, bo stąd pochodził mój dziadek i jego rodzina, ale jak myślę o tym z perspektywy czasu, to byłoby to z wielką szkodą dla nas wszystkich. Życie na wsi mocno mnie ukształtowało, dało sporo spokoju i poczucia niezależności na czas dorastania i dorosłości.

Ciężar utrzymania spoczywał na ojcu?
Tak, tata ma wolny zawód, jest architektem krajobrazu. Ale też uczył się ebenistyki, czyli artystycznego odnawiania mebli, więc my jako dzieci również odnawialiśmy stare przedmioty, szlifowaliśmy drewno. Jednak jego głównym zajęciem był ogród. Myślę, że dużo zajawki na czytanie, oglądanie i tworzenie mieliśmy od rodziców, ale też od dalszej rodziny ze strony mojej mamy. Wujkowie i ciocie, którzy przyjeżdżali do nas raz w roku i spędzali z nami jeden dzień, polecali nam wartościowe filmy i książki.

Agnieszka Holland niedawno powiedziała, że w Polsce powstaje mało filmów fabularnych o tym, co się w tej chwili dzieje na świecie. Podziela pani tę opinię?
Zależy, o jakim kinie mówimy. Od kiedy zaczęłam studiować w szkole filmowej i obserwować działania polskich filmowców, mam poczucie, że powstaje sporo produkcji skrojonych pod festiwale filmowe, które szybko reagują na bieżące problemy. Po wybuchu wojny w Ukrainie polscy filmowcy masowo zareagowali na te wydarzenia. Sytuacja na wschodniej granicy też została szybko dokumentalnie i fabularnie opowiedziana m.in. przez Agnieszkę Holland. Podejmowanie tych tematów jest ważne, ale nie jest to kino, które sama chciałabym robić. Trzeba mieć w sobie imperatyw, żeby takim filmom się poświęcić. Mam wrażenie, że potrzebuję więcej czasu, żeby te tematy w sobie ułożyć. Z perspektywy człowieka, a tym bardziej filmowca.

Nie jest to eskapizm?
Nie. Może kiedyś przyjdzie do mnie bohater lub historia, którą będę musiała opowiedzieć, bo nie da mi spokoju i będzie osadzona we współczesnej, zagmatwanej politycznie rzeczywistości. Uważam jednak, że film o młodych ludziach i psychologii rodzeństwa też opowiada o dzisiejszym świecie, bo lęki i zmagania tych osób są częścią rzeczywistości. Tak samo jak duchy, o których często zapominamy.

Co ma pani na myśli, mówiąc o duchach?
Polska debata publiczna bardzo stereotypizuje duchowość, chociaż żyją tu bardzo różni ludzie z dosyć skomplikowanym podejściem do wiary czy – szerzej – metafizyki. Ja wywodzę się oczywiście z tradycji chrześcijańskiej. Wychowałam się jednak w domu, gdzie pokoleniowo przekazywało się opowieści dotyczące niezwykłych, niewytłumaczalnych wydarzeń. Mój dziadek je spisywał. Dotyczyły czasów drugiej wojny światowej, a nawet wcześniejszych, śmierci różnych ludzi, wsi mojej babci, którą nawiedzały anioły, diabły i duchy. Dawni mieszkańcy Dąbrowic doświadczali różnych spotkań metafizycznych. W zbiorze opowiadań dziadek zastrzegł, że są tylko do wglądu rodziny, więc nie mogę ich upubliczniać. Ale właśnie zawarta w nich tajemnica jest tym, co mnie fascynuje.

Czytaj też: Aleksandra Słyż dla „Polityki”: Ta muzyka ma przytłaczać

Chodziła pani do kościoła?
Nieregularnie. W liceum zrezygnowałam z lekcji religii. Mój brat też nie chodził. Mama, mimo że uczyła w jakimś małym pokoiku katechezy w czasach komunistycznych, uważała, że religia w szkole nie spełnia swojej funkcji. Z Kościołem też mieliśmy skomplikowaną relację. Na przykład jeden z moich braci przyjął komunię, jak był już mocno wyrośnięty. Każdy z nas ma teraz inną relację z duchowością.

A pani ufa Kościołowi?
Ciekawi mnie wykorzystywanie w sztuce opowieści okołochrześcijańskich, mam do nich duży szacunek, leżą u podstaw naszej kultury. Poza tym chcę być dobrym człowiekiem, wiadomo. Kościół katolicki ma oczywiście sporo na sumieniu. Jednak w filmie w ogóle nie interesuje mnie dotykanie tematu Kościoła, raczej połączenie psychologii z elementami duchowymi, które nie odnoszą się do konkretnej religii, tylko raczej do intuicji, niewerbalnej relacji człowieka ze światem.

Ludzie są istotami duchowymi?
Potrzebujemy pierwiastka duchowości. Mam takie odczucie, że przeszłość i teraźniejszość się jakoś przenikają, że te duchy gdzieś są i ludzie gdzieś są. W kolejnym filmie chcę opowiedzieć o duchach w taki sposób, jakiego się kiedyś używało – półprzezroczyste postacie. Uważam, że to piękny koncept. Jak sobie wyobrażam te nachodzące na siebie od wieków istoty z powietrza, które znajdują się wszędzie, pomaga mi to zdystansować się do teraźniejszości, do moich problemów i niepokojów.

Nie możemy też pominąć Dusiołka. Skąd pani przyszła do głowy ta postać?
Dusiołek wziął się z tego, że Benek cierpi na zadyszki. I ja też cierpiałam w pewnym momencie na bezdech, który wynikał pewnie ze stresu, z różnych trudnych doświadczeń. Później sobie przypomniałam wiersz Leśmiana, jak Bajdała podróżował z Wołem i Szkapą, a gdy zasnął, na jego klatce piersiowej usiadł Dusiołek. I miał wielką pretensję, że nikt mu nie pomógł, oraz żal do Boga, że ten stworzył takiego potwora. W XXI w. nikt nie boi się zmór. W XVIII w. powstało też sporo przedstawień malarskich Dusiołka, czyli Nocnej Mary, m.in. obraz Fuselego. Pracując nad scenariuszem, przeczytałam, że różne regiony Polski miały swoje sposoby na pozbycie się Dusiołka. Wystarczyło np. zdjąć mu czapkę z głowy i znikał. W filmie jedna z sióstr zdejmuje czapkę toksycznej dziewczynie swojego brata, spotykając ją po raz ostatni. Więc ta antagonistka też jest w jakimś sensie Dusiołkiem.

Mocno pokręcone.
Wszystko się ze sobą łączy w tajemniczy sposób. Tylko ludzie wolą upraszczać. Filmy też upraszczają, a fajnie po prostu czasami włożyć kij w mrowisko i zobaczyć, co się wydarzy, i tak zostawić z tym widza.

ROZMAWIAŁ JANUSZ WRÓBLEWSKI

***

Emi Buchwald (ur. 1991 r.) – reżyserka i scenarzystka. Jest absolwentką Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej PWSFTViT w Łodzi. Jej artystyczna droga rozpoczęła się od form krótkometrażowych, a poetycka forma kontrastuje u niej z prozą życia. Debiut pełnometrażowy „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” przyniósł jej m.in. nagrodę za reżyserię na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni i właśnie Paszport POLITYKI. Do kin wejdzie 13 marca.

***

Partnerem kategorii FILM jest Województwo Kujawsko-Pomorskie

Partner kategorii Filmmateriały prasowePartner kategorii Film

Polityka 10.2026 (3554) z dnia 03.03.2026; Paszporty POLITYKI 2025; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Te duchy gdzieś są"
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tragedia na torach. Takiego wypadku nie było w Polsce od lat, robi się groźnie. Kto zawinił?

Takiego wypadku nie było w Polsce od lat. Niedawno na przejeździe kolejowo-drogowym w Ziębicach zginęło młode małżeństwo. Nie zadziałały nie tylko rogatki, ale doszło też do awarii sygnalizacji świetlnej. Iwona i Krystian osierocili dwuletnią córeczkę. Czy przejazdy kolejowe w Polsce to przejazdy śmierci?

Katarzyna Kaczorowska
10.02.2026
Reklama