Facebook ma kolejną niemoralną propozycję: serwis randkowy
Pytanie tylko, czy na pewno chcemy, żeby komercyjny algorytm podpowiadał nam życiowego partnera?
Facebookowe randki to nie tyle konkurencja dla Tindera czy Badoo, ile nowy produkt dla ludzi, którzy mają już dość fałszywych kreacji i są w stanie więcej zaryzykować.
Hermes Rivera/Unsplash

Facebookowe randki to nie tyle konkurencja dla Tindera czy Badoo, ile nowy produkt dla ludzi, którzy mają już dość fałszywych kreacji i są w stanie więcej zaryzykować.

Internet już dawno nie jest tym światem, w którym „nikt nie wie, że jestem psem”. Łatwość wrzucania treści i pozorny brak ograniczeń w sztuce autokreacji nie przekłada się na łatwość maskowania czy zacierania tropów. Możemy utrzymywać różne persony na różnych kontach społecznościowych, a nawet prowadzić równoległe życie w Second Life, ale warunkiem powodzenia takiego eksperymentu jest to, że nigdzie nie jesteśmy naprawdę. Z momentem, w którym w wirtualnym świecie zaczynamy realnie żyć – angażować się emocjonalnie, nawiązywać głębsze relacje, ujawniać prawdziwe poglądy czy budować pozycję zawodową, oznaczać swoją faktyczną lokalizację – maska zaczyna uwierać. Ale czy to znaczy, że jesteśmy gotowi na dobre ją odrzucić?

Czytaj także: Biometria na Facebooku to gra o najwyższą stawkę

Serwis randkowy na Facebooku konkurencją dla Tindera?

Facebook, wychodząc z założenia, że lepiej od nas jest w stanie zarządzić naszymi potrzebami i potrafi zoptymalizować nasze cyfrowe życie, ma dla nas kolejną propozycję: serwis randkowy – działający tak dyskretnie, żeby nie było obciachu przed znajomymi, i tak skutecznie, żeby nie było rozczarowań. Reguły tej transakcji są proste: ty ujawniasz portalowi kolejne sekrety na temat swoich emocji, relacji i życia intymnego, a w zamian dostajesz plasterek na samotność i inne lęki. Czy ta niemoralna propozycja ma szansę wciągnąć miliony użytkowników i wyeliminować z rynku serwisów randkowych takich potentatów jak Tinder i Badoo?

Facebook rzeczywiście ma w ręku mocne karty: zna swoich użytkowników lepiej niż ich przyjaciele, a nierzadko nawet życiowi partnerzy. Jeśli wierzyć wynikom badań prowadzonych przez zespół dr. Michała Kosińskiego (Stanford University), prosta analiza lajków pozwala z dużym prawdopodobieństwem ustalić nasze ukryte cechy, od poziomu IQ, przez orientację seksualną, po profil psychometryczny (na który składa się pięć dominujących cech osobowości). To o wiele więcej niż stylizowane zdjęcie i parę niezobowiązujących zdań na portalu randkowym.

Wartość tych autów docenili inwestorzy giełdowi, którzy tego samego dnia, kiedy Mark Zuckerberg zapowiedział nową funkcjonalność, wycofali aż 17 proc. kapitału z Tindera. Czy nie za szybko obstawili nowego konia? Facebookowy algorytm to przecież propozycja dla tych, którzy w sieci nie szukają przygód na jedną noc, tylko chcą poznać kogoś, z kim będą mieli o czym rozmawiać. Mark Zuckerberg obiecuje dyskrecję (osobny kanał do komunikacji, żadnych śladów w strumieniu aktualności), większą kontrolę nad profilem (żadnych „wycieków” w sieci znajomych), a nawet format tekstowy wymuszający wyższy standard rozmowy niż szybka wymiana selfie.

Facebook stawia sobie cel bliski inżynierii społecznej

Sądząc po tych założeniach, facebookowe randki to nie tyle konkurencja dla Tindera czy Badoo, ile nowy produkt dla ludzi, którzy mają już dość fałszywych kreacji (własnych i cudzych) i są w stanie więcej zaryzykować. Ile? To się dopiero okaże.

Zapowiedź randkowej rewolucji według metody Facebooka to kolejny moment, w którym globalna firma, obracająca naszymi danymi, stawia sobie cel bliski inżynierii społecznej. Czy na pewno chcemy, żeby komercyjny algorytm podpowiadał nam życiowego partnera?

Czytaj także: Aplikacja randkowa sprzedawała dane o zdrowiu użytkowników

Odsłaniając się (jeszcze) bardziej przed samym Facebookiem, ale też przed osobami, z którymi jego algorytm będzie miał „fantazję” nas połączyć, decydujemy się w dużym stopniu na odrzucenie wygodnej i ekscytującej cyfrowej maski. Trudno sobie wyobrazić dobre dopasowanie ludzi z higienicznym pominięciem wszelkich społecznych powiązań, jakie między nimi istnieją. Obiecując dyskrecję, Mark Zuckerberg nie może obiecać, że algorytm nie zaproponuje nam kogoś, z kim pracujemy w jednym budynku albo mijamy się na osiedlu.

I może o to właśnie chodzi: żeby pomóc spotkać się ludziom, którzy powinni byli się spotkać w prawdziwym życiu, ale jakimś trafem jeszcze się nie spotkali. Może dlatego, że tak dużo czasu spędzają w cyfrowej izolacji, przed ekranami swoich urządzeń?

Czytaj także: Dlaczego randki osób homoseksualnych mają być niezgodne z konstytucją?

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj