Studenci na balkonie. O co chodzi w ich proteście?
Od wtorku na Uniwersytecie Warszawskim ma miejsce pierwszy od 30 lat strajk okupacyjny studentów. Protestują przeciwko ustawie Jarosława Gowina.
Kilkudziesięciu studentów zajęło balkon w Pałacu Kazimierzowskim i nocowało w siedzibie rektora.
Adam Stępień/Agencja Gazeta

Kilkudziesięciu studentów zajęło balkon w Pałacu Kazimierzowskim i nocowało w siedzibie rektora.

We wtorek protestowało ok. stu przedstawicieli środowiska naukowego z uniwersytetu w Białymstoku pod hasłem „Ustawa Gowina zagrożeniem dla uczelni wyższych”, a na Uniwersytecie Warszawskim zaczął się strajk okupacyjny. Kilkudziesięciu studentów zajęło balkon w Pałacu Kazimierzowskim i nocowało w siedzibie rektora, by zaprotestować przeciwko ustawie o szkolnictwie wyższym, której pierwsze zmiany mają wejść w życie już w październiku. Według protestujących doprowadzą one do zamknięcia mniejszych ośrodków naukowych, spowodują marginalizację autonomii uniwersytetów i upolitycznią je poprzez ograniczenie senatów uczelnianych, w skład których wchodzą pracownicy akademiccy i studenci. W nowej formule głównym zadaniem senatu będzie wybieranie członków rady, która ma się składać z osób spoza akademii (biznesmenów, samorządowców, ludzi kultury i finansów). Organ ten będzie miał duży wpływ na kształt, działanie i politykę akademii.

Postulaty protestujących studentów – o co walczą?

Protestujący studenci 11 postulatów zamieścili na stronie internetowej. Są one zbieżne z hasłami głoszonymi przez lidera krytyków ustawy Aleksandra Tomkina z Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, który twierdzi, że „ustawa zniszczy uniwersytety i politechniki pozametropolitalne i jednocześnie przyczyni się do zniszczenia samorządności akademickiej”. Według niego rady uczelni powinny mieć głos doradczy, a nie decydujący, bo inaczej „podzielą los rad nadzorczych spółek skarbu państwa, a jeśli uniwersytety raz staną się łupem politycznym, już nigdy nie przestaną nim być” – ostrzegał w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Minister Jarosław Gowin, zapytany dziś rano w Radiu TOK FM o komentarz do wydarzeń na UW, tłumaczył, że nie rozumie zarzutów studentów, ustawa była szeroko konsultowana w środowisku i sami rektorzy (w tym UW prof. Marcin Pałys) chwalili ją właśnie za otwarcie. Powstanie takiego organu jak rada uczelni było zresztą rekomendowane dla polskich uczelni przez ekspertów z Komisji Europejskiej, a ponieważ jej skład wybierany jest przez senat, nie ma „szczeliny, poprzez którą może się wcisnąć polityka”.

Czytaj także: Uczelnie wyższe są na marnym poziomie

Różne interesy w środowisku akademickim

Fakt, ustawa Jarosława Gowina była bardzo szeroko konsultowana ze środowiskiem naukowym, ale to nie znaczy, że jest doskonała czy bez wad. Zresztą największym problemem jest to, że środowisko nie mówi jednym głosem i mówić nigdy nie będzie, bo zupełnie inne interesy mają akademicy z uczelni prowincjonalnych, którzy chcą się jakoś uchować i podkreślają swoje kulturotwórcze znaczenie dla mikroregionów, a inne ci z wiodących uczelni, którzy są pewni swej pozycji i zależy im głównie na podniesieniu poziomu.

Gowin i studenci. Jak rozstrzygnąć ten spór?

Kto ma zatem rację? Wszyscy i nikt, bo kwestia reformy nauki i szkolnictwa wyższego to niemal nierozwiązywalny węzeł gordyjski. Protestujący mają rację, bo wprowadzanie rady nadzorczej, która będzie składać się z ludzi z zewnątrz, zawsze grozi wprowadzeniem na uniwersytety sił politycznych. Ale i minister Gowin ma rację, twierdząc, że taki organ jest potrzebny, by lepiej zarządzać uczelniami.

Poza tym priorytety mogą być różne. Uważam, że mamy za dużo szkół wyższych i że polskie uczelnie powinny być lepsze, niż są, więc zamykanie tych najsłabszych, które nie dają wykształcenia, tylko jego namiastkę, powinno nastąpić, i to jak najszybciej. Ale rozumiem argumenty drugiej strony, która twierdzi, że prowincji też potrzebne są ośrodki edukacji. Też widzę, że humanistyka jest niedoceniana, i to absurd, żeby poloniści mieli pisać artykuły po angielsku tylko dlatego, że za to dostaną więcej punktów. Ale dobrze byłoby, gdyby ich badania były tak ciekawe, by warto je było przekładać na inne języki. Nie mam też wątpliwości, że pracownicy naukowi powinni być lepiej opłacani, a nakłady na naukę i edukację wyższą większe. Chciałabym jednak, by to byli jak najlepsi naukowcy i wykładowcy, a nie rzesze przeciętniaków. Słusznie zatem studenci żądają podniesienia nakładów na naukę do 2 proc. PKB z budżetu państwa, ale jak te pieniądze należy rozdzielić? Wizje są różne.

Czytaj także: Reforma Gowina nie powiedzie się, jeśli władza nie zacznie szanować naukowców

Czy studenci są wystarczająco przejęci losem szkół wyższych

Jedno jest pewne: sam fakt, że po 30 latach warszawscy studenci zaczęli protestować w sprawach akademii, to przełom. Jeszcze niedawno dr Aneta Pieniądz z Obywateli Nauki mówiła, że zainteresowanie problemami szkolnictwa wyższego szerszych mas jest trudne, bo środowisko akademickie jest bierne i nastawione konformistycznie: „Jedyne, co może wzbudzić szerszy odzew i zwiększyć społeczne zainteresowanie losem uczelni, to strajk studentów”.

Problem w tym, że większość studentów ma w nosie sytuację uczelni i nauki, wyjątek stanowią ci, których one bezpośrednio dotyczą (bo np. chcą uprawiać naukę lub zająć się dydaktyką), albo są wyjątkowo aktywni obywatelsko i świadomi politycznie. Zobaczymy, jak długo potrwa protest i jakie będzie miał konsekwencje. Choć trudno mi sobie wyobrazić, żeby miał aż tak duży odzew społeczny jak niedawny protest rodziców i opiekunów osób niepełnosprawnych.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną