Ludzie i style

Wozem nad Morskie Oko. Dlaczego turyści nie widzą cierpienia zwierząt?

Wozem nad Morskie Oko. Dlaczego turyści nie widzą cierpienia zwierząt?

Tomasz Korzewski / Polityka
Przejażdżki konne nad Morskie Oko: dla jednych brutalne wykorzystywanie koni, dla innych element góralskiej tradycji. Istnieje jakiś złoty środek?
Fundacja Viva!/mat. pr.
Fundacja Viva!/mat. pr.
Fundacja Viva!/mat. pr.
Fundacja Viva!/mat. pr.

Ostatnio sieć zelektryzowały zdjęcia olbrzymich kolejek do zaprzęgów konnych wożących turystów nad Morskie Oko. Dla jednych powozy są nieodłącznym elementem kultury góralskiej. Dla drugich wykorzystywanie w ten sposób zwierząt jest praktyką naganną, z którą należałoby walczyć. Czy istnieje sposób na pogodzenie tych dwóch środowisk?

Zakopane, Polana Włosienica. Dwójka karych koni czeka na swój ostatni tego dnia kurs. Zgodnie z regulaminem Tatrzańskiego Parku Narodowego do ciągniętego przez konie powozu może wejść nawet 15 dorosłych osób i piątka dzieci. Bagaży nikt nie liczy, więc każdy może mieć ze sobą tyle toreb, ile zechce.

Zwierzęta mają już za sobą męczący kurs w górę, ale teraz muszą wrócić na parking w Palenicy. Są wykończone. Przy próbie ruszenia upada pierwszy koń i przez dłuższą chwilę nie może się podnieść. Furman prosi turystów o opuszczenie wozu, po chwili przewraca się drugi koń. Zwierzę rozpaczliwie próbuje podnieść się na nogi. Wtedy łamie się dyszel od wozu. Do dziś nie wiadomo, jaki był dalszy los wyczerpanych koni.

Z informacji podanych przez Fundację Viva! wynika, że obecnie działalność gospodarczą na terenie TPN prowadzi 60 furmanów, dla których pracuje 300 koni. Nawet co piąty koń pracujący na odcinkach od parkingu na Palenicy Białczańskiej do Polany Włosienica i od Włosienicy do Morskiego Oka nie dożywa do końca letniego sezonu. Dlatego fundacje broniące praw zwierząt systematycznie walczą o zatrzymanie transportu konnego. Natrafiają jednak na opór ze strony górali. Bo dla tych ludzi zaprzęgi konne to m.in. sposób zarabiania na życie.

Czy istnieje sposób na pogodzenie obrońców zwierząt i osób żyjących z organizowania przejażdżek powozami nad Morskie Oko? Zdaniem Ireneusza Kozłowskiego, instruktora powożenia Polskiego Związku Jeździeckiego i drużynowego wicemistrza świata w powożeniu zaprzęgami parokonnymi, problem nie jest aż tak skomplikowany.

Prawdziwym problemem – tłumaczy – nie są konie same w sobie, a raczej konstrukcja powozów, które zwierzęta zmuszone są ciągnąć. Mówiąc wprost: gdyby górale zdecydowali się na zamianę tych okropnych lawet na tradycyjne powozy, które jeszcze przed wojną funkcjonowały w górach jako środek transportu, to problem rozwiązałby się sam.

Jak donosi fundacja Viva!, najcięższy ze zważonych w 2015 roku pojazdów ważył 798 kg. Trzeba by dodać do tego wagę turystów (przewoźnicy zabierają nawet po 20 osób), bagaży i fakt, że konie nie ciągną obciążenia po prostej asfaltowej drodze, ale cały czas albo idą pod górę, albo schodzą, co stanowi dodatkowe utrudnienie. Dla porównania można dodać, że w trakcie zawodów sportowych, które wymagają od zwierząt ekstremalnego wysiłku, do wozu o wadze 600 kg. z trzema osobami na pokładzie zaprzęga się aż cztery konie.

Koń jest zwierzęciem ruchu, które lubi i powinno pracować, dlatego nie powinno chodzić o to, aby całkowicie zakazać powożenia – twierdzi Kozłowski.

Problem polega jego zdaniem na tym, że nawet najlepiej przygotowane kondycyjnie konie nie poradzą sobie z długoterminową pracą w takich warunkach, zwłaszcza jeśli będą musiały pracować bez przerw na odpoczynek. Dlatego zasadnicze znaczenie ma konstrukcja wozów.

Gdyby wozy były bardziej tradycyjne, czyli lekkie, obliczone na przewożenie pięciu lub sześciu osób, z odpowiednimi, tradycyjnymi kołami na drewnianych szprychach, które (w przeciwieństwie do kół pneumatycznych) będą ułatwiały zwierzętom ich zadanie, a nie dostarczały dodatkowych trudności, to odpowiednio przygotowany koń poradzi sobie bez większego problemu – tłumaczy trener.

Recepta wydaje się prosta. Zamiast rezygnować z tradycyjnej formy przewożenia turystów górale powinni jeszcze bardziej zanurzyć się w historię regionu. Oczywiście zmiana powozów oznacza niższe zyski. Ale oznacza też, że dobro zwierząt rzeczywiście ma się na względzie.

Dobrze by było, gdyby i turyści o tym pamiętali – jeszcze zanim staną w gigantycznej kolejce.

Reklama

Czytaj także

Rynek

Włoski strajk na polskich drogach

Włoskie firmy drogowe ogłosiły, że rozpoczętych w Polsce budów mogą nie skończyć, jeśli nie dostaną dodatkowych pieniędzy. W wyborczym roku będzie więc mniej przecinanych przez polityków wstęg, a więcej awantur. Jak do tego doszło?

Adam Grzeszak
21.05.2019
Reklama